<<<---powrót

FESTUNG OPEN AIR (30.05-31.05.2009), Friedersdorf bei Bitterfeld (Niemcy)

ABSU / Forgotten Tomb / Melechesh / Zemial / Enthroned / Valkyrja / Black Flame / Recapture / Bombers / Aura Noir / Destroyer 666 / Urgehal / Ravencult / Dead To This World / Vorkreist


Pfingsten, słowo oznaczające w języku niemieckim Zielone Świątki, w Polsce pozostaje chyba raczej mało znaczącym dniem, co w związku z ogólnym modelem wyznaniowym nadwiślańskiego kraju wydawać by się mogło swoistym paradoksem. Kompletnie zaskakującym pozostaje jednak fakt, iż celebrowane za to w Niemczech owe kościelne święto ma niesamowite znaczenie dla tutejszej metalowej braci. Przypuszczalnie nie z uwagi na każdy następujący po nim ustawowo wolny poniedziałek, lecz w związku z odbywającym się w owych dwóch dniach festiwal, skupiający zarówno niszowych, jak i bardziej znanych przedstawicieli metalowej ekstremy. Po raz siódmy już bowiem odbywający się niedaleko Bitterfeldu (dawne NRD, moi mili) Festung Open Air przyciągnął wszystkich miłośników metalowego jazgotu. Maniaków złaknionych obcowania głównie z black / death metalowymi dźwiękami stawiło się ok. 2 tysięcy. Scenariusz festiwalowej eskapady pozostaje w moim przypadku niezmieniony od lat. Po stosunkowo krótkiej podróży (ok. 2 godzin) w towarzystwie Jörga z Folter Records oraz jego towarzyszki życia, już w samo południe mogłem wylegiwać się we własnym namiocie i spożywając drugie śniadanie odliczać pozostałe do godziny zero minuty. Gdy godziną tą stała się wreszcie 15.00, byłem w stanie już na dobre poświęcić się wnikliwej wiwisekcji poczynań wszystkich uczestników pierwszego dnia imprezy. Na pierwszy ogień poszedł lokalny rozgrzewacz pod postacią REPENT. Kilkadziesiąt minut thrashowego łojenia na modłę EXODUS o przesadną ekstazę przyprawić mnie jednak nie potrafiło. Zdecydowanie na korzyść wypadł jednak w moich oczach francuski VORKREIST, z którym zetknąłem się pierwszy raz w zeszłym roku podczas Under The Black Sun, choć wówczas nie podszedł mi nie wiedzieć czemu ani na jotę. Może wynikało to trochę z mojego złego nastroju? Dziś już nie odpowiem, pozwolę sobie jednak nadmienić, że dla wielu atrakcją niniejszego kwintetu pozostawała bez wątpienia znana także z popisów w SECRETS OF THE MOON oraz HELL MILITIA basistka LSK znana tu i ówdzie jako Hellsukkubus, choć w moim skromnym mniemaniu do Sukkubusa trochę jej brakuje. No, gusty są jednak jak dziura w tyłku i każdy ma własny, toteż pozwolę sobie w tym miejscu uciąć wszelakie wywody. Jedźmy dalej. DEAD TO THIS WORLD nie wywarł na mnie wrażenia absolutnie żadnego - zarówno złego, jak i dobrego, więc nawet trudno byłoby mi przyrównać tę kapelę do gówna. O ile dobrze mi wiadomo, z grupą tą ma podobno coś do czynienia były bassman IMMORTAL Iscariah, ale czy był on tam faktycznie obecny - nie potrafiłem ocenić. Jednym uchem wpuściłem, a drugim wypuściłem, ot i po prostu… O miłych wrażeniach audiowizualnych zdecydowanie powiedzieć jednak mogę w przypadku RAVENCULT. Black / deathowe greckie komando podpasowało mi nie tylko ze względu na pazur z jakim zagrało, ale także i z uwagi na sentyment, którym zawsze darzyłem scenę kraju, w którym ponad dekadę wstecz spędzałem wakacje. Występ brodaczy bardzo przypadł mi do gustu, a zazwyczaj bywa tak, że im dalej tym lepiej, toteż wyobrażałem już sobie co to będzie się działo, kiedy to na deski wytoczy się pierwszy z uznanych przeze mnie za bardziej wartościowych uczestników festu. Panie i panowie - przed nami dzieci ziemi norweskiej, a mianowicie URGEHAL! Z dowodzoną przez Trondra Nefasa niniejszą załogą (także z udziałem Mannevonda z KOLDBRANN) po raz pierwszy zetknąłem się w wersji audiowizualnej podczas zeszłorocznej edycji wspomnianego już parę wierszy wcześniej Under The Black Sun, gdzie pan muzyk szanowny miał okazję zaprezentować także i próbki innych własnych specjałów. Nie da się jednak ukryć, że to URGEHAL właśnie stanowi priorytet tegoż alkoholowego maniaka, a pamiętając wspaniały gig jaki odstawił pewnej lipcowej nocy ubiegłego roku, moje oczekiwania były bardzo wysokie. Nie chciałbym sugerować w tym miejscu jakoby jakość występu Norwegów zależeć miała od ilości spożytych procentów, całkiem szczerze przyznam jednak, iż wrażenia doznane podczas mojego drugiego spotkania z hordą w wersji live należały raczej do średnich. Niewątpliwie wpływ na ów stan rzeczy mógł mieć fakt, że z uwagi na dość obfity deszcz znaczną część ich show obejrzeć musiałem spod znajdującego się w pewnym oddaleniu od sceny zadaszenia (wiem, że nie jestem true, więc mam nadzieję, że mi wybaczycie), choć teoria o szczególnej randze pierwszego razu też pewnie jest nie bez znaczenia. Jak na blackowych purystów przystało, URGEHAL postarał się jednak o wszystko co na ich koncercie znaleźć się powinno - szkaradztwo, syf, naszpikowana kolcami maska Enzifera, nie wspominając oczywiście o szorstkości kompozycji, wśród których znalazły się m. in. kawałki z "Goatcraft Torment" ("Risus Sardonius", "Antireligios") oraz kilku przedstawicieli pozostałych wydawnictw ("Mirror Satan" chociażby). Podsumowując zatem - było dobrze. Mała zmiana szerokości geograficznej i oto kolejny zawodnik wyższej klasy. Wywodzący się pierwotnie z Antypodów DESTRÖYER 666 na dany moment uchodzi już chyba bardziej za band o nieokreślonej przynależności narodowej, biorąc pod uwagę rozmaite miejsca zamieszkania jego członków. Najzagorzalsi fani na zawsze chyba jednak kojarzyć będą grupę jako jeden z czołowych bandów Australii, gdyż styl jej wciąż pozostaje agresywnym, nieporównywalnym z czymkolwiek innym, aczkolwiek zalatującym starą szkółką i przyprawionego diabelstwem jazgotem. K.K Warslut i jego kompani pozostają tradycjonalistami nie tylko po linii muzycznej, ale także i imidżowej, gdyż kolce i ćwieki to w ich wypadku obowiązek i basta. Na chwilę obecną dżentelmeni z krainy kangurów są świeżo po nagraniu swojego najnowszego pomiotu zatytułowanego "Defiance" (z którego zapodali m. in. "I Am Not Deceived" oraz "A Stand Defiant"), nie znaczy to jednak, że zapominają o starszych rzeczach, które za każdym razem potrafią poharatać skórę i zmysły tak samo skutecznie ("Six Curses From a Spiritual Wasteland", "The Last Revelation", "Sons Of Perdition", "Phoenix Rising", "I Am a Wargod", "Black City - Black Fire", "Genesis To Genocide"). Niszczyciel 666 zrobił mi krzywdę już po raz czwarty w życiu i choć sadomasochistą nie jestem, wiem, że będę odczuwał taką samą przyjemność podczas kolejnych spotkań z nim, a przy odrobinie pomyślnych wiatrów może nastąpić to bardzo rychło.
Po DESTRÖYER 666 zamontowała się ostatnia "poważniejsza" gwiazda dnia, a jeśli chodzi o ścisłość - zespół odrażający, niegrzeczny, obleśny, choć na pewno nie w sensie powierzchowności jak jego ziomkowie z URGEHAL. Oto miałem bowiem okazję zmierzyć się z AURA NOIR, grupą w pewnych kręgach znaną i szanowaną od setek lat. Konglomerat black metalu zazębiającego się inteligentnie z agresywnym thrashem z pewnością znajduje poklask nie tylko wśród maniaków norweskich czarnych dźwięków, nie mówiąc już o tym, że brak farbek na buziach muzyków stanowi czynnik zdecydowanie odróżniający band od reszty black metalowej hołoty, he, he! W ten sposób możemy też przekonać się rzecz jasna jak wygląda w rzeczywistości Mr. Apollon, dzierżący ostatnimi czasy bas również w IMMORTAL. No, wiadomo że ostatecznie najważniejsza jest muza, toteż wyznaję bez naciągania, że koncert AURA NOIR wgniótł w ziemię na głębokość nie pozwalającą mi się wygrzebać na powierzchnię dobre kilka godzin, nie wspominając oczywiście o przetrąconym kręgosłupie i pękniętej podstawie czaszki. Show Norwegów emanował niesamowitym pazurem i brutalizmem, choć z wiadomych względów trudno byłoby porównać ich do grindowej miazgi. Tak czy siak zbiór przebojów jak "Upon a Dark Throne", "Hell's Fire", "Conqueror", "Unleash The Demon", "Forlorn Blessing", "Sons Of Hades", "Mirage", "Black Unity", "Wretched Face Of Evil", "Condor", "South American Death" czy "Fighting For Hell" spowodował niemałe spustoszenie nie tylko w moim ciele i duszy. Viva AURA NOIR! Na koniec mała ciekawostka. Kilka linijek wyżej padła nazwa zespołu, w którym szarpie cztery struny Apollyon i który niewątpliwie należy do ścisłej czołówki norweskiej sceny. Czy uwierzycie mi zatem, jeśli napiszę w tym miejscu, że gdyby na miejscu pojawił się jeszcze perkusista (no, chyba, że się gdzieś ukrył?), to band odpowiedzialny za stworzenie krainy Blashyrkh mógłby zagrać w ramach FOA regularny koncert? Pewnie nie... W istocie rzeczy miało miejsce coś zupełnie innego, gdyż zamiast IMMORTAL pojawił się BÖMBERS, który pomimo posiadania w składzie tak znanej osobistości jak Abbath z black metalem nie ma nic wspólnego. Band ów to bowiem nic innego jak grupa grająca covery MÖTÖRHEAD, a występ jej był z kolei pierwszym oficjalnym w Niemczech. Spoglądając na faceta w ciemnych okularach, posiadającego wąsa i baczki a la dziadzio Lemmy zacząłem poważnie zachodzić w głowę, czy to aby na pewno Olve Eikemoo we własnej osobie, jednakże wydziargane na ramieniu logo IMMORTAL (nie ukrywam, że byłem lekko szoknięty) sugerowało, że faktycznie możemy mieć do czynienia z tymże chłopcem. O wartości muzycznej zespołu nie będę się wypowiadał. Wybaczcie, ale oceniać band wykonujący w całości repertuar innego wykonawcy (szczególnie klasyka) to niezbyt łatwe zadanie, gdyż można to robić lepiej lub gorzej, kopia zawsze tak i tak będzie kopią. Uznawszy, że zadania pierwszego dnia wypełnione zostały przeze mnie poprawnie, po zakończeniu występu spokojnym krokiem udałem się na zasłużony spoczynek.
Otworzywszy w piękny niedzielny poranek oczy nie udałem się po śniadaniu do pobliskiego kościoła na celebrowanie zielonoświątkowych uroczystości, lecz wykorzystując pozostałe do południa godziny, czas ów wykorzystałem na zwiedzanie wsi Friedersdorf, w której niewątpliwą osobliwością była okupowana przez metalowców gospoda z należącym do właścicielki obiektu i nawet czynnym (!) antykwariatem. Dziw bierze, że starsze panie i eleganccy dziadkowie oglądający stare meble i sprzęty nie uciekali przed tabunami snujących się po pomieszczeniu diabłów, z których jeden, a mianowicie piszący te słowa, postanowił zrobić wyjątek od reguły i zamiast płyt zakupił tym razem dwie, dosłownie nowiutkie książki. Na szczegółowe zapoznanie się z ciekawostkami odnośnie życiorysów partyjnych bonzów III Rzeszy nie starczyło już jednak czasu, gdyż o tej samej godzinie co dzień wcześniej musiałem stać już pod sceną, aby przypatrywać się poczynaniom RECAPTURE. Death / thrashowy kwintet z Halle, którego znakiem rozpoznawczym jest śpiewająca dziewoja wypadł zdecydowanie przyzwoicie nie tylko ze względu na muzykę, ale także i na wokal, gdyż odziana w legginsy i koszulkę VADER Michelle Hoffmann (znana bardziej miłośnikom komanda jako Michelle from Hell) która choć urodą przesadnie nie grzeszy, drzeć potrafi się nieźle. O gustach jednak już gdzieś tu było, więc daruję sobie powielanie tego tematu i przejdę do kolejnych uczestników. Pozytywne wrażenie wywarły na mnie także bowiem włoski BLACK FLAME oraz szwedzka VALKYRJA, która, jeśli wierzyć medialnym doniesieniom podpisała niedawno papiery z Metal Blade, choć nie sądzę, aby black metalowym zespołom sukces gwarantowało wybabranie się od stóp do głów czerwoną farbą. Poczekamy, to i zobaczymy co z tego wyniknie… Jako następny w kolejce graty rozkładać zaczął ENTHRONED aby wszystkich swoich zwolenników uraczyć porcją szatańskiego jadu o silnym stężeniu toksyny, ale niestety… nie zakaził. To znaczy - miało to oczywiście miejsce, ale nie o pierwotnie przewidzianej porze. Podczas sound checku Belgów rozpętała się bowiem masakryczna nawałnica. Oj, tym razem chyba siły anielskie dopięły swego ze wszystkich sił, aby pokrzyżować plany synów piekieł! Wściekły wiatr (jeśli nie powiedzieć, że chyba huragan) poniósł za sobą zalegające na zadeptanym klepisku śmieci i wszelkie lżejsze przedmioty, a potężny deszcz lunął z niesamowitym natężeniem, bębniąc złowieszczo po rozpostartych płachtach straganów z płytami i innych zadaszeniach. Mało kto ostał się na placu boju, gdyż wszyscy jak na komendę rozpierzchli się, kryjąc się gdzie popadnie, a strugi deszczu momentalnie pozostawiły po sobie ślady bytności w postaci rozlicznych kałuż. Jeśli mam być szczery, zacząłem żywić naprawdę poważne obawy, czy będę jeszcze miał do czego wracać, gdyż prawdopodobieństwo odfrunięcia namiotu było ogromne. Przeczekawszy ulewę i wykorzystując przerwę udałem się w te pędy na pole, widząc jednak, że miejsce mojego spoczynku nie tylko stoi tam gdzie powinno, ale nawet i nie wchłonęło zbyt wiele wilgoci, westchnienie ulgi z moich ust wydałem naprawdę długie. Występ ENTHRONED jak i całej reszty zaplanowanych na resztę wieczoru kapel stanął jednak pod ogromnym znakiem zapytania, gdyż kable i aparatura zasilająca uległy kompletnemu zalaniu, wielkie brawa należą się zatem technicznym za uratowanie nie tylko gigu Belgów, ale i wszystkich po nim następujących. Gloria Satanas! Skupiając się na samym występie posłańców piekieł, przyznam jednak, że widząc ich już po raz trzeci w wersji live, po raz trzeci nie doznałem niczego nadzwyczajnego. Nornagest z kompanami skupili się głównie na kawałkach z "Tetra Karcist" ("Pray", "Tellum Scorpionis", "Through The Cortex"), uzupełniając je raz po raz starszymi rzeczami ("As The Sounds Of Millenium Black Bells", "The Ultimate Horde Fights"). Tradycyjne makijaże, satanistyczne ozdóbki - średnio i bez większych sensacji. ZEMIAL. Ten grecki zespół znany był mi jak do tej pory jedynie z nazwy, ciekaw byłem zatem ogromnie cóż to za stwór. Pierwsze dwa utwory dały mi jednak do zrozumienia, że jakichkolwiek sensacji dla siebie nie uświadczę tutaj ni krzty. Trochę szkoda, bo deklarując swoją sympatię dla grup metalowych z Hellady oczekiwałem w ten sposób czegoś więcej. No, cóż - widać od każdej reguły istnieją wyjątki, bo ZEMIAL nie podszedł mi kompletnie. Fantastycznym koncertem uraczyli za to wszystkich Izraelici, tudzież mezopotamscy Holendrzy z MELECHESH. Wybaczcie to zawiłe kategoryzowanie, ale z uwagi na pochodzenie członków kapeli sam już nie wiem jaką przynależność państwową należałoby tu przypisać. Nie ma to jednak najmniejszego znaczenia, gdyż Ashmedi z kumplami dostarczyli wszystkim bardzo pozytywnych wibracji, mając zresztą jeszcze w pamięci ich występ sprzed dwóch lat, o jakość nie obawiałem się absolutnie. Klimacik zachowany został w każdym calu, gdyż orientalne naleciałości zawierały się nie tylko w muzyce, ale i w dekoracjach, gdyż aromatyczne pachnidła i rozłożony na deskach sceny perski dywan stanowiły doskonałe uzupełnienie. Brakowało jedynie olbrzymiej fajki wodnej i jakiejś piękności wykonującej taniec brzucha, he, he! Wszystko jest rzekomo możliwe, więc może w przyszłości, kto wie...
Przedostatni zespół w programie pod postacią włoskiego FORGOTTEN TOMB nie zachwycił mnie ani trochę, toteż myślę, że śmiało mogę przejść do headlinera i tym samym zmierzać powoli do końca. Jako gwiazdę drugiego dnia ustalono jedną z czołowych, jeśli by nie powiedzieć, że swego czasu najważniejszą chyba i jedyną pierwszoligową czarną załogę zza Wielkiej Kałuży. Mowa oczywiście o byłych podopiecznych Osmose - ABSU, którzy walcząc obecnie pod sztandarem Candlelight spłodzili właśnie swoje piąte pełnowymiarowe dzieło, zatytułowane po prostu… "Absu". Jeśli mam być szczery, to przyznam, że nie byłem nigdy jakimś obłędnym maniakiem tego bandu, co wcale nie znaczy, że nie uznawałem nigdy zasług grupy Proscriptora, pozostałego nota bene jedynym członkiem z oryginalnego składu. ABSU zagrał długi i dosyć przekrojowy koncert, stawiając zarówno na nowsze, jak i starsze numery, reakcja publiki pozytywna, toteż w sytuacji takiej uznać mogę, że z zadania chłopaki wywiązały się należycie. I w tym momencie ogłoszę uroczysty koniec mojego wywodu, gdyż występ Amerykanów przypieczętował siódmą edycję Festung Open Air i nie pozostało nic innego jak udać się na spoczynek. Przeżyłem, zobaczyłem, polubiłem, myślę zatem, że w przyszłym roku miejsce owo znowu mnie ujrzy. Miejmy nadzieję, że buk da...



tekst i zdjęcia: Mikołaj "Manstein" Kunz


ABSU
ABSU ABSU ABSU ABSU
ABSU ABSU
Forgotten Tomb
Forgotten Tomb Forgotten Tomb Forgotten Tomb
Melechesh
Melechesh Melechesh Melechesh Melechesh
Melechesh Melechesh
Zemial
Zemial Zemial Zemial Zemial
Enthroned
Enthroned Enthroned Enthroned Enthroned
Enthroned Enthroned Enthroned
Valkyrja
Valkyrja Valkyrja Valkyrja Valkyrja
Black Flame
Black Flame Black Flame Black Flame Black Flame
Recapture
Recapture Recapture Recapture Recapture
Bombers
Bombers Bombers Bombers Bombers
Aura Noir
Aura Noir Aura Noir Aura Noir Aura Noir
Aura Noir Aura Noir Aura Noir
Destroyer 666
Destroyer 666 Destroyer 666 Destroyer 666 Destroyer 666
Destroyer 666 Destroyer 666 Destroyer 666 Destroyer 666
Urgehal
Urgehal Urgehal Urgehal Urgehal
Urgehal Urgehal Urgehal Urgehal
Ravencult
Ravencult Ravencult Ravencult Ravencult
Dead To This World
Dead To This World Dead To This World Dead To This World Dead To This World
Vorkreist
Vorkreist Vorkreist Vorkreist Vorkreist
Repent
Repent Repent Repent Repent


<<<---powrót