<<<---powrót

BUDGIE / MAGNAT, 28.04.2009, Radom, G2


Nie do wiary! Po tylu latach, w końcu, udało mi się zobaczyć i usłyszeć na żywo jednego z moich faworytów wczesnych młodzieńczych lat - BUDGIE. Gdy grali rewelacyjnie przyjęte koncerty na trasie w 1982 roku, byłem jeszcze gówniarzem i nikt nie chciał mnie zabrać ze sobą na występ w Toruniu lub Bydgoszczy ;) W 2009 roku zagrali może nie całkiem w składzie, w którym nagrywali płyty w latach 70-ych lub na początku 80-ych i w którym odwiedzili wówczas kraj położony za Żelazną Kurtyną, ale jednak! Koncert odbył się w ramach nieco dłuższej niż w ubiegłym roku trasy BUDGIE po Polsce i miałem pewne obawy czy jest aż takie zapotrzebowanie na bądź co bądź nieco zapomnianą legendę. Takich jak ja "weteranów" przyszło do radomskiego "G2" trochę więcej, niektórzy przyprowadzili ze sobą swoje latorośle, ogólnie czuło się nastrój święta dla wszystkich fanów klasycznego hard rocka. Nie było źle, ale mogło być lepiej pod względem frekwencji. Jednak w czasie, gdy każdy ogląda złotówkę z obu stron zanim ją wyda, wywalenie stówki za koncert nie było czymś zachęcającym.
Ale przyjechali tak czy siak, zagrali i pozamiatali! Ale o tym za chwilę.

Tuż po 20.00 na scenie "G2" zainstalował się młody i kompletnie mi nieznany zespół MAGNAT z Radomia. Zza ściany, za którą spijałem browara w oczekiwaniu BUDGIE w jak zawsze ostatnio miłym damskim towarzystwie, brzmieli jak mniej udana wersja późnego O.N.A., tyle że wokalistą okazał się facet, choć podczas dwóch pierwszych kawałków miałem trochę odmienne wrażenie ;) Nie, żebym się naśmiewał, bo i tak osłuchanym z muzyką ludziom jak ja zdarzają się takie wpadki. MAGNAT zagrał w sumie 6 numerów, z czego ostatni był mocniejszą i nowocześniej brzmiącą wersją "Ale wkoło jest wesoło" PERFECT'u. Pozostałe brzmiały jak nu-metalowe wariacje na temat klasycznego hard rocka. Muzycy potrzebują popracować nad swoim stylem, bo jak na razie trochę ryzykowne było wystawienie ich na support dla wielkiego BUDGIE.

Tak jak podczas występu młodziaków pod sceną stała tylko garstka ciekawskich, tak po chwili z różnych klubowych kątów powychodziła może nieduża, ale barwna grupa ludzi, którzy skupili się tuż pod sceną, gdzie - jak rzadko - nie było tłoczno. Nawet niewysocy mogli tym razem zobaczyć coś więcej niż plecy sąsiada przed nimi i fragmenty występujących muzyków ;) Rozstrzał wiekowy dość spory, choć w przeważającej części stawili się ci, którzy wychowali się na takiej muzyce i chcieli przypomnieć sobie idoli ze swojej młodości. O tym już zresztą wspominałem, niech więc teraz będzie o bohaterach tego wieczoru. Nieco po 21:00 rozbłysły światła i na scenę wbiegli ochoczo Burke Shelley, Steve Williams i Craig Goldy. Lider i założyciel BUDGIE to już leciwy facet (niedawno skończył 62 lata!) z długą grzywą, odziany w czerwoną bluzkę, wytarte dżinsy z dziurami na kolanach i biało-czerwone trampki. Wyluzowany i jakby trochę onieśmielony. No i dzierżył ze sobą odrapany i poobijany bas, który przykuwał do siebie uwagę, bo chyba nie tylko ja odniosłem wrażenie, że to był ten sam, na którym grał w Polsce 27 lat temu. Po koncercie stwierdziłem, że podziw należy mu się także za niezłą kondycję, bo w przeciwieństwie do wielu muzycznych "dinozaurów" poruszał się po scenie i ogólnie dał radę. Steve Williams to prawie łysy, poważnie wyglądający facet, ale gdy usiadł za robiącym wrażenie zestawem perkusyjnym dał zapomnieć, że ma też prawie 60 lat. Craig Goldy to przy tych dwóch młodzieniaszek, świeża krew w zespole, ale to przecież doświadczony gitarzysta ze stażem u samego Ronniego Jamesa Dio w jego autorskim zespole DIO. I zaczęli. Od razu z grubej rury, mocnym i rytmicznym hard rockiem. Szczena mi lekko opadła, gdy usłyszałem jak ta trójka wiernie odtworzyła ducha starych płyt BUDGIE z lat 70-ych, a do tego samo nagłośnienie też cacy i miodzio. Dudniący bas, dla jednych toporne, dla innych wzorcowo klasyczne i niezapomniane gitarowe riffy i precyzyjne, a przy tym mocarne perkusyjne bity walące "po klacie". A do tego nadal ten sam, niezbyt silny wokal Shelley'a. Owszem, trochę niższy niż przed laty, ale przecież czas płynie nieubłaganie, niestety. Po porcji niszczycielskich kawałków sprzed ponad 30 lat i nowym numerze "Dead Man Don't Talk" z wydanej w 2006 roku płyty "You're All Living In Cuckooland" ciary przeszły mi po plecach. Oto BUDGIE zagrało kawałek, od którego na dobrą sprawę zaczęła się moja hard rockowa edukacja, a już na pewno poznawanie muzy tego zespołu i z czasem uwielbienie dla ich twórczości - "I Turned To Stone". Balladowy początek, genialne wykonanie i wyśmienite solówki Goldy'ego. Ten gość nie ma może wirtuozerskich skłonności i umiejętności, ale na tym koncercie niejednokrotnie pokazał na co go stać. W odpowiednich momentach posiłkował się różnymi gitarowymi bajerami, flangerami etc. Parę razy popisał się piekielną szybkością gry. To on tu i ówdzie uwspółcześnił i urozmaicił stare kawałki BUDGIE, ale dla równowagi trzymał się też oryginalnych, nieśmiertelnych riffów wykreowanych przez jego poprzedników, Johna Thomasa i Tony Bourge'a, o których nota bene Burke Shelley napomknął podczas występu w Radomiu. Po raz drugi dreszcze przeszły mnie, gdy Burke zapowiedział "Parents". Ten kawałek zadziwia złożonością i cudnym gitarowym motywem. Podobnie czułem się podczas wykonania sławnej "Nagiej spadochroniarki" ("Nude Disintegrating Parachutist Woman") z "jedynki" zatytułowanej po prostu "Budgie". Reszta numerów też była niekiepska, bo jakże można przejść obojętnie wobec sławetnych kawałków z lat 70-ych? Już nieważne jest to o które chodzi i w jakiej kolejności następowały, bo tu liczył się klimat i coś nieokreślonego i magicznego, czego nie zrozumieją słuchacze, dla których - bez obrazy - edukacja zaczęła się od DIMMU BORGIR czy BEHEMOTH. Czas płynął tak szybko (wiele kawałków trwało po trochę więcej niż standardowe 4 minuty) i w pewnym momencie Burke Shelley zapowiedział "last song", lecz chyba nikt nie wierzył, że to koniec i już nie wrócą. Otóż to, bez pozowania na gwiazdy i jak na old school przystało, wyszli na bis i publika zebrana w radomskim klubie w końcu ożywiła się jeszcze bardziej i do końca jednego z najstarszych kawałków w repertuarze "Papużek", czyli "Whiskey River" pod sceną panowało istne szaleństwo. Już z tego wszystkiego nie pamiętam, czy rozsławione przez METALLICĘ na "garażowej" płycie "Breadfan" poleciało właśnie na bis, czy może wcześniej. A wracając do szału pod sceną, to może kogoś by rozśmieszyli pląsający w rytm ciężkiej muzy 50-latkowie, ale ja doskonale rozumiem ekscytację tych ludzi. W szarzyźnie dnia codziennego taki powrót do młodości był dla nich odświeżający. Nie mogłem się jedynie powstrzymać od śmiechu widząc gościa, którego nazwałem Pan Chorągiewka. Koleś w poważnym wieku był bezbłędny, robił wygibasy, wymachiwał papierową flagą z godłem Walii, co zauważył nawet Mr Shelley ze sceny ;)

Yeah, barwne to były czasy, gdy BUDGIE nagrywało płyty i ten duch powrócił teraz, w 2009 roku. Do dziś nie mogę się pozbierać, bo na około 105 minut udało się nam wszystkim przenieść w odległą przeszłość i poczuć tamten klimat, usłyszeć to stareńkie, a tak urokliwe brzmienie z tamtych czasów i z tamtych płyt. Ech, trudno było wrócić do teraźniejszości!... Jedno z moich marzeń się spełniło. Czasami naprawdę warto żyć...

autor: Diovis


<<<---powrót