<<<---powrót

10 LAT THY DISEASE - 24.01.2010, KRAKÓW, ROTUNDA (THY DISEASE; VIRGIN SNATCH; ARMAGEDON; CEMETARY OF SCREAM; CRYPTIC TALES; HELLIAS; HEART ATACK)



Ponad dwa lata minęły od czasu tragicznego wypadku na Białorusi, a Witek i Covan wciąż z ust i jak się okazuje również utworów kolegów z branży nie znikli. Jest to dowodem na to, jak ważną grupą JEST na rodzimej metalowej scenie DECAPITATED i jak wielkie znaczenie wspomniany bębniarz i wokalista powyższej deathmetalowej załogi dla nas MAJĄ. Pamiętam jeszcze jak dziś koncert sprzed dwóch lat, z którego dochód miał w całości wesprzeć poszkodowanych i ich rodziny i na którym zagrały takie grupy jak choćby SCEPTIC, czy HATE. Był on prowadzony przez znanego dziennikarza muzycznego, oraz byłego wokalistę LUX OCCULTY - Jarosława Szubrychta. Wspominam o nim nie bez kozery, albowiem jubileuszowy koncert, którym THY DISEASE uczcił 24 stycznia w krakowskiej Rotundzie swoje dziesięciolecie w dużej mierze przywołał w pamięci tamten szlachetny wieczór. Ale może po kolei. Wypadałoby zacząć od tego, że tym razem koncert poprowadził Adam Grzanka z kabaretu "Formacja Chatelet". Jeszcze przed pojawieniem się pierwszego zespołu, przywitał cały metalowy Kraków "na festiwalu szatanistycznym", )zapowiedział wyjście HEART ATTACK i impreza ruszyła z kopyta. NAMMOTH tego dnia nie zaszczycił nas swym death metalem, albowiem pilne sprawy zmusiły muzyków do wcześniejszego opuszczenia trasy. Ja osobiście najbardziej ubolewałem jednak nad absencją grupy SCEPTIC, spowodowaną kontuzją perkusisty Clouda. Wielka szkoda, tym bardziej że jakby nie spojrzeć jest to zespół wybitny i niezwykle ważny nie tylko na lokalnej scenie. Otrzyjcie już jednak łzy płaczące, albowiem całkiem niezłym wykurwem przywitał nas HEART ATTACK. Jak się później okazało, miał to być jeden z najlepiej nagłośnionych tego wieczoru występów. Kawał dość ciekawego, w moim odczuciu stonerowego, ulokowanego gdzieś w okolicach SEPULTURY z okresu "Roots" łojenia, zagrany równo, klarownie i w miarę czytelnie. Zespół rozruszał publikę na tyle skutecznie, że właściwie z miejsca, gdzieś w środkowej części przestrzeni pod sceną, wytworzył się całkiem niezły młyn.) Mogliśmy usłyszeć takie utwory, jak "Freedom", "Babilon", czy niezapomniany cover PANTERY "Walk". Wokalista bardzo gorąco zapraszał na scenę Zielonego, by razem z nim wykonać ten legendarny kawałek. Łukasz Zieliński się jednak nie pojawił, stąd Grizzly był zmuszony sam złapać za mikrofon. Zaśpiewany nieco bardziej na growlingowo niż w oryginale porwał chyba każdego i naprawdę - ciężko było ustać nie machając głową. )Następny scenę opanował, zapowiedziany przez Adama jako grupa naprawdę legendarna - HELLIAS. Być może wstyd się przyznać, ale choć ich nazwa śmignęła mi gdzieś tam kiedyś, to z twórczością grupy niestety zetknąć się nie miałem okazji. Nigdy jednak nie jest za późno, by nadrobić zaległości, a powyższy występ był po temu sposobnością naprawdę nie byle jaką. Trzeba było chyba nienawidzić thrash metalu, by występ tej formacji przyjąć bez emocji. Wyśmienity kawał rasowego grania inspirowanego ewidentnie starą szkołą przypadł do gustu każdemu chyba obecnemu w Rotundzie sympatykowi tego gatunku. Widać po nich, że żadne z nich) żółtodzioby. Że nie grają od trzech, a od dwudziestu trzech lat, a swoje instrumenty obsługują z doprawdy niebywałą precyzją i wprawą. Dało się więc odczuć, że od chwili ukazania się przedostatniej do momentu wydania najnowszej płyty, "A.D. Darkness", upłynęło troszkę czasu. Nowy materiał wydaje się bardziej masywny i tłustszy w warstwie brzmieniowej od tego zasłużonego. Mnie chyba jednak bardziej przypadły do gustu starsze dokonania, które zabrzmiały wręcz fenomenalnie. O ile w przypadku dwóch pierwszych nazw, nagłośnienie nie dało się jakoś specjalnie we znaki, o tyle podczas gigu następnych w kolejce CRYPTIC TALES - było wręcz fatalne. Jedna chaotyczna ściana dźwięku, w której wokal był równie świetnie słyszalny co linie melodyczne poszczególnych utworów, czyli właściwie wcale i nawet jeśli blackmetalowcy z Przemyśla mają całkiem niezłe kompozycje do zaprezentowania, to niestety w całym tym natłoku generowanego przez głośniki hałasu zupełnie się pogubiły i nie jestem bynajmniej odosobniony w tej opinii. )Wokalista Piotr Kopko narzekał na brak odpowiedniej publiki, na to, że "każdy przyszedł posłuchać thrashu". Mówiąc szczerze, przykro się rzeczywiście troszkę zrobiło. Tym bardziej, że dzisiaj dobrego blacku jak na lekarstwo i czasy świetności tego niezwykłego gatunku mamy już dawno za sobą. Pomimo jednak szczerych chęci z mojej strony, by przy jakimś para skandynawskim graniu głową pomachać, rozkoszowanie się tymi dźwiękami przychodziło z wielkim trudem. Być może studyjnie prezentują się lepiej... Cóż, trzeba będzie sprawdzić. )Tymczasem pora na CEMETARY OF SCREAM, co do którego przyznam bez ogródek - uczucia mam mieszane. Niby całkiem zgrabne doomowo-gotyckie granie, w którym nawiązania do twórczości wielbionych przeze mnie MY DYING BRIDE są wyraźnie odczuwalne. Niby koncert zagrany bez większych zarzutów. Niby same kawałki całkiem niezłe i nawet jakby bardziej klarownie to wszystko wypadło, niż podczas poprzedniego występu, ale czegoś mi tu jednak minimalnie zabrakło. Grupa, co by nie powiedział, ma spore grono sympatyków, które nie pozostawiło przelanego przez nich potu) bez odzewu. Gdy opuścili estradę, Grzanka przyznał się bez bicia, że materiałem z pierwszego albumu przygotowującego się już "powoli" ARMAGEDON biczował się jeszcze na starym magnetofonie "ze zjebanym paskiem i było naprawdę ciężko". Skonstatował, że teraz mamy w użyciu siedmiostrunowe gitary, więc zespół nas zmiażdży i zasłużeni deathowcy przejęli scenę. W tym miejscu mały surprise, jaki sprawiła mi cyfrówka. W momencie, gdy pierwsza z trzech czołowych tego wieczoru kapel objawiła się publice, padła mi bateria. Jak widać złośliwość przedmiotów martwych nie zna granic... No nic... żyje się dalej. Na wstępie małe intro, czyli znana z nowej płyty klawiszowa miniatura i jedziemy z tytułowym "Death Then Nothing". Nie opuszczając nowego repertuaru zespół przyjebał od razu z "Enemy", po czym zaatakowali pochodzącym ze starszego rozdziału w ich działalności "Inside the Soul". Z nowej płyty usłyszeliśmy jeszcze rewelacyjny "Seeing Is Believing". Naprawdę świetny występ. Wokalista Sławomir "Slavo" Maryniewski cały czas podgrzewał atmosferę zachęcając wszystkich do metalowego szaleństwa. W kwestii czysto muzycznej zapachniało i VADER'em, i MORBID ANGEL, a takich ukłonów naprawdę nigdy za wiele... chociaż, panowie z ARMAGEDON nie są przecież na scenie jakoś specjalnie krócej, no, ale to już inna kwestia. VIRGIN SNATCH uderzyli z potężnym "State of Fear" z płyty "In the Name of Blood" i z tego albumu mieliśmy jeszcze okazje zostać uraczeni takimi killerami, jak "Purge My Stain", "Bred To Kill" czy tytułowym "In the Name of Blood". Zielony nie wdawał się w zbędne dialogi z publicznością. Stwierdził tylko dość trzeźwo, że "... nie ma czasu. Trzeba napierdalać!!!" i zespół poczęstował nas utworami z nowego albumu "Act of Grace": "Through Filth We Grow", "Walk the Line" i zagrany na koniec ku pamięci Wiolda Kiełtyki, przepiękny "It's Time". Chuj mnie obchodzi, czy zabrzmi to patetycznie, czy nie, ale prawda jest taka, że ballada wypadła naprawdę uczuciowo, a miejscami wręcz wzruszająco i to w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. Inna sprawa, że na poprzednich koncertach VIRGINÓW zdecydowanie brakowało mi takich właśnie, spokojniejszych utworów, w których komponowaniu, oraz odgrywaniu zespół jest przecież naprawdę niezły. Koncert zagrany nieco w pośpiechu, ale za to dynamicznie i z wielkim polotem. Zielony jak zwykle wychodził z siebie, by wszystkich obecnych poderwać do wspólnego "Napieeerrdalaaaamy!!!" Instrumentalnie bez najmniejszego zarzutu... zresztą, kto kojarzy Jacka Hiro, ten wie, z jakim poziomem mamy tu do czynienia. Zanim na scenie pojawił się gospodarz imprezy, odbyła się licytacja wielkiej flagi z logo "THY DISEASE", z której dochód miał zostać w całości przekazany na szczytny cel rehabilitacji Covana. Polska scena, jak zaznaczyłem na wstępie relacji, nie pozostaje więc obojętna wobec tego co spotkało przyjaciół z "metalowego podwórka" i wielki szyld grupy, został przez Adama Grzankę sprzedany za 500 zł. Dużo? Niedużo? Z całą pewnością sporo, jak na możliwości finansowe statystycznego polskiego metalowca. Gdy nabywca trofeum pojawił się na scenie by zebrać należny poklask długowłosej braci i wszelkich uroczystości z tym związanych, stało się zadość, dmuchawy rozproszyły dym po całej scenie i na deskach majestatycznie stanął THY DISEASE. I tu mały surprajs. Zamiast Michała Senajki, za mikrofonem stanął bowiem Syriusz z ANAL STENCH, który zastępował go na polskich koncertach. Absencja Psycho nie została przez zespół oficjalnie podana do wiadomości publicznej i tak naprawdę nie wiemy do końca co ją spowodowało. Właściwego gardłowego grupy zatrzymały ponoć jakieś pilne sprawy w Barcelonie... Z wywiadu dowiedzieliśmy się, że grupa postawi na ewidentnie przekrojowy materiał, który zobrazuje ich rozwój na przestrzeni świętowanej tego wieczoru dekady. Tak się nie stało. Materiał autorski z dwóch pierwszych płyt został całkowicie pominięty i zespół zaprezentował kompozycje z trzech ostatnich długograjów, czyli chronologicznie od "Neurotic World of Guilt", z którego gdzieś w okolicach końcówki gigu padł "Mean, Holy Species". Zacznijmy jednak od początku. Zarówno ostatni krążek "Anshur-Za", jak i wspomniany gig otworzyli utworem "Blame". Od pierwszych taktów widać było, że wszystko jest na swoim miejscu, oprócz nieszczęsnego nagłośnienia, które irytowało miejscami również sam zespół. Przede wszystkim zaś Cube'a, którego czysty wokal był podczas kolejnego "Fog of War" ledwie słyszalny. Czytelność jego partii mówionych, które powinniśmy usłyszeć podczas zagranego z niemałym impetem "Collateral Damage" lepiej w ogóle przemilczeć. Nie jest to bynajmniej zarzut wysunięty w kierunku muzyka grupy. Jak zwykle rewelacyjnie wypadły utwory z "Rat Age", jak "Antidote", czy "Life Form". Z ostatniej "Anshur-Za" padły jeszcze "Nightmare Scenario" i kulminacyjny "Salah-Dhin". Gdy wyszli na bis, Syriusz oznajmił, że zagrają pewien cover. Kiedy wszyscy zaczęli skandować tytuł przeróbki Madonny, wokalista zażartował, że "Frozen to jest na polu. Minus dwadzieścia pięć stopni...". Proste, że chodziło o "Sinner In Me" i specjalnie na potrzeby tego utworu za mikrofonem zameldował się Cube. Gdy odfajkowali "Grzesznika", zastępca gardłowego spytał publikę: "jak jest na polu?". Gdy z kilkunastu gardeł padła odpowiedź: "Frozen!!!", rozległ się iście zimny, monumentalny klawiszowy wstęp i zostaliśmy uraczeni drugim tego wieczoru coverem. Tak więc w pewnym sensie pojawiło się coś z "Devilish Act of Creation", albowiem początki tej interpretacji sięgają czasów dema "Art of Decadence" i rzeczony cover pojawił się również na pierwszym longplayu grupy. Później scena zaroiła się od wszystkich chyba muzyków, jacy tego wieczoru w Rotundzie się ostali. Wyszedł i Zielony, i Grizzly, i gitarzysta wraz z wokalistą ARMAGEDON'u, z tego co pamiętam... Długo by wymieniać. W takim właśnie składzie, po uprzednim odkorkowaniu dwóch szampanów, powstała w ten sposób "supergrupa" wykonała "Creeping Death". "No jeśli przy tym już nie będziecie napierdalać, to będzie to profanacja" - ostrzegł Syriusz i w całkowicie luźny, pozbawiony jakiejkolwiek napinki sposób odegrali i wraz z publiką odśpiewali wspomniany przebój Hetfielda i spółki. To by było na tyle. Reasumując: niezwykle udany wieczór, którego atmosfery nie popsuło nawet wyjątkowo słabe chwilami nagłośnienie. Impreza pokazała bardzo dobitnie, że "głośno" niekoniecznie znaczy "dobrze" i stojąc pod samą sceną , często instynktownie wręcz cofałem się do tyłu i chwilami miast skupiać się na samej muzyce, oddawałem się rozważaniu ewentualności zainwestowania paru groszy w stopery do uszu. Szkoda, bo gdyby oszczędzono nieco głośniki, każdy z występów mógłby jak mniemam wiele zyskać. THY DISEASE, jak na gospodarza przystało, wyszedł jednak z opresji obronną ręką i zaprezentował kawał szalenie precyzyjnego, wyrazistego i przede wszystkim absolutnie profesjonalnego grania z najwyższej półki. Odniosłem jednak wrażenie, że koncert, który widziałem trzy lata temu w Lublinie, był w wykonaniu jubilata dużo, ale to dużo lepszy.

tekst i zdjęcia: Kępol

<<<---powrót