Relacje

FINNTROLL, ELUVEITIE, DORNENREICH, ARKONA, VARG

PAGANFEST 2010

21.02.2010  Berlin, Postbahnhof

Zapoczątkowany przed dwoma prawie laty i będący inicjatywą austriackiej Rock The Nation objazdowy Paganfest przyjął się na kontynencie europejskim do tego stopnia dobrze, że stał się imprezą cykliczną, przynosząc zadowolenie wszystkim rozkochanym w folkowo - pogańskim odcieniu metalowego grania. Niektóre z biorących w nim udział zespołów stanowią nawet nierzadko stałych uczestników przedsięwzięcia, a z racji pozycji, którą potrafiły sobie na scenie wyrobić, wciąż potrafią magią swoich nazw przyciągać do sal tłumy. W roku niniejszym skład prezentował się następująco: FINNTROLL, ELUVEITIE, DORNENREICH, ARKONA i VARG. Dzięki dwom pierwszym należącym niewątpliwie do bardziej prominentnego grona folk metalowych artystów impreza miała w zasadzie zapewniony sukces już na starcie, nie znaczy to jednak wcale, iż pozostałe grupy zostały kompletnie zignorowane o czym zresztą zaraz przeczytacie obszerniej.

Niemiecki VARG wyznaczony na startera eventu wgramolił się na scenę o właściwym czasie, pozwalając zaprezentować się w całej okazałości licznej nawet już dosyć publice. Nie zaprzeczyłbym stwierdzeniu, iż punktem ciężkości całego show ekipy z Coburga jest potężny wokalista, wymalowany na buźce i ramionach podobnie jak wszyscy jego kamraci pięknym czerwonym kolorkiem. Imidżowo najbliżej mi do skojarzeń z TURISAS, choć muzycznie trudno dopatrzeć się podobieństwa do tych fińskich skocznisiów. Pomimo ogromnej różnicy w brzmieniu synowie bawarskich ziem nie zaimponowali mi niestety niczym szczególnym, choć bez wątpienia dosyć znaczącym punktem programu stała się wygłoszona po drugim lub trzecim chyba kawałku soczysta tyrada pana śpiewaka krytykująca nazistów, której uwieńczeniem było zaakcentowanie tejże poprzez środkowy palec, co rzecz jasna spotkać musiało się z ogromnym aplauzem widowni. Pozwolę sobie w tym miejscu nadmienić, iż w pewnej publikacji, którą na temat zespołu miałem sposobność przeczytać wspomniano mimochodem o rzekomych dawnych powiązaniach tudzież sympatiach wokalisty w tym kierunku, toteż fenomen społeczeństwa, którego częścią sam jestem już kilka lat wciąż pozostaje dla mnie ogromną zagadką. Nie dane mi jednak rozstrzygać w tym miejscu ani prawić elaboratów na tematy socjologiczne, w związku z tym powinienem skupić się na samym zespole, ale jako już zaznaczyłem wcześniej że urzec mnie nie potrafił ani tyciu, pozwolę sobie zakończyć ten wątek. Myślę natomiast, że temat który podejmę teraz, z pewnością ucieszyłby wszystkich metalowych feministów. Rozchodzi się bowiem o to, że po VARG scenę w posiadanie objęła rosyjska ARKONA, a wszyscy, którzy choć raz zetknęli się z tą formacją wiedzą z pewnością, iż jej siłą napędową jest kobitka, co jak na folkowy band uchodzić może za zjawisko niecodzienne z racji na skalę głosu jakim dysponuje. Masza Arhipova (znana również jako Masza Scream) absolutnie bowiem nie wyje, piszczy i nie zawodzi, lecz całkiem zdrowo także porykuje! Nie wiem czy w związku z powyższym niewiasta owa zajmować będzie poczesne miejsce na posterach w pokojach co niektórych, ale zainteresowanie towarzyszące występowi kwartetu było dosyć spore, co tylko świadczyć może o całkowitym docenieniu nie tylko grupy, ale także i najnowszego krążka "Goi, Rode, Goi!", kolejnego owocu współpracy z Napalm Records. Austriacki label bez wątpienia należy do grona najbardziej renomowanych na kontynencie, niewykluczone zatem, że i ARKONA zdoła wypłynąć dzięki niemu na szersze wody. Osobiście nie znajduję w twórczości tegoż bandu czegokolwiek co poruszyłoby mną do żywego, ale z uwagi na moje życzliwe usposobienie pozwolę uczynić sobie taki gest. Powrót na ziemie germańskie, nie do końca jednak na te właściwe, gdyż kolejnym zespołem na liście był wprawdzie zespół niemieckojęzyczny, w rzeczywistości nie pochodzący jednak z ziem pomiędzy Odrą a Renem, choć do niedawna byłem o tym święcie przekonany. Ojczyzną DORNENREICH jest bowiem Austria, w odróżnieniu do swoich słowiańskich poprzedników, którzy znaleźli przystań w Napalm, grupa niniejsza nie reprezentuje jednak szeregów tej zacnej stajni, choć jeśli miałbym wynaleźć jakiś wspólny mianownik, z pewnością wymieniłbym tenże. Widząc już wcześniej logo formacji na koszulkach bądź naszywkach wielu maniaków wywnioskowałem, że musi ona cieszyć się w Niemczech niezwykłą popularnością, koncert natomiast przypuszczenia te potwierdził w całej rozciągłości. Popisy tyrolskiej ekipy obserwowała naprawdę spora część zgromadzonej tego wieczoru w obiekcie publiki, osobiście jednak ponownie nie wynalazłem w jej twórczości choćby jednej interesującej cząsteczki. W odróżnieniu do ARKONY, która raz po raz miała jednak jakiegoś kopa, DORNENREICH był smętny, rozlazły i nudny jak flaki z olejem. Zaczerpnąwszy niegdyś wiedzy na jego temat poprzez niezawodną Encyclopaedia Metallum znalazłem informację, iż we wczesnych latach parał się rzekomo melodyjnym black metalem i tego też się choć w małym stopniu spodziewałem. Nic z tego! Jęczenie skrzypiec przy dennym akompaniamencie gitary, słabej perkusji i szeleszczącym szepcie wokalisty spowodowało, że szybko opuściłem grono obserwujących poczynania tercetu i czas jego występu przeznaczyłem na pogawędkę ze znajomymi, co zdecydowanie bardziej wyszło mi na dobre. Pod scenę wróciłem dopiero, gdy swoje graty i dekoracje rozłożył pierwszy z bardziej komercyjnych w folk metalowym biznesie uczestników imprezy - ELUVEITIE. Sąsiada DORNENREICH przez miedzę oglądałem już w akcji kilkakrotnie, przy czym wspomnieć należy iż dwa razy nawet chyba miało to miejsce w ramach wcześniejszych edycji Paganfestu. Nie da się nie zauważyć, że skład kapeli uległ w międzyczasie poważnym dość zmianom, wyłączając oczywiście tzw. instrumentarium ludowe, w którego skład wchodzą grający na gitarach akustycznych oraz fletach pan śpiewak i dwie dziewczęta obsługujące skrzypce oraz lirę korbową. Trasa owa stanowiła doskonałą sposobność do zaprezentowania materiału z najnowszego krążka "Everything Remains As It Never Was", który miał premierę dosłownie trzy dni wcześniej. Choć ELUVEITIE generalnie nie zmienia stylu, pozostając także wiernym w opiewaniu chwały i tradycji narodu z którego się wywodzi, widać, że w ciągu dosyć krótkiego stażu w graniu zjednał sobie dosyć spore grono zwolenników, których wciąż przybywa. Tak to już jest - jeśli ktoś coś polubi, to zazwyczaj pozostaje smakowi niniejszemu wierny, no chyba, że stwierdzi jakoby mu się w międzyczasie przejadło? Muzyka Szwajcarów cieszy się jednak w Republice Federalnej dosyć sporą popularnością i pełne sale koncertowe, w których spotyka się często te same twarze (mam na myśli moją piękną stolicę, rzecz jasna) są chyba wystarczającym potwierdzeniem tegoż stanu rzeczy. Niewykluczone, że fanami ELUVEITIE byliby również Asteriks i Obeliks, którzy podczas jednej ze swoich wypraw też zawitali do kraju Helwetów, znając jednak ich dywersyjne zaangażowanie przeciwko rzymskiemu okupantowi wdepnąć na koncert pewnie tak i tak nie mieliby czasu? Na co nam zresztą rozważania i hipotezy na temat przeszłości, skoro lepiej skupić się na rzeczywistości, a mianowicie - przenieść się myślą, mową i uczynkiem na scenę, gdzie pozostało już w zasadzie niewiele do oglądania. Tak, tak dziewczęta i chłopcy - czas suportów bezlitośnie dobiegł końca i tym oto sposobem przyszło nam zmierzyć się z headlinerem. W głównej roli FINNTROLL, cieszący się wśród niemieckich metalowczyków (pieszczotliwa odmiana wyrazu nieprzypadkowa) popularnością niemniejszą niż smoczki u niemowląt. To również zespół, który oglądałem już naście - naście razy i który niczym specjalnym mnie już nie zaskoczy, choć przyznać muszę, iż pomimo braku przesadnego uwielbienia dla stylu w którym się porusza potrafi spowodować, że zawieszę na nim oko. Czemuż to? Brzmienie, którego podstawą są mocne i ostro brzmiące gitary, powoduje że wcale nie słychać, że mamy do czynienia z grupą folkową. Rzekłbym, że czasem nawet na rzecz tych gitar inne instrumenty pozostają nieco w tyle, nie do tego stopnia jednak, aby koncertowy sound stanowił łomot i bezkształtną miazgę. Sceną rządził jak zwykle Vreth, którego buźka i tors, przyozdobione gustownym malowidełkiem (piorun, korzeń - cholera wie, co to ma imitować?) na stałe wpisały się już chyba do imidżu kapeli, choć brakiem koszulki z symbolem Batmana u parapeciarza leciutko się tym razem rozczarowałem. No cóż, bywa? Muzycznie? Choć z uwagi na wyżej wymienione okoliczności albumy FINNTROLL nie zajmują zbyt wiele miejsca na moich regałach i tym samym włączenie do swojej kolekcji najnowszego stuffu w ich wykonaniu i zatytułowanego ślicznie "Nifelvind" również mi nie grozi, z niemałą przyjemnością wysłuchałem kilku znanych mi hymnów ze starszych wydawnictw ("Skogens Hämnd", "Nattfödd", "Blodnatt" "Trollhammaren", "Fiskarens Fiende"), choć do ekstazy którą przeżywała stłoczona przed sceną ludzka ciżba brakowało w moim przypadku naprawdę sporo. Jak widzicie, nie zdążyłem chyba jeszcze całkowicie przesiąknąć mentalnością niemieckiego fana metalu? W pewnym momencie dał o sobie znać głód, toteż około kwadransa z czasu przeznaczonego na występ śpiewających po szwedzku Finów przeznaczyłem na pobyt na backstage'u, gdzie pałaszowanie zapiekanki z makaronu zdecydowanie poprawiło moje samopoczucie. Powróciłem jednak na dwa ostatnie kawałki, z których "Jaktens Tid" był ostatnią przewidzianą na ów wieczór perełką. Po jej przebrzmieniu światła zapaliły się wszędzie, co znaczyć tylko mogło, że show is over, żadnych bisów więcej nie będzie, a dzieci muszą grzecznie iść spać (tak i tak było już zbyt późno jak na porę do której nieletni mają dozwolone poruszać się samodzielnie poza domem, tylko kto gdziekolwiek zwraca dziś na to uwagę??) . Choć osobiście pełnoletniość uzyskałem już ciężkie lata temu sam również skierowałem swoje kroki ku drzwiom, gdyż niedzielna komunikacja w porach późnowieczornych nawet w Berlinie nastręcza niekiedy problemy. W sumie nie powiedziałbym jednak, iż kolejna edycja Paganfestu spowodowała u mnie odmienne odczucia niż u setek, którzy wyczekując na nią długie tygodnie, wychodzili po wszystkim z obiektu z bananem na ustach. Miła niedziela, znacznie lepsze chwalenie pogańskich bóstw na tego typu koncertach niż klęczenie w kościele i katowanie stawów kolanowych. Sądzę, że wobec powyższej alternatywy wasz wybór byłby chyba podobny?

autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz


<<<---powrót