<<<---powrót

KAAMOS / MORBOSIDAD / NECROS CHRISTOS / NECROCCULTUS / GRAVEYARD
9.05.2009. - "Knaack Club", Berlin

Pomijając fakt, że w wojsku podobno tylko dwie rzeczy są niemożliwe (wywrócić hełm na lewą stronę oraz okopać się w wodzie, jakby ktoś nie wiedział), okazuje się, że inne faktycznie mogą mieć miejsce. Skupiając się na kwestii różnego rodzaju powrotów, reaktywacji, tudzież reunionów (nazw od jasnej cholery, a o jedno w końcu chodzi), których wciąż ostatnio mnogo, widać, że wiele zespołów na których jakiś czas temu już położony został odwrócony krzyżyk, wciąż potrafi jeszcze dać do zrozumienia, że stagnacja im wybitnie nie służy. Nie wiem już sam - może czasem też i magia robi swoje? Kiedy prawie rok wstecz rozmawiałem z perkusistą dosyć znanej szwedzkiej grupy deathmetalowej, uwagę jego przykuła bluza, w którą to byłem odziany. Zespołem wówczas przeze mnie reklamowanym był KAAMOS, na dany moment pozostający niestety nieaktywnym, o czym nie omieszkałem oczywiście wspomnieć. Kiedy przypominam sobie, jak szanowny muzyk powiedział wówczas: "spokojna głowa, pewnie tak i tak się reaktywują", zastanawiam się w dniu dzisiejszym - wizjoner jakiś czy co? Mniejsza o to. Ważne, że band pielęgnujący tradycję szwedzkiej szkoły śmierć metalu, który dał sobie trzy lata temu na wstrzymanie ponownie egzystuje, a że każdy powrót do działalności po dłuższej bądź krótszej przerwie inaugurują okazjonalne koncerty, nie zdziwi was chyba fakt, że okazji do zmierzenia się ze zmartwychwstałym w swoim mieście przepuścić nie mogłem?

Chętnych mocnych wrażeń w danym dniu nie było wcale tak mało. Wydawać by się jednak mogło, że żądni konfrontacji ze szwedzkimi tradycjonalistami w większym stopniu składają się z przedstawicieli obcych nacji, aniżeli mieszkańców Berlina. Istotnie, słychać było obce głosy (dosyć często przewijały się sentencje hiszpańskojęzyczne), przy czym nie należy zapominać, że z uwagi na bliskość, jak i dogodne okoliczności natury kalendarzowej (sobota) nie zawiodła także dosyć liczna ekipa polska, reprezentująca m. in. Poznań, Gliwice, Brzeg, Goleniów czy Nową Sól, przy czym ostatni jej odłam wciąż pozostaje chyba w wizytowaniu niemieckiej stolicy najbardziej aktywnym. Niestety, moje przypuszczenia co do ciasnoty i ścisku panującego w owym wschodnioberlińskim przybytku potwierdziły się w całej rozciągłości, ale biorąc pod uwagę jego małe gabaryty i dość liczną frekwencję trudno oczekiwać czegokolwiek innego, biorąc także pod uwagę fakt zorganizowania koncertu przez lokalnego promotora w postaci Iron Bonehead Productions, firmy zaprzyjaźnionej z Knaackiem od wieków... Ale czy przeżywając nie takie rzeczy byłoby na miejscu moje narzekanie? Zaprzeczając postanawiam przejść do meritum i skupić się na swoich wizualno - słuchowych wrażeniach. Hiszpański GRAVEYARD poszedł na pierwszy ogień i choć około pół godziny death metalowej łupanki zaprezentowanej przez tenże kwartet potrafiło u co niektórych wzbudzić bardzo pozytywne doznania, moje zaliczyć można raczej do średnich. Podobnie sprawa miała się z drugim uczestnikiem posługującym się tym samym językiem, aczkolwiek wywodzącym się z kraju usytuowanego pod inną szerokością geograficzną - z Meksyku. No, cóż, bywa tak, że sam fakt grania śmierć metalu nie powoduje u mnie przesadnej ekstazy... Wygląda na to, że albo już stary ramol ze mnie, który znudzony życiem doszukuje się tylko dziury w całym, albo pozer jakich mało i jeśli mam być szczery, wcale bym się za nazwanie mnie w taki sposób nie obraził, he, he! Myślę jednak, że poprawiłbym jednak w oczach co niektórych swój wizerunek, przyznając, że trzeci z występujących bandów urzec mnie potrafił niezmiernie. Rozchodzi się o to, że po raz pierwszy w życiu miałem okazję zapoznać się z NECROS CHRISTOS, który jak do tej pory zawsze w wersji live przechodził mi koło nosa, o wydawnictwach nawet nie wspominając. Psiakrew, biorąc jeszcze pod uwagę, że chłopaki pochodzą z mojego miasta, to już w ogóle poruta straszliwa! Czwórka berlińczyków ucharakteryzowanych na kapłanów Ciemności odstawiła taki rytuał, że w ciągu tych kilkudziesięciu minut obserwacji ich show sterczałem sztywno jakbym połknął kij! Death/ black metal w ich wykonaniu emanujący porażającym mrokiem, przejmującym chłodem i atmosferą przyprawiającą o ciarki dotarł do mnie już przy pierwszym z prezentowanych utworów, gdyż walcowate tempa kojarzące mi się odrobinkę z "Osculum Obscenum" i "Fourth Dimension" HYPOCRISY posiadały nieprzyjemny, aczkolwiek bardzo trafiający w moje gusta urok. Do diaska, aż dziw bierze, że tak diabelnie dobry zespół posiada w morzu demówek i splitów zaledwie jeden album długogrający "Triune Impurity Rites", choć wiem już, że rozejrzeć się za nim trzeba będzie obowiązkowo i uczynię wszystko, aby dopiąć swego. Mówcie co chcecie, jak dla mnie NECROS CHRISTOS wygrał jak do tej pory zawody i choć muza ich nie okazała się bezlitosną jatką eksploatującą energię, emocje towarzyszące szczegółowej wiwisekcji ich poczynań były do tego stopnia szczere, że nawet występujący po Martwym Chrystusie MORBOSIDAD nie wycisnął ze mnie tyle potu co obwieszeni kościanymi breloczkami Niemcy. Widziałem wprawdzie, że występ hiszpańskojęzycznych Amerykanów (biorąc pod uwagę teksty i ich wykonanie, wydawać by się mogło, że BRUJERIA miała tu chyba wpływ niemały) podobał się wielu niesamowicie, przy czym na czoło wysuwa się oczywiście bolsza Polsza, jak dla mnie jednak dźwiękowa masakra made in MORBOSIDAD była lekko męcząca. Bywa czasem i tak... No i koniec końców nastąpiło to, czego oczekiwałem z utęsknieniem nie tylko ja, ale także i większość zgromadzonych tego wieczoru w Knaacku ludziów. Na scenie pojawiło się dowodzone przez grecko - fińskiego gitarzystę śmierć metalowe komando aus Schweden. Uwierzcie mi lub nie, ale występ KAAMOS, zespołu należącego zdecydowanie do czołówki moich ulubionych szwedzkich deathowych załóg zaprezentował poziom zaledwie średni. Ciężko ocenić mi co na tym zaważyło - albo byłem już zbytnio wymęczony panującym w klubie wszechobecnym zaduchem, albo chłopaki po prostu nie są w tak dobrej formie jak być powinni. Być może zbyt mała scena i uzyskane na niej brzmienie też miały tu niemałe znaczenie, gdyż ekipa Konstantina Papavassilou nie wypadła tak jakbym tego sobie życzył... Widać było zresztą, że tłum również ledwie zipał, gdyż w stosunku do poprzednich uczestników sobotniego death maratonu reakcja publiki należała do zdecydowanie mniej entuzjastycznej. Skłamałbym oczywiście twierdząc, że koncert KAAMOS był kompletnie do kitu, w końcu jakby nie patrzeć następujące po sobie kolejno "Lucifer Rising", "Khem", "Blood Ov Chaos", "Darkness Awaits" czy "Doom of Man" są utworami o niesamowitej sile, tylko... dlaczego w Berlinie siły niniejszej jakby trochę ubyło? Chciałbym, żeby koncertowa jakość dokonań KAAMOS charakteryzowała się furią porównywalną z huraganem nękającym wybrzeża tropikalnych obszarów naszej planety, a to co usłyszałem/ zobaczyłem było tylko przywidzeniem, ale rzeczywistość niestety była jaka była i nic z tym zrobić się nie dało. A może po prostu za dużo obiecywałem sobie po tym koncercie, wciąż jeszcze mając w pamięci znakomity występ grupy podczas mającej miejsce trzy lata temu edycji Party San? Nie ukrywam, że bardziej z poczucia obowiązku aniżeli szczerej przyjemności wysłuchałem reszty przewidzianej na niniejszy wieczór kompozycji, jeśli chodzi zaś o szczegóły, moje wymęczone uszy wychwycić zdołały jeszcze inne pochodzące z dwóch długogrających krążków oraz Ep-ki "Scales of Leviathan" szlagiery, którymi były m. in. reprezentujący ją utwór tytułowy, a potem już inne wyziewy jak "Seven Demons" , "Corpus Vermis", "Black Goat", "Theriomorphic Pandemonium" i "Circle of Mania". Wierzcie mi, że nie żałowałem, kiedy grubo po pierwszej w nocy nastąpił nieuchronny koniec i podobnie jak wielu podążyłem ku wyjściu. Traf chciał, że w momencie owym zaczęło lać jak z cebra i zastanawiające było, czy nie mieliśmy czasem do czynienia z płaczem potępionych (tytuł jednego utworów z debiutu), rozpaczających w zaświatach nad niedociągnięciami zaistniałymi w trakcie występu Szwedów. Buk jeden zapewne wie, reasumując jednak spędzony w Knaack Clubie Dzień Zwycięstwa, pokuszę się o stwierdzenie, że naturalnie warto było tam pójść w celu rozerwania się i sprawdzenia formy kolejnej wskrzeszonej metalowej załogi, wydawać by się jednak mogło, że KAAMOS musi chyba jeszcze trochę bardziej dojść do formy, podobnie jak każdy z nas, który dźwigając się w poniedziałek o świcie do roboty potrzebuje niezbędnego kopa, ułatwiającego normalne funkcjonowanie. Za sam fakt reunionu szacun ogromny, za koncert - dzięki wielkie, liczę jednak na to, że jeszcze nie raz przekonam się, iż każdy ma prawo do chwili słabości i w rzeczywistości na scenie chłopaki warci są naprawdę sporo.



tekst i zdjęcia: Mikołaj "Manstein" Kunz


GRAVEYARD



NECROS CHRISTOS



MORBOSIDAD



NECROCCULTUS



KAAMOS



<<<---powrót