Relacje

MARDUK, IMMOLATION, ORIGIN, BIO-CANCER

10.05.2016  G2, Glasgow, Szkocja

MARDUK, IMMOLATION i ORIGIN na jednej trasie? Toż to prawdziwy muzyczny Suicide Squad! Każde jedno słowo z tego zestawu można by najkrócej i chyba najtrafniej zdefiniować jako 'dźwiękową broń masowej zagłady'. Każda z tych kapel nadaje metalowej ekstremie zupełnie inną twarz. Każda z osobna skutecznie poradziłaby sobie z czyimkolwiek apetytem na żywy kontakt z muzyczną brutalnością w skrajnej formie, ale osobno nie grały. Przyjechały razem by definitywnie rozprawić się z tą frakcją metalowej subkultury Glasgow, która odważyła się zajrzeć dziesiątego maja w prawdziwą paszczę lwa, a ściślej - do ulokowanego na tyłach popularnego tutaj Garage klubu G2. Ja akurat przybyłem na miejsce w chwili gdy stroił się ORIGIN, więc występ thrashmetalowej formacji BIO-CANCER niestety przeszedł mi koło nosa. Gdzie są obsuwy gdy ich potrzeba? Muzyka ORIGIN od zawsze przywodziła mi zaś na myśl trzy przysłówki: technicznie, brutalnie i skomplikowanie i myślę, że do wtorkowego ich występu w Glasgow pasują one jak ulał. Tak podczas ich sztuki, jak i pozostałych nagłośnienie nie było perfekcyjnie selektywne i pewne rzeczy mogły się zagubić, ale umiejętność precyzyjnego dekapitowania, jaka z pewnością cechuje ten akt, raczej nie umknęła niczyjej uwadze. Po odegraniu jednego, może dwóch kawałków wokalista, Jason Keyser, zapytał przybyłych uczciwie czemu nie widzi jeszcze młynka, po czym w przerwach między utworami sukcesywnie rozliczał ich z intensywności, tudzież rozmiarów tego, co można było zaobserwować pod sceną. Nie zabrakło nawet ściany śmierci ustalonej w oparciu o segregację publiki względem tego czy thrash, death, czy może raczej black metalu przyszła doświadczać na żywo. Ich posłuchać lubię, naprawdę. Istnieją jednak tacy przedstawiciele deathmetalowej brutalności, przy których muzyce zatracam się w sposób totalny i do nich z kolei zaliczam IMMOLATION, który przejął scenę jako kolejny akt. Wyznam otwarcie: nie jestem fanem ich ostatniej płyty. Warsztatowo jest to rzecz bezbłędna i brzmi świeżutko pod wykonawczo-produkcyjnym względem. Utwory jako takie śmierdzą natomiast ogromną wtórnością i podczas odsłuchu nie sprawdziłem ani jednego po tytule, co czynię niemal zawsze gdy czuję na plecach ten charakterystyczny, upragniony dreszcz. Materiał z "Kingdom of Conspiracy" niestety dominował w programie, a wybrzmiały z niego takie przykładowe numery, jak tytułowy, "Echoes of Despair" czy "Spectacle of Lies". Nowojorscy komandosi mają na szczęście w dorobku również (a raczej przede wszystkim) rzeczy wybitne, które także znalazły odzwierciedlenie w setliście. Tutaj na uwagę z pewnością zasługuje "Swarm of Terror" z majestatycznym zwolnieniem, ikoniczny wręcz "Father You're Not a Father", który w punkcie swym kulminacyjnym eksploduje dla odmiany nieposkromionym przyspieszeniem, epicki "World Agony", "What They Bring" z minialbumu "Providence" czy "Into Everlasting Fire" z debiutanckiego "Dawn of Possession". Robert Vigna stroił na gryfie wymyślne wygibasy, które nieświadomie - jak śmiem przypuszczać - wizualizował przy pomocy mimiki, a Ross Dolan uroczyście obwieścił ku uciesze ludu, że IMMOLATION rozpoczyna w czerwcu sesję nagraniową nowego albumu, który winien zagościć w naszych słuchawkach bądź głośnikach w listopadzie. MARDUKA ciekaw byłem niezmiernie. Koncert z Legionem za mikrofonem, który widziałem trzynaście lat temu utkwił mi w pamięci jako jeden z lepszych blackmetalowych, w jakich miałem perwersyjną przyjemność uczestniczyć, co zawdzięczał w dużej mierze scenicznej prezencji oraz estradowemu behawioryzmowi rzeczonego jegomościa. W ogóle ciężko mi było oswoić się z myślą, że nie ma go już w składzie, choć "Rom 5:12" ostatecznie przekonał mnie do Mortuusa, jak również do oczywistego przecież faktu, że nawet jeśli czyjeś odejście z zespołu zmieni jego oblicze, nie jest ono bynajmniej od razu równoznaczne ze spadkiem formy czy zakończeniem przezeń działalności. MARDUK się po prostu zmienił. Oglądaniu ich występu nie towarzyszy już tak silne poczucie obcowania z czymś niebezpiecznym i radykalnym, ale mamy za to jakby więcej mroku i grobowej atmosfery. Jak oni pięknie wypadli z materiałem ostatniego w dyskografii "Frontschwein"! "The Blood Beast" - bodaj najbardziej wyróżniający się zeń utwór - wyśmienicie sprawdza się w koncertowych warunkach, a to samo jestem zmuszony napisać o "Wartheland". W pełni potwierdzam tezę, jakoby Mortuus był bardziej wszechstronnym technicznie wokalistą niż swój poprzednik. Swoim wyziewem piekielnym potrafi operować aż miło i na koncercie wydawał się brzmieć nawet lepiej niż na krążkach. Szczególnie, gdy ponosiło go tak, jak choćby w końcówce miażdżącego "Azrael", bądź w standardowo genialnym "Panzer Division Marduk". Zespół puścił również oczko do wczesnego okresu swojej działalności prezentując "Wolves" z "Those of the Unlight". Efektem mało zabawnego żartu było na pewno oświetlenie, które w przypadku każdego suportu (nawet IMMOLATION!) przypominało takie z domu weselnego Wianek w Szyszylewie. Blackmetalowa horda dostała już w miarę przyzwoite, ale szału pod tym względem i tak wówczas nie uświadczyłem. Wybierając się na ten koncert snułem obawy, że nie zdążę na ostatni kurs dostępnych środków transportu publicznego stamtąd w miejsce, gdzie rezyduję, ale wszystko skończyło się jakoś tak? szybko. Bez bisów, bez większych trudności w rozstaniu się z audytorium jedna kapela po drugiej zagrała co miała, zapaliły się światła, z głośników tradycyjnie popłynęła muzyka, techniczni wkroczyli na scenę i impreza dobiegła końca. A może mój niedosyt uwarunkowany był tym, że był to po prostu tak dobry koncert? W sumie każda z kapel trochę tych kawałków zdążyła wykonać. Sam już nie wiem?

autor: Kępol


<<<---powrót