Relacje

PARTY SAN OPEN AIR 2016

11/08 ? 13/08/2016  Flugplatz Obermehler, Schlotheim (Niemcy)

Czekałem, czekałem i wreszcie się doczekałem, bo wiadomo ? kto cierpliwy, ten? A tak poza tym, to co można by w zasadzie sensownego napisać o dwunastej już w mojej karierze edycji Party San? Jak zwykle było? niezwykle. Anomalia pogodowe (czasem słońce, czasem deszcz), częste spożywanie napojów wyskokowych, ponad wszystko jednak ? metal, metal i jeszcze raz metal najwyższej jakości, co w przypadku takiej imprezy jest jej determinantą. Po raz kolejny skusiłem się podążyć szlakiem tradycji i dlatego też znalazłem się ponownie w malowniczej Turyngii. Znając już po części skład edycji planowanej na rok 2017 istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że znajdę się tam po raz wtóry, póki jednak magiczna trzynastka stanie się faktem, postaram się co nieco przybliżyć wam szczegóły tego samego eventu, który zakończył się dopiero kilka tygodni temu. Na przecieracza szlaków, który objął scenę w posiadanie pierwszego dnia spędu wyznaczono zespół oznaczony tajemniczym II. Znaczenie nazwy tego tworu tłumaczyłem przy okazji relacjonowania odbywającego się kilka tygodni wcześniej Chaos Descends, toteż aby nie powtarzać i tutaj swoich średnich doznań, każdemu ciekawemu zapoznania się z owym cudem polecam cofnąć się do tegoż reportażu. Skupię się natomiast na MÖRK GRYNING, którego pojawienie się na scenicznych deskach to swego rodzaju kuriozum. Bynajmniej nie dlatego, iż szwedzka horda zastąpiła anonsowany wcześniej Gates Of Ishtar, lecz z racji moich wątpliwości czy kiedykolwiek grała ona jakieś koncerty (no, może poza własnym podwórkiem), biorąc zaś pod uwagę utratę zainteresowania black metalem, które dziesięć lat wstecz deklarował jej lider, reunion grupy i jej koncert w ramach tego zacnego festu traktować można jako miłą niespodziankę. Nie da się ukryć, iż wizualna drapieżność i diabelskość emanująca ze zdjęć pstrykniętych w latach 90-tych dawno pozostała wspomnieniem, jako że osobiście lubiłem jednak owych szwedzkich kultowców (w ukochanych czasach licealnych, rzecz jasna), przyznam, że obejrzenie ich gigu uznałem za obowiązkowy punkt programu. Recital rozpoczęło podniosłe intro z kultowego debiutu ?Tusen Ar Har Gatt?, po czym chłopcy rozpoczęli ceremonię. Przyjemne momenty przeżyłem przy ?World Of The Dragon? ?Unleashed The Beast?, ?Supreme Hatred? ?Omningringen?, ?Mörkrets Gryning?czy ?Min sista färd? i w zasadzie mogłem przy tym gigu doznać ekstazy, gdyby nie ów bardzo wyłagodzony i ugrzeczniony imidż muzyków oraz zdecydowanie wczesna pora występu. Zobaczymy ? może na jednorazowym występie się nie skończy i wówczas będę mógł skomentować to inaczej. Po trzech kwadransach symfo ? blackowego zamętu na podium zainstalował swoje graty GRUESOME, który z racji łupania całkiem przeciętnego death metalu niespecjalnie mnie zachwycił, aczkolwiek z racji w miarę poprawnego odegrania ?Open Casket? autorstwa Śmierci mały plusik mógłbym im już przyznać. Choć na uruchomionej już tego samego dnia pod namiotem małej scenie w ramach tzw. War Anthem Records Night trwał maraton bandów reprezentujących niniejszy label (ERED, GRAVEYARD, LIK, itp.), jakoś wolałem skupić się na dużej scenie i dlatego zameldowałem się pod nią wraz z rozpoczęciem występu NECROS CHRISTOS. Berlińczycy jak zwykle w dobrej formie ? okultystyczny i mistyczny black/death metal w ich wykonaniu zawsze przyciągnie pod scenę niemałą liczbę obserwatorów, chłonąć zaś pochodzący z ich licznych Ep-ek, splitów oraz dwóch albumów materiał zdecydowanie należy w moim odczuciu do przyjemności, szczególnie kiedy nie zabraknie mojego ulubionego ?Necromantique Nun?. Pora zatem na kolejnego faworyta z czasów mojej licealnej edukacji ? ARCTURUS. Przyznam, że widząc logo owej norweskiej kompanii na bannerach anonsujących już rok temu pierwsze potwierdzone bandy, ucieszyłem się nieziemsko. Nie ukrywam, że nie zaliczywszy jeszcze do tej pory ani jednego występu tejże zacnej formacji na żywo, ostrzyłem sobie na tenże zęby od dawna. I co? Jeśli mam być szczery ? trochę rozczarowali. Nie wiem, no nie wiem dlaczego, ale jakoś nie czułem się usatysfakcjonowany. Wizualnie nie było źle ? pan Vortex niezwykle pięknie operował swoim głosem, Hellhammer jak zwykle pokazał co jest jego znakiem firmowym, klawisze Sverda i uzupełniające gitarowe pasaże skrzypce też dawały radę, tylko że? to nie było to, czego się spodziewałem. Nie wiem, może zbyt wiele oczekiwałem po tym koncercie, szczególnie w kwestii doboru utworów. Nie zapominajmy przecież, że od premiery kultowego ?Aspera Hiems Symfonia? minęły równe dwie dekady, siłą rzeczy fajnie byłoby więc usłyszeć nieco więcej niż ?To Thou Who Dwellest In The Night?. No wiem ? nie każdy koncert jest zarazem koncertem życzeń, więc gdy się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Tak i tak dobrze, że w programie pojawiło się obligatoryjnie ?The Chaos Path? z Piekielnej Maskarady, choć nawet i ?Angst? oraz tytułowiec z najświeższego ?Arcturian? miło łechtały ucho. Nie wykluczone, iż ARCTURUS mógłby zafundować nam więcej niespodzianek, ale dobrze przecież wiemy, że wobec czasowego limitu nie wszystko da radę odegrać, szczególnie kiedy nie jest się headlinerem. Żywię głęboką nadzieję, że kiedyś i tego doczekam, a tymczasem kontynuując black metalowy szlak pora przedstawić kolejnego uczestnika. MGŁA powoli staje się już chyba zespołem ? instytucją. Chłopaki dają o sobie znać coraz częściej i to nie tylko poprzez znakomity album ?Exercises In Futility?. Coraz częściej jeżdżą w trasy, tak samo też podkreślają swoją obecność na rozmaitych europejskich festach. Popularność ich zadecydowała też zapewne o odegraniu spektaklu na PSOA i tym samym polski akcent po raz kolejny dopełnił programu tegoż eventu. Zamaskowani jak zwykle, pełni jadu i wściekłości ? na pewno odebrał ich tak każdy, kto owego wieczoru postanowił zmierzyć się z tą śmiercionośną machiną. No to teraz zmiana szerokości geograficznej oraz klimatu oczywiście. Lejdis end dżentelmen, prosto z Florydy klasycy śmierć metalu w postaci OBITUARY! Który to już raz? Według moich szacunków na samym Party San już chyba po raz trzeci w przeciągu ośmiu ostatnich lat, widząc zaś za każdym razem pod sceną całkiem sporą ludzką ciżbę, łatwo wywnioskować, że Nekrolog zawsze jest tam mile widziany. Konsekwentnie trzyma się też raz obranej tradycji ? dać z siebie na scenie wszystko, co znaczy: zmiażdżyć! O to byłem jak najbardziej spokojny, gdyż już potężne i złowrogie akordy otwierającego gig ?Redneck Stomp? dały do zrozumienia, że potwór po raz kolejny budzi się do życia i absolutnie nie ma zamiaru z kimkolwiek się cackać. Nie będę silił się na oryginalność, więc nie zdziwcie się gdy po raz kolejny przyznam się do strug cieknących mi po nogach przy ?Dying?, ?Don?t Care?, ?Chopped In Half/Turned Inside Out? czy też zamykającego jak zwykle widowisko ?Slowly We Rot?. To oczywiście standard, dołożywszy jeszcze do tego kawałki z ery nowego milenium otrzymujemy mieszankę iście wybuchową, ale przecież kto choć raz widział OBITUARY w akcji, ten wie o czym piszę, jeśli zaś nie ? polecam mu jak najszybciej te zaległość nadrobić, bo żałować nie będzie na pewno. Tyle więc mojego wywodu na cześć potęgi amerykańskiego death metalu, a z racji tego, że przed nami jeszcze headliner, najwyższa pora obwieścić kto zacz. Po raz kolejny klasyk. Nie tylko z czasów beztroskiej młodości, ale też i w sensie pozycji na scenie doom/gothic, a przez to na metalowej mapie świata w ogóle. O tym, że PARADISE LOST ciężkie już lata stanowi jeden z ważnych punktów na takiej mapie w odniesieniu do Zjednoczonego Królestwa wie każdy szkrab, toteż kamandy Nicka Holmesa bliżej przedstawiać nie muszę. Wyżej wymieniony pojawił się już zresztą na deskach owej sceny przed rokiem wspomagając swoim wokalem Bloodbath ? musiało mu się chyba spodobać, skoro tym razem pojawił się na niej ze swoim macierzystym bandem. Kwintet melancholijnych Brytoli dobił skutecznie wszystkich, którzy nie poszli jeszcze spać, zaprezentował bowiem się najlepiej jak tylko potrafił. Nie słyszałem wprawdzie ani razu materiału z ?The Plague Within?, który ukazał się rok temu i nie mam przez to skali porównawczej, ale że sentymenty to moja achillesowa pięta ? nie było mowy, abym nie zawiesił ucha dłużej przy ?Pity The Sadness?, ?As I Die? czy ?Hallowed Land?. Tak to już jakoś jest ze mną, że na te starocie z lat gila pod nosem ślinię się najmocniej i nie wiem dlaczego. Grunt, że Raj Utracony wypadł w mojej opinii ogólnie dobrze ? nawet pomimo tego, że z ich płyt nie zrobiłem sobie ołtarza. Tyle więc w temacie, a jako że dzień pierwszy dobiegł końca, nie pozostało nic innego jak udać się spać i czekać na następny.< /br> Tradycją Party San pozostaje od kilku lat nie tylko obwieszczanie otwarcia dnia przy pomocy armatniego wystrzału, lecz również inaugurowanie go na dużej scenie występem jakiegoś wyszukanego porno ? gore ? grindowego tworu. Tym razem roli tej podjął się niejaki SPASM, który z pewnością zadowolił każdego złaknionego lirycznych obrzydlistw przy brutalnym akompaniamencie. Jako że sam odczuwam już jednak zdecydowany przesyt takimi propozycjami, pod scenę udałem się dopiero trzy kwadranse później w celu wizualnej wiwisekcji ISVIND. Owiani lekkim nimbem legendy Norwegowie znaleźli sobie kilka lat temu spokojną przystań w porcie Folter Records, wydane zaś tegoż sumptem ?Daumyra? oraz zeszłoroczny ?Gud? wciąż sprzedają się do tego stopnia dobrze, że zapotrzebowanie na występy owego combo wydaje się być w tej sytuacji czymś zupełnie zrozumiałym. Nic dziwnego, że szanowne kierownictwo festiwalu podjęło decyzję o zaproszeniu formacji pod swój gościnny dach, gdyż siekąca niczym prawdziwy lodowaty wiatr muzyka tejże zawsze usatysfakcjonuje oddanych miłośników czarnej sztuki, o ile ci nie przyczepią się naturalnie do pory występu. Ja osobiście nie miałem nic przeciwko, więc chyba nie jestem tak bardzo true, ale fakt, że niezależnie od tego zespół wypada na scenie bardzo dobrze, muza prezentuje wysoki poziom, a maleńki Goblin postanowił znowu zapuścić włosy, pozwala stwierdzić, że owe 45 minut lodowatego black metalu zaliczyć można na duży plus. Niedługo potem popis technicznego brutalizmu zaprezentował rosyjski KATALEPSY, mnie samego jednak kolejne pozytywne doznania oczekiwały bezpośrednio po tymże, kiedy to podestem zawładnął GOATWHORE. O Amerykanach słyszałem już wiele dobrego, a że bliższe zaznajomienie się z ich twórczością jak do tej pory mi umykało, poddałem się temuż z ogromną przyjemnością. Sporo straciłem, przyznaję! Pochodzący z Luizjany kwartet zdewastował dokumentnie wszystko, abstrahując od faktu, iż jego muza stanowiąca zgrabną hybrydę black/thrash/death metalu na koncerty nadaje się znakomicie. Okazuje się, iż Nowy Orlean może poszczycić się nie tylko Louisem Armstrongiem, haha! W płyty jeszcze się nie zaopatrzyłem, niewykluczone jednak, że za jakiś czas to zrobię, póki co czekałem jednak zupełnie świadomie, aczkolwiek z ogromną niecierpliwością na kolejny amerykański akt, na drodze do którego przystankami były trzy przerywniki w postaci WOLFBRIGADE, zastępująca klasyków z WHIPLASH niemiecka OBSCURA oraz BÖLZER, na które z racji małego zainteresowania bądź kilkakrotnych wcześniejszych obserwacji rzuciłem pokrótce okiem z dalszej odległości. Ale koniec końców stało się: bestia wyszła z jamy i pożarła! Proszę państwa, ANGELCORPSE chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Ten zespół (pomimo kilkakrotnych zawirowań w biografii oraz kilku niebytów) od samego początku istnienia był esencją agresji i niesłychanego brutalizmu. Ściskam kciuki z całych sił, aby Pete Helmkamp i Gene Palubicki po raz kolejny przemyśleli sprawę na poważnie i nie reaktywowali na nowo zespołu w celach wyłącznie koncertowych, aczkolwiek aktywność owa to także u jego fanów rzecz niezwykle pożądana, szczególnie, że sam się do tychże zaliczam, a po raz jedyni i dotąd ostatni widziałem band na żywo w roku? 1999! Czekałem na ten koncert jak na żaden inny, kiedy zaś o ustalonej porze Anielski Zezwłok zaintonował mega brutalne riffy ?Stormgods Unbound?, od razu wiedziałem, że litości nie będzie. Trzyosobowy na dany moment skład ANGELCORPSE w wersji live nie traci ze swojego przekazu absolutnie nic ? zmasowane gitarowe ataki Palubickiego w połączeniu z basowym bombardowaniem Helmkampa oraz jego rzygającym skrzekogrowlem to wykładnia oferty tego zespołu. Słychać także było, iż zwerbowany w szeregi hordy Ron Parmer wie jak skutecznie niszczyć pałeczki i naciągi. Co tu więc jeszcze dodać? Taki ma być właśnie death metal! Zawartość setlisty ? oprócz cytowanego wcześniej otwieracza z ?trójki? wyłącznie stare numery (?Lord Of The Funeral Pyre?, ?Phallelujah?, ?When Abyss Winds Returns?, ?Wartorn?, ?Into The Storm Of Steel?, ?Black Solstice?, ?Sons Of Vengeance?, ?Wolflust?), jedyne więc, do czego można mieć zastrzeżenia to owe? trzy kwadranse, podczas których nie sposób odegrać wszystkich zabójczych hymnów (brak ?Christhammer? szczególnie bolał!). Liczę na miłą powtórkę z rozrywki jak najszybciej, szczególnie w moim mieście. Kontynuując szlak diabelskiej dewastacji dzieło Amerykanów przejęła również znana wam wszystkim i tak samo chyba lubiana formacja z Antypodów, która po przeprowadzonych kilka lat temu zmianach personalnych oraz nagraniu nowego krążka ponownie zameldowała się pod przyjazną strzechą domu w Schlotheim i ponownie usatysfakcjonowała wszystkich ubóstwiających demoniczny brutalizm w oldskulowym sosie. Kto choć raz obcował z DESTRÖYER 666 w wersji na żywo, z pewnością wie jak to wszystko wygląda, ten zaś, komu jeszcze się to nie udało, nastawić się musi na ostrą jak żyleta porcję staromodnego black/thrash metalu, gdyż kawałki z najnowszego longa ?Wildfire? tną równie mocno jak te starsze. Ustawienie Niszczycieli okazało się strzałem w dychę, gdyż ze względu na stylistyczne podobieństwo do poprzedników każdy czujący niedosyt po występie rzeźników z Florydy mógł zafundować sobie tym samym całkiem smaczny deser. Po recitalu sympatycznych Australijczyków ponownie pozwoliłem sobie na dłuższą przerwę, gdyż do sympatyków EQUILIBRIUM zaliczam się raczej w niewielkim stopniu, DYING FETUS natomiast widziałem już chyba zbyt często. Nie mogłem absolutnie odpuścić z kolei koncertu EXODUS, który ze Stefkiem Zołzą w składzie udało mi się zobaczyć jak dotąd zaledwie raz i to też wieki temu. Zetro pojednał się ze swoimi kumplami, moja powtórka z rozrywki natomiast opłaciła się, gdyż kalifornijska legenda thrashu zagrała dokładnie tak, jak w przypadku takich kapel być powinno ? z czadem i pazurem, nie zapominając także o hołdzie dla Lemmy?ego, który zostając zmuszony pod koniec zeszłego roku do opuszczenia tego padołu, usłyszeć mógł teraz w zaświatach piękne wykonanie ?Black List?. Ładny gest. Kto został zatem jeszcze w kolejce? Oczywiście headliner, gdyż wskazujący godzinę duchów cyferblat obwieszczał nieuchronny koniec drugiego dnia. Bitwę zakończył zatem CARCASS, który po trzyletniej przerwie postanowił ponownie nawiedzić piękne ziemie Turyngii i podobnie jak wówczas uraczyć wszystkich zawartym w nutach i w tekstach obrzydlistwami, bezeceństwami, krwią oraz szczękiem stali chirurgicznej, która jak do tej pory absolutnie nie pokryła się choćby jednym miligramem rdzy. Popatrzyłem sobie więc co nieco ? bez jakiejś specjalnej podniety tym razem, ale zawsze. Może was nieco zdziwi, że nie poświęciłem Padlinie całej godziny, ale wierzcie mi ? jeżdżąc na tyle festiwali, gdzie człek lata jak kot z pęcherzem, czasem się nie ma ochoty na wszystko. Jeżeli chodzi zaś o koniec dnia, największą ochotę ma się z kolei? sami wiecie na co.< /br> Ostatni dzień. Notabene najlepszy chyba ze wszystkich jeśli chodzi o aurę. Po dwóch dniach mżawki i chłodu nareszcie wyszło słońce i choć może niezbyt pasuje ono do ogólnego wizerunku metalowego spędu (gdzie niepodzielnie panować powinien mrok), podejrzewam, że zadowolonych z owego obrotu rzeczy z pewnością nie brakowało. Na rozruszanie RECTAL SMEGMA, co po raz kolejny stało się dowodem żelaznej konsekwencji w kwestii rzucania na pierwszy ogień wyjątkowo krwawych brutalistów. Holendrzy nie wstrząsnęli mną jednak do żywego, nieco lepiej było jednak w przypadku IRON REAGAN. Nie dociekam już w jakim stopniu bliski jest sercom owych amerykańskich crustowców jeden z rządzących ongiś ich krajem prezydentów, za całkiem niezłą interpretację Kanibalowskiego ?Skull Full Of Maggots? mały plus jednak im postawię. Przejdźmy zatem do SVARTTJERN, który w ramach programu True Norwegian Black Metal postanowił odcisnąć swoje plugawe piętno także na spragnionej tegoż publice Party San. Kwintet produkował się bardzo produktywnie prezentując już po części obok starego repertuaru także i materiał z najnowszego, wydanego via Soulseller Records bluźnierstwa ?D?dsskrik? ? śmierdziało więc na przemian siarką i Szatanem, wymieszaną z zaduchem zbutwiałego drzewa z norweskich lasów, a w przypadku takiej muzy o to właśnie chodzi, czyż nie? Do godnych odnotowania szczegółów należy jeszcze nowa fryzura Hansa Fyrste, jak i fakt że na kilka sekund sięgnął po gitarę, odgrywając brawurowo solówkę. Tyle w temacie. Blisko trzy godziny przeczekać musiałem aby poddać się obserwacji poczynań MEMORIAM, a przyznam, że chciałem tego bardzo. Ów brytyjski band to bowiem hybryda połączenia sił obecnych oraz byłych muzyków Bolt Thrower i Benediction, którzy pragnąc uczcić pamięć zmarłego niedawno bębniarza pierwszej z wymienionych formacji, postanowili zrobić to właśnie na taki sposób. Martin ?Kiddy? Kearns byłby z pewnością dumny, wiedząc iż Karl Willets, Frank Healy oraz bębniący niegdyś w Boltach Andy Whale skaptują sobie do pomocy sesyjnego gitareo Benedyktynów ? Scotta Fairfaxa ? i okolicznościach niniejszych wyciągną z kwintesencji brytyjskiego śmierć metalu wszystko co najlepsze. Poczekamy, zobaczymy ? jak na razie na koncie wprawdzie tylko jedno demo, ale niewykluczone, że wkrótce usłyszymy coś więcej i wtedy okaże się co chłopaki są warci. Nawiązania do macierzystych bandów były jednak słyszalne aż nadto (piękne wykonanie ?Spearhead? czy ?Powder Burns?), żywię więc głęboką nadzieję, że wobec chwilowej przerwy w działalności Bolt godnym wypełnienia tejże luki i tym samym bardzo dobrym zespołem, okaże się właśnie MEMORIAM. Nie uprzedzajmy jednak faktów, lecz jedźmy dalej. NIFELHEIM widziałem już na scenie dobre kilka razy, toteż gwarancja ostrej jazdy zapewniona była od samego początku także i teraz. Cieszy ogromnie fakt, iż pomimo dezercji Petera Stjärvinda oraz dwóch panów pogrywających także niegdyś jednocześnie w Necrophobic, band nie stracił nic ze swojej siły i konsekwentnie łupie swoje ku chwale Rogatego. Nie posilę się zatem o nic więcej, jak jedynie o stwierdzenie, że trzy kwadranse recitalu Szwedów były tradycyjną black/thrashową sieką w staromodnym wydaniu, oczywiście dopełnioną wizualnie tonami gwoździ i innego żelastwa, w którym bracia bliźniacy tak bardzo się lubują. Ostatnie pięć minut spektaklu odpuściłem jednak, aby w porę znaleźć się po raz pierwszy od kilku lat pod mniejszą sceną usytuowaną w namiocie, gdzie graty swoje rozłożył germański MOR DAGOR. Konfrontacji z hordą spragniony byłem nie tylko z uwagi na koligacje składowe z Belphegor (Torturer), lecz przede wszystkim na muzykę, z którą już w międzyczasie zdążyłem się zapoznać. Było warto, oj było! Już same sceniczne dekoracje w postaci zapór przeciwpancernych oraz odpalenie racy przez pana wokalistę zasugerowały, że przygotować się muszę na soniczne obcowanie z wojną i destrukcją, w której nie będzie zwycięzców i gdzie nie zostanie kamień na kamieniu. Tak też się stało. Pół godziny kipiącego agresją i nienawiścią black metalu z elementami death było właśnie ofertą nadającą się na koncerty idealnie, a że w perspektywie rysowało się ponowne rychłe podziwianie kwintetu w wersji scenicznej, nie mogłem wyjść z namiotu zawiedziony. Ponowna zmiana frontów i powrót pod dużą scenę w celu złożenia hołdu starej szkole death metalu. GRAVE widziałem na scenie już tyle razy, że w zasadzie mogłem sobie odpuścić, ale że sentyment to rzecz nie do obejścia, szwedzkie monstrum ciągnęło mnie pod barierki niczym potężny elektromagnes stalową opiłkę. Po raz wtóry jednak opłaciło się tam być, bo zapiaszczone brzmienie w charakterystycznym stylu oraz repertuar Grobowca to wystarczające ku temu impulsy. Co na liście? Klasyczne starocie (?Deformed?, ?Christi/ns/anity?, ?Soulless?, ?You?ll Never See??, ?Hating Life?, ?And Here I Die??) doprawione szczyptą najświeższych dokonań (?Out Of Respect For The Dead?) z nieodzownym ?Into The Grave? na deser, dzięki którym każdy maniak tejże formacji z pewnością nie odszedł spod sceny zawiedziony. Nigdy nie spodziewałbym się jednak żywić niniejsze odczucia w przypadku innej legendy śmierć metalu ? IMMOLATION. Taaaa, właściwie to już sam nie wiem co powinienem o tym skrobnąć i czy w ogóle? Ale co mi tam, zrobię to. Proszę państwa, horda z NYC po prostu rozczarowała! Zacznijmy od tego, że już po jej wyjściu z ok. 10-minutowym opóźnieniem na scenę zacząłem przecierać oczy, aby upewnić się, czy to co widzę faktycznie jest prawdą: czy oni grają dziś tylko we trzech? Gdzie jest Bill Taylor? Musiało minąć co najmniej kilka minut, abym mógł utwierdzić się w tym przekonaniu, ale to w zasadzie tylko intermezzo do kolejnego zawodu, który po części wynikał z wymienionej już okoliczności. Amerykanie w uszczuplonym składzie zagrali koncert o sondzie wręcz paskudnym, z ogromnym trudem rozpoznawałem poszczególne kawałki! Udało mi się zidentyfikować ?Majesty And Decay?, ?Despondent Souls?, ?Kingdom Of Conspiracy?, ?The Purge?, ?Father, You?re Not A Father? czy ?Dawn Of Possession?, ale nie oszukujmy się ? taka kaszana w 25 rocznicę wydania kultowego debiutu, to gorsze niż horror! Ekipa Rossa Dolana zaprezentowała też kawałek ?Epiphany? z nadchodzącego wielkimi krokami nowego długograja, ale szkoda, że tak marnie to tym razem wyszło, naprawdę szkoda! Szanuję IMMOLATION za to, że pomimo tych wszystkich niedogodności nie odwołali swojego udziału w imprezie (jak się później dowiedziałem, przyczyną absencji Billa Taylora były bardzo ważne sprawy osobiste), mimo wszystko chciałoby się jednak zawsze widzieć swoich faworytów w jak najlepszej formie, czego im samym oraz sobie też życzę. Ale w sumie też nie ma tego złego ? opuszczając nieco wcześniej gig Amerykańców, podążyłem po raz drugi ku namiotowi, aby sprawdzić obecną kondycję bandu, który zakończywszy przed laty działalność, postanowił powrócić w glorii i chwale, aby tak samo jak na początku milenium także i dziś głosić potęgę i moc brutalnego kunsztu. Kiedy dodamy do tego fakt, że brazylijski REBAELLIUN widziałem zaledwie raz podczas pamiętnego koncertu na zamku w Poznaniu (upalne lato Anno Satanas 2000), potrzeba ta rozumiała się sama przez się. Dobry wybór. Brzmienie o piekło lepsze aniżeli w przypadku nowojorczyków, a technicznie i stylowo ? pierwszorzędnie. Słychać było, że pomimo długiego rozbratu ze sceną chłopaki nie zardzewieli (rozwijanie umiejętności w Mental Horror, Horned God czy The Ordher zrobiło swoje), gdyż prezentowany repertuar ze świeżynki ?The Hell?s Decrees? oraz dwóch pozostałych krążków urywał jaja. Momenty największych uniesień przeżyłem przy ?Spawning The Rebellion? oraz ?At War? (jedyneczka przecież rządzi!) oraz ?Unborn Consecration?, dodam więc na tym miejscu tylko i jedynie, że wizyta brazylijskich masakratorów w moim mieście byłaby w takiej sytuacji naprawdę pożądaną sprawą. Trzy szóstki na drogę, bracia! W ten sposób dobrnąłem do TAAKE, na który jednak rzuciłem okiem bardzo pobieżnie, a to tylko dlatego, że hordę szalonego Hoesta widziałem już parokrotnie, a poza tym w sezonie niniejszym ponowne jej zobaczenie szykowało się już za siedem dni podczas festiwalu w Barth. No to pora na SODOM. Podziwiam Toma Angelrippera, że wciąż jeszcze chce mu się ów cyrk na kółkach ciągnąć. Koleś za kołnierz nie wylewa ? wory pod oczami rosną, wątroba pewnie też wyeksploatowana, a ten ciągle w formie! Pamiętam jak po raz pierwszy i dotąd ostatni zjawił się ze swoimi kaprawymi kamratami w tym samym miejscu przed czterema laty, dając popis jak się patrzy. Nie dziwota jednak, bo Sodomici to klasa sama w sobie (miałem już przecież okazję parę razy się przekonać) i tak zostanie chyba już do kresu ich istnienia. Nie wiem dlaczego, ale odnoszę wrażenie, że spośród wielkiej germańskiej thrashowej trójcy to band wuja Toma ma właśnie coś niezwykłego i wyjątkowo pociągającego, a co to jest ? nie da się jednoznacznie określić. Może owe wojskowe klimaty, które nie są mi obce? Ach, pies to drapał? Godzina treszowego łojenia obfitowała w same smakołyki ? zarówno te bardziej zakonserwowane, jak i nieco świeższe (przedsmak nowiuteńkiej płytki ?Decision Day?, która miała ujrzeć światło dzienne w następnych tygodniach), w związku z tymże udało się więc usłyszeć ?In War And Pieces?, ?Sodomy And Lust?, ?The Saw Is The Law?, ?Outbreak Of Evil?, ?M-16?, ?Sacred Warpath?, ?Blasphemer?, ?Remember The Fallen?, ?Tired And Red?, ?Ausgebombt? oraz oczywiście ?Agent Orange?. Całkiem niezły akcent na zwieńczenie całej imprezy, gdyż SODOM to zespół typowo koncertowy i na headlinera nadaje się w moim skromnym mniemaniu o wiele lepiej aniżeli AT THE GATES, któremu rola owa została tym razem przydzielona. Popisy brodatego rudzielca i jego kumpli obejrzałem bowiem bardzo pobieżnie, gdyż podobnie jak przed pięcioma laty? tak samo mi się nie chciało. Nie wiem już co się ze mną dzieje ? albo robię się już tak zramolały i zgryźliwy, że powoli powinienem chyba myśleć o emeryturze, albo jakoś nie trafia do mnie przekaz owej hordy z Göteborga, która przez fanów melodyjnej Szwecji wyniesiona zostaje niemalże do wymiaru boskiego. Pooglądałem kilkanaście minut i?< /br> Zastanawiać się zacząłem nad tym jak to się stało, że trzy dni, których w każdym roku tak tęsknie wyczekuję, po raz kolejny przeminęły z wiatrem, który pośród pięknych wzgórz Turyngii duje czasem niezwykle mocno. Zastanawiać się zacząłem też nad tym, jak to jest, że jeśli chodzi o PSOA to jeszcze wciąż nie potrafił mi się ten festiwal znudzić, choć nierzadko grają na nim co kilka lat te same zespoły? No bo tak ? już wiadomo, że na edycji Anno Satanas 2017 zagrają m.in. Vader, Desaster, Necrophobic? Wszystkie już kiedyś grały na tym feście, wszystkie widziałem już więcej niż jeden raz, ale ważne jest, że wszystkie je lubię, dodając jeszcze zaś do tego perspektywę jakichś niespodzianek, którymi kierownictwo festiwalu pewnie znowu nas zaskoczy, nic pewnie nie powstrzyma mnie od udania się tam po raz kolejny. To byłby już dokładnie trzynasty raz, a jeśli chodzi o taką liczbę, chcielibyśmy wiedzieć co też ona będzie znaczyć. Szczęście? Porażkę? Oby tylko pierwsze z wymienionych!

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz


<<<---powrót