Relacje

HATE, NOCTEM, WARHEAD

13.12.2016 Audio  Glasgow

Moja ex małżonka postanowiła sprezentować mi z okazji urodzin wejściówkę na glasgowski przystanek wspólnej trasy naszego krajowego HATE - którego danych szerzej referować jak ufam nie trzeba - i hiszpańskiego NOCTEM - który wydał w tym roku całkiem niezłą, jak się okazuje, nową płytę pod tytułem "Haeresis" - i za powyższe cześć jej i chwała! Drzwi otwarto troszkę później niż planowano, więc był czas by uciąć sobie przed wejściem krótką pogawędkę z fanem metalu irańskiego pochodzenia, który nie tylko zaliczył wcześniej londyński koncert szwedzkiego SHINING i wyczekiwał występu jednej z najbardziej rozpoznawalnych polskich hord piekielnych, ale i ostrzył sobie pazury na bieżącą trasę MAYHEM. Globalizacja nie samymi wadami jest naznaczona i nie ukrywam, że gdy widzę jak pewne siły trzęsą w posadach zastanym porządkiem kultur monoteistycznych radykalnie marginalizujących podstawowe prawa człowieka wyraz ukontentowania na twarzy pozostaje już właściwie formalnością. W klubie przywitała nas rozpostarta nad sceną grafika i zestaw perkusyjny agitujący chyba najłatwiej zapadającym w pamięć cytatem z najnowszego albumu HATE - "Crusade:Zero" ? czyli oczywiście 'Set Fire to Icons!'. Po upływie kilkudziesięciu minut na scenę wyszedł pierwszy suport, a mianowicie WARHEAD, który przybyłych w niekoniecznie powalającej liczbie poczęstował graniem ciężkim, acz melodyjnym z silnie wyczuwalnymi akcentami hardcore'owymi. Niekiedy brzmieli jakby bliżej było im do sludge'owych czy stonerowych klimatów, w innych utworach grali niemal jak stricte hc/punkowa ekipa, choć koniec końców najbardziej liczy się chyba prosty fakt, że nie szło im to jak po maśle. Na pewno nie było tragedii i były momenty, kiedy występ mógł przybyłym smakować, ale wykwintności nie uświadczyłem. Chwilami miałem wręcz wrażenie, że nie wszystko im stroiło, a członkowie zespołu ciągle się mylili. W dodatku wokal - szczególnie gdy przechodził w czysty - był po prostu słabiutki, ale kto chciał pomachać głową, ten okazję znalazł. NOCTEM zaprezentował nam natomiast performance z nieco innej, bo zdecydowanie dużo wyższej półki. Od samego początku dał się odczuć spory przeskok jakościowy dotyczący praktycznie wszystkiego - od oprawy wizualnej, przez poziom warsztatowy, aż po same utwory. Rzecz jasna nie mogło się obyć bez kawałków z ostatniego krążka, o którym wspomniałem już wyżej, ale z tego, co zdążyłem ustalić zagrali dość przekrojowy set, sięgając również po repertuar albumów wcześniejszych. Zespół zaprezentował dość agresywny, ale i epicki, zagrany ze sporym polotem oraz wprawą blackened death metal, doskonale konweniujący z repertuarem gwiazdy wieczoru. Ich scenicznych uniformów i corpse paintów nie sposób zaliczyć do oryginalnych, ale wraz z muzyką, konferansjerką i zachowaniem ansamblu na scenie tworzyło to efekt bliski rewelacyjnemu. W kwestii prezencji estradowej spore pole do popisu ma wokalista gdy jedynym jego instrumentem jest gardło, a Beleth z NOCTEM dobrze wie jak ów potencjał wykorzystać. Brutalne, złowrogie i majestatyczne pozy, jakie przybierał to w zasadzie nic nowego i przez cały ich występ miałem silne skojarzenia z Mortuusem z MARDUK, ale grunt, że formuła się sprawdza. Przydałoby się tutaj więcej indywidualnego podejścia, ale ono być może przyjdzie z czasem. HATE to jedna z tych solidnych marek polskiej ekstremy. Niektórych krążków z ich dorobku słucha mi się lepiej, innych odrobinę gorzej, ale czego by nie nagrywali, gdzie i z kim nie grali, jakiego teledysku by nie wypuścili - fakt, że nie zejdą poniżej poziomu przyzwoitego można spokojnie brać za pewnik. Wcześniej widziałem ich jakieś kilka miesięcy przed wydaniem "Morphosis", w niemal zupełnie innym składzie, więc odmienność tego gigu była dla mnie rzeczą prawie oczywistą, a gdy wyszli już na deski i uderzyli z pełną mocą można było spodziewać się samych dobrych rzeczy. Pavulon (ANTIGAMA, REDEMPTOR, WAR-SAW) spędził na stołku perkusisty w tej kapeli już niemal dwa lata stanowiąc chyba wymarzoną siłę napędową wojennej maszynerii Adama The First Sinnera. Z podobnym skutkiem wkleja się w ten obrazek gitarzysta Dominik Prykiel, którego wcześniej mogliśmy posłuchać w LOST SOUL, a teraz choćby w VEDONIST czy założonym przez niego EXTINCT GODS. Od pierwszych sekund HATE dostarczył to, czego można się było spodziewać: precyzyjnie dobywanej z instrumentów, mrocznej, blackened deathmetalowej rozwałki. Wspaniale maszynowa praca perkusji hipnotyzowała wprawiając w iście piekielny trans, a od gitarowych riffów można by było ostrzyć skalpel. Słabiej słyszalny był niestety wokal, ale nagłośnienie pozwalało na szczęście wybrzmieć co ważniejszym niuansom grania kapeli, więc nie zamierzam kręcić nosem. W początkowych linijkach relacji wspomniałem o cytacie z "Valley of Darkness", który tego wieczoru, podobnie jak "Leviathan" z tej samej, czyli najnowszej płyty, porwał chyba wszystkich. Ustalając setlistę HATE wyraźnie koncentruje się na utworach z wydawnictw swoich ostatnich. Znakomity "Anaclasis - A Haunting Gospel of Malice & Hatred" wyznaczył zupełnie nowy rozdział stylistyczny w karierze grupy i w sumie ciężko się dziwić, że woli żyć ona dniem dzisiejszym niż wczorajszym, tym bardziej, że łatwo zauważalny rozwój jest jednym z istotniejszych elementów jej karierowej drogi. Ze wspomnianego chwilkę temu krążka wyłowili to, co zwykle, czyli nieśmiertelny i dobry na wszystko "Hex". Rytmiczna chwytliwość tego numeru i podniosłość jego riffów chyba nigdy nie przestaną mnie zdumiewać! Wśród pozostałych utworów, które zaprezentowali znalazły się "Festival ov Slaves", "Erebos", "Wrists" oraz "Threnody". Przez cały czas liczyłem na to, że skromniutkie, witające suporty audytorium powiększy się choćby przez wzgląd na gwiazdę, a tu lipa. Mówiąc delikatnie Audio nie pękało bynajmniej w szwach, co mam nadzieję nie jest regułą podczas zagranicznych tras HATE, którzy zważywszy na prezentowany przez siebie poziom w pełni zasługują na wyprzedane sztuki. Może kiedyś.

autor: Kępol


<<<---powrót