Relacje

OBITUARY, EXODUS, PRONG, KING PARROT

27.10.2016  The Garage, Glasgow

Koncert, który odbył się 27 października roku bieżącego w glasgowskim klubie The Garage był jednym z tych nastręczających trudność w kwestii ustalenia czy bardziej zależy mi na występie gwiazdy czy może suportu. Australijski KING PARROT, którego występ rozgrzewał publiczność 'Battle of the Bays Europe Tour 2016', powalił mnie wszakże na glebę swym tegorocznym długograjem, który podczas wspomnianego tournee promował, więc chcąc upewnić się, że będzie mi dane zobaczyć ich występ, względnie mając na uwadze szkockie standardy organizacyjne zjawiłem się w klubie już trzydzieści minut przed czasem. Chwilę po godzinie osiemnastej odrzwia stanęły otworem, nieliczna grupa fanów weszła do środka i wszystko ruszyło. KING PARROT pojawił się na scenie błyskawicznie. Nim zdążyłem się obejrzeć Australijczycy wyrzucili z głośników pierwsze dźwięki otwierającego "Dead Set" "Anthem of the Advance Sinner" i w mgnieniu oka stało się jasne, że nie przyjechali oni do Glasgow na herbatkę. W ułamku sekundy świecący gołą klatą, a później oczywiście i tyłkiem wokalista Matt Young otworzył pierwszą butelkę z wodą, której zawartość wylał na siebie i zgromadzoną pod sceną publiczność, w tym i na mnie. Gość był ogólnie pod tym względem wyjątkowo hojny, bo na jeden utwór ? a przecież KING PARROT nie dysponuje kilkunastominutowymi kolosami ? zużywał ze dwie, trzy butelki, z czym szła w parze wyjątkowo charyzmatyczna konferansjerka przywodząca na myśl postawę Phillipa Anselmo, którego nazwisko często pojawia się w towarzystwie nazwy zespołu, gdyż były gardłowy PANTERY nie tylko wydał ich ostatni krążek, ale i wystąpił w teledysku do utworu "Like a Rat". Matt Young to ewidentny świrus sceniczny. Jednostka wysoce nieprzewidywalna i niebezpieczna, gotowa dostarczyć wraz z towarzyszącą mu załogą pełnowartościowe, metalowe show z kaskadami dzikiej energii i ponadprogramową wręcz intensywnością. W setliście nie zabrakło tak fenomenalnych strzałów jak "Need No Savior" czy "Hell Comes Your Way", więc byłem kupiony. Wiele do życzenia pozostawiało mało czytelne nagłośnienie, ale wiadomo, że podczas występu suportu ma być nieco ciszej, więc wtedy jeszcze nie wadziło to aż tak, jak w trakcie kolejnych gigów. Rozczarowująca była również frekwencja i pewna bierność ze strony maniax, tym bardziej, że Youngy niemal dosłownie stawał na głowie żeby nas rozruszać. W temacie katalogu płytowego grupy PRONG nie czuję się niestety pewnie, ale nazwa kapeli ? która niejednokrotnie przed oczyma mi mignęła ? wymieniana jest zwykle w towarzystwie sygnujących wyroby flagowych przedstawicieli thrashcore'u zza oceanu, jak choćby CRYPTIC SLAUGHTER, D.R.I. czy SUICIDAL TENDENCIES. To umowne zestawienie pokazuje zresztą niekoniecznie wąskie spektrum stylistyczne wspomnianej konwencji, która licznie reprezentowana przez wykonawców o ile mi wiadomo nigdy nie była, oczywiście w porównaniu z innymi podgatunkami ciężkiego łojenia. Proste, że większość kapel promuje podczas regularnych tras koncertowych ostatnie pozycje ze swojego katalogu, więc idąc wspomnianym tokiem rozumowania zapoznałem się z płytą "X ? No Absolutes", zamykającą dotychczasową dyskografię PRONG. Pojawiły się z niej tak udane strzały jak "Ultimate Authority" czy "Cut and Dry", których wysłuchałem tego wieczoru ze sporą przyjemnością. Niemniej jednak uważam, że grupa powinna postawić na odrobinę bardziej urozmaicony repertuar. Na swojej ostatniej płycie mają przykładowo wyśmienitą, metalową balladę "Do Nothing" z wyjątkowo nośnym refrenem, która na pewno nie ujęłaby uroku występowi. Wielka szkoda, że ilość decybeli nijak nie przekładała się na słyszalność utworów. PRONG bardziej niż na niepohamowaną dzikość stawia jednak na heavymetalową przebojowość, a ona była tego wieczoru mocno stłumiona. Mimo, iż akustyk nie odwalił tego wieczoru roboty wzorcowej występ kolejnego aktu wynagrodził wszelkie możliwe niedostatki. EXODUS. Jedno słowo elektryzujące każdego jednego szanującego się fana thrash metalu na tej planecie. Kapela uformowała przecież szeregi jeszcze przed powstaniem METALLIKI, bo fakt, że ta ostatnia dała światu pierwszą thrashmetalową płytę długogrającą wcale nie oznacza, że ogólnie była pierwsza. Nim Kirk Hammett dołączył do Hetfielda, Ulricha i Burtona grał właśnie z EXODUS, będąc również autorem nazwy zespołu, który nie bacząc na tzw. ducha czasów, przemijające trendy czy rytm, w jakim serce współczesnej metalowej sceny tłoczy główne nurty naszej ukochanej muzy biczuje zady długowłosej braci cudnie niereformowalnym, soczystym, pysznie oldschoolowym, a jednocześnie hiper agresywnym graniem. Promowany tego wieczoru i ostatni póki co w dorobku amerykanów "Blood in, Blood Out" to zarazem pierwszy ich krążek od wielu lat, na którym zaśpiewał Steve 'Zetro' Souza, jaki zaszczycił swą obecnością również zgromadzoną w The Garage publikę. Nigdy nie byłem gotów przybić piątki większości twierdzącej, że Rob Dukes, który dzierżył mikrofon na kilku naprawdę wyśmienitych krążkach formacji, jest wokalistą słabym, bo mimo, iż nie generował najbardziej masywnego i najbrutalniejszego ryku czuł feeling staroszkolnego thrashu i mimo wszystko spisywał się nieźle. Występ Souzy, jaki czwartkowego, październikowego wieczoru obejrzałem w 'Garażu' pozwolił mi jednak obdarzyć krytyków Dukesa ciut większym zrozumieniem, bo facet, który powrócił do składu wygar ma wprost nieprawdopodobny! Jestem typem odbiorcy posiadającym pewne oczekiwania wobec setlisty, bo mimo, iż lubię być zaskakiwany i lubię gdy zespół przekonuje mnie podczas występu do numeru, który wcześniej gdzieś się 'zagubił' mam swoje typy, które z koncertowym wyborem artystów nie zawsze są tożsame. Byłem więc niemal pewien, że EXODUS nie poczęstuje mnie na żywo najlepszym według mnie kawałkiem z najnowszego albumu i chyba jednym z lepszych w swej dyskografii w ogóle, czyli obłędnym "Body Harvest", ale na szczęście bardzo pozytywnie się zaskoczyłem. Formy, z jakich korzysta Gary Holt i spółka mają dziś charakter troszkę bardziej rozbudowany, aczkolwiek rzeczony rozwój odbywa się w tym wypadku bez większego uszczerbku dla tłustego, oldschoolowego feelingu, stanowiącego wspólny mianownik wszystkich kawałków grupy, a wspomniany jest tego doskonałym przykładem. Podobnie zresztą jak tytułowy "Blood in Blood Out" ? iście wymarzony strzał dla maniaków tzw. młynków, którego nie mogło wręcz zabraknąć i nie zabrakło. Publika, która tego wieczoru licznie przyszła na imprezę zorganizowała pod sceną imponujący pod względem metrażu, tudzież wydajności mosh pit i Souza polecił ironicznie zgromadzonym by bawili się odpowiedzialnie, bo 'przy tym, co oni grają możemy się pozabijać'. "War is My Shepherd" i "Blacklist" reprezentowały fenomenalne "Tempo of the Damned", wchodząc już teraz w skład klasycznego repertuaru grupy, a przecież doskonale pamiętam premierę tego krążka. Jak ten czas leci? A skoro już o klasykach mowa nie można zbagatelizować wykonania takich jak choćby "Piranha", "And Then There Were None" bądź "Toxic Waltz". Nie były to natomiast jedyne thrashowe starocie, jakie usłyszeliśmy, gdyż EXODUS wykonał wymowny ukłon w stronę kolegów zza oceanu decydując się na "Total Death" z debiutu KREATOR, idealnie wręcz krzyżujący pięści z numerami autorskimi. Z przyczyn niezależnych ode mnie musiałem niestety opuścić lokal nim OBITUARY zainstalowali się na scenie, więc brak relacjonowania ich występu musicie Kępolowi wybaczyć. Być może uda się innym razem, a póki co wypada mi nasycić się obejrzanymi gigami i tutaj, całe szczęście, mam się czym pocieszyć.

autor: Kępol


<<<---powrót