<<<---powrót

PARTY SAN OPEN AIR 2009, 06.08 - 08.08. 2009, Bad Berka, Niemcy


No i jak zwykle prawie tydzień musiał upłynąć, aby po wyciszeniu emocji spowodowanych największym festiwalem metalowym świata przepakować plecak, uzupełnić zapasy prowiantu, a potem ruszyć na podbój Bad Berka, miejscowości, gdzie jak co roku mam okazję nie tylko podziwiać piękno lasów i wzgórz Turyngii, gdyż przede wszystkim – doładować akumulatory za sprawą odwiedzanego regularnie od kilku lat innego festiwalu. Party San Open Air, bo o nim właśnie mowa bez wątpienia posiada urok dzięki któremu zawsze chce się wracać, biorąc zaś jeszcze pod uwagę rozmach przedsięwzięcia i diabelnie dobrą obsadę występujących tym razem zespołów dzięki którym organizatorzy pokazali klasę przez wielkie K, zupełnie zrozumiałe jest, że o jakimkolwiek wahaniu mowy być nie mogło. Smaczny obiad, a potem miła i szybka podróż w towarzystwie sympatycznych berlińskich znajomych zapoczątkowały miłe akcenty pierwszego dnia festu na który dotarliśmy w godzinach wczesno wieczornych. Czasu na urządzenie się w kwaterze, tudzież rozbicie namiotu zostało jeszcze sporo, toteż uczyniwszy to można było jeszcze trochę poopalać się w promieniach świecącego już coraz słabiej słońca. Tradycją jest jednak, iż punktualnie o dwudziestej zero zero na scenie opatrzonej metaforycznym hasłem "Hell Is Here" rzeczone piekło faktycznie się rozpętuje i pierwszy dzień festiwalu inauguracyjnie zostaje otwarty. To jak – jedziemy z koksem, no nie?

Szkoda trochę, że starterem imprezy okazał się niezbyt ciekawy otwieracz w postaci berlińskiego POSTMORTEM. Zaszczyt otwarcia trzydniowego maratonu masakry na pewno był dla chłopaków takowym w sensie dosłownym, gdyż na swoim lokalnym podwórku nie cieszą się raczej przesadnym uznaniem, więc jeśli tylko uda im się gdzieś wkręcić to już naprawdę jest coś. Z tego co widziałem znaleźli się jednak tacy, którzy poświęcili im więcej niż pięć minut uwagi, czyli jak widać – każda potwora znajdzie swojego amatora. Cieszy natomiast fakt, że przyjęcie nad wyraz ciepłe miał reprezentant zacnej Rzeczypospolitej, który poszedł tego wieczoru już na drugi ogień. W ramach niemiecko – polskiego freundschaftu na ziemie Turyngii zjechała pomorska bestia AZARATH – częściowo w nowym składzie, gdyż posadę bębniarza (jak zwykle sesyjnego) objął całkiem niedawno Adam znany wszystkim jako drum tech na trasach Massive Music, a jeszcze wcześniej jako pałker pewnej znanej śmierć metalowej załogi z Wrocławia. Tczewskich morderców miałem przyjemność oglądać w akcji ostatni raz przed trzema laty jeszcze w kraju ojczystym, toteż ponowne starcie z nimi przyprawiło mnie o prawdziwie masochistyczne doznania. AZARATH jak wiadomo w jakiekolwiek kompromisy nie bawi się nigdy, toteż przez blisko trzy kwadranse poddany zostałem bezlitosnemu batożeniu brutalnym death metalem, otrzymując cięgi m. in. pod postaciami "Invocation", "Whip The Whore", "Azazel", "Devil's Stigmata", "Beast Inside" czy "For Satan My Blood". Część z nich pochodziła oczywiście z najnowszego, wypuszczonego via Agonia Records krążka "Praise The Beast", będącego jak zawsze obleśnym, wstrętnym, lecz obrzydliwie znakomitym ochłapem sonicznego bluźnierstwa. Kapelusz z głowy, bracia! Zmiana szerokości geograficznej i oto przed nami reprezentant gorącej Australii. PSYCROPTIC po raz ostatni i jedyny jak dotąd zresztą oglądałem podobnie jak AZARATH trzy wiosny wcześniej, w przeciwieństwie do krajan muzyka ich nie wywarła jednak na mnie jakiegokolwiek wrażenia. Nie zdziwcie się zatem, że napiszę o braku jakichkolwiek oczekiwań względem ich występu, ale jeśli są tacy, którym odpowiada śmierć metal w ich wykonaniu – viel Spass. Ja niestety w poczet tej grupy się nie zaliczam, także sorewicz. No, cóż – bywa. Inaczej rzecz ma się jednak w przypadku innej załogi z krainy kangurów, osiadłej jednak od kilku lat w Europie i łupiącej nieco inną odmianę hałasu. Bardziej kąśliwą i szarpiącą ludzkie cielska na strzępy, bynajmniej nie tylko z powodu dźwięków, ale także i imidżu. Gwoździe, kolce i wszelkie inne rozmaite żelastwo pozostają bowiem od wieków znakiem rozpoznawczym hordy K.K. Warsluta, który wciąż pozostaje władcą absolutnym DESTRÖYER 666, dbając o dobre imię tego zespołu w każdym miejscu na ziemi. Z Niszczycielami, jak już wiecie, spotkałem się jeszcze pod koniec maja podczas Zielonych Świątek i jak pamiętacie zapewne, show ich usatysfakcjonował mnie bardzo, bardzo, bardzo. Nie inaczej było i tym razem – kawałki z nowego albumu wymieszane ze starociami, choć nie ukrywam, że to one właśnie przyprawiają mnie o najpozytywniejsze wibracje – wystarczy wymienić choćby "I Am The Wargod" czy "Black City, Black Fire". Viva DESTRÖYER 666! Niech wszyscy hołdujący staremu satanistycznemu metalowi w ich wykonaniu będą błogosławieni po tylekroć. Czy przed nami już headliner pierwszego dnia (a raczej nocy)? No, niestety tak. Psiakrew, ale szybko ten czas zlatuje... Nic to jednak, gdyż wyznaczeni do tej roli black metalowi żołnierze z Nörrkoping są w sobie klasą do tego stopnia, że każdy kto tylko przyjdzie ich oglądać, odejdzie spod sceny z bananem na gębie, więc pewien jestem, że publika obserwująca koncert MARDUK udała się na spoczynek w pełni usatysfakcjonowana. Osobiście jakichkolwiek obaw nie miałem, bo wiem czego się można po porządnej firmie spodziewać, a że jak do tej pory miałem sposobność doświadczyć tego 7 razy, nie dziwota zatem, że o ósmy byłem tak samo spokojny. Choć lada dzień piekielne czeluście zrodzą jedenaste już wcielenie tego szwedzkiego potwora, Morgan i jego towarzysze postawili na przeplatankę wszystkich bitewnych hymnów swojej dyskografii, głownie kładąc nacisk na "Panzer Division Marduk", którą to w pierwszych dwóch kwadransach odegrali caluteńką, pamiętając nawet o kolejności kawałków. Potem już z kolei wyskoki zarówno w dalszą jak i w bliższą przeszłość, a zatem "On Darkened Wings", "With Satan And Victorious Weapons", "The Levelling Dust", "Of Hell's Fire", "Materialized In Stone", "Azrael", "Still Fucking Dead", "Beyond The Grace Of God", "Throne Of Rats", "Burn My Coffin", "Seven Angels, Seven Trumpets", "Hangman Of The Prague" oraz wieńczący set "Wolves" – takie między innymi kompozycje MARDUK zdołałem wyłapać. Wszystkie odegrane rzecz jasna w morderczym i nienawistnym tempie, imitującym krwawe starcie dwóch pancernych dywizji. Najważniejsze jest jednak, że feldmarszałek Hakansson po raz kolejny wygrał bitwę, generał major Mortuus oblał się krwią zabitych wrogów, a setki jeńców poświadczyły wartość zwycięstwa. Liczę oczywiście na kolejne wiktorie poświadczające sprawność bojową tejże formacji, biorąc zaś pod uwagę nowy album o którym gdzieś już tu nadmieniłem, wiem że krew poleje się jeszcze gęściej.

Duchota w namiocie spowodowana gorącem piątkowego poranka skutecznie wygoniła mnie z tegoż, a z uwagi na kilka godzin pozostałych do rozpoczęcia koncertów postanowiłem spędzić ten czas na przechadzce po miasteczku. Uzbrojony w butelkę mineralki powłóczyłem się nieco uliczkami centrum Bad Berka, aby po godzinie przycupnąć sobie nieco w cieniu drzewa na rynku, poczytać wykaz poległych na pomniku poświęconym tym, którzy będąc synami tego miasta oddali życie za cesarza i ojczyznę w latach 1914-1918, no i poobserwować podobnych sobie osobników obydwu płci, którzy okupując liczne bary, kafejki i sklepy również skracali sobie czas pozostały do godzin popisów swoich idoli. Kiedy wreszcie zegarek dał do zrozumienia, że od samego południa minęły już dwie godziny i czas zaczynać, znalazłem się pod sceną, abym mógł poobserwować poczynania SUMMERS DYING. Death metalowy kwintet z Weimaru nie był wcale zły, nie sądzę jednak że zaprezentował tym samym coś na tyle rewelacyjnego, aby móc się o nim szerzej rozpisywać. Wcześniej jeszcze dotarły do mnie wieści, że nie zagra przewidziany jako następny w kolejce GLORIOR BELLI i lekko się tym faktem rozczarowałem, na miejsce Francuzów ściągnięto jednak w trybie awaryjnym innego reprezentanta lokalnego podwórka i tyż źle nie było. GRABAK, black metalowy band z Lipska, bez wątpienia o niecodziennej nieco nazwie, w zasadzie też nie wyróżniał się niczym specjalnym, gdyż czerń i makijaże to w przypadku tej muzy zwyczajny standard, wart odnotowania jest jednak fakt, iż dwa basy (!) i jedna tylko gitara to już rzeczywiście lekkie odstępstwo od normy. Po trzech kwadransach jatki w czarnych barwach lekka zmiana stylu oraz szerokości geograficznej – nieznacznie, ale zawsze, gdyż oto na deski wytoczył się reprezentant wagi superciężkiej pod postacią INHUME, znany co niektórym dzięki koligacjom z dwoma czołowymi bandami z krainy tulipanów (epizod Joosta jako gardłowego SINISTER oraz posada Roela za garami w GOD DETHRONED). Death metal przyprawiony grindem w wykonaniu tej załogi przesadnie może nie poraża, mając jednak na uwadze niezłą jakość muzyki dzięki której średnia krajowa spokojnie zostaje wyrobiona, dodając do tego jeszcze charakterystyczną ruchliwość dwóch wokalistów, złego słowa po prostu rzec nie mam prawa. Gdy Holendrzy zwinęli manele, fani metalu połączonego z psychodelicznym rockiem dostali to, co zapewne usatysfakcjonowało ich niesłychanie. Z dalekiej Islandii przybył bowiem SOLSTAFIR mający do zaprezentowania taką oto ofertę. Nie jest to raczej moja muzyka, nie zamierzam zatem rozpisywać się o niej w jakimkolwiek kontekście, choć nie umknęło mojej uwadze, że jeden z gitarzystów stanowił dzięki imidżowi niemalże lustrzane odbicie świętej pamięci Czesia Niemena. Widząc już jednak kręcącego się po zapleczu Kvarfortha z SHINING ostrzyłem sobie zęby na DEN SAAKALDTE. Band ów to kolejna black metalowa, aczkolwiek nieco niekonwencjonalna propozycja z Norwegii, w której wymieniony przed chwilą również ma swój współudział. Przyznam, że wchodząc do foto – kanału żywiłem lekkie obawy odnośnie hipotetycznej konfrontacji z tym panem, ale skoro w przeciągu tych trzech minut ani ja, ani nikt inny z towarzyszących mi fotografów nie został wycałowany, obsiusiany, tudzież ochrzczony stłuczoną butelką, okazuje się, że widocznie nie tacy jak my dostępują rzeczonego zaszczytu. DEN SAAKALDTE zagrał całkiem – całkiem, choć wcześniej zbyt wiele z ich twórczości nie słyszałem. Ale – nadrobi się. Według grafika jako następni powinni zostać usatysfakcjonowani miłośnicy szwedzkiego śmierć metalu, jednakże mała zamiana miejsc spowodowała, że wpierw produkowali się Finowie ze SWALLOW THE SUN, a zaplanowany na porę niniejszą EVOCATION zagrał dopiero potem. Pierwsi uraczyli wszystkich oglądających całkiem przyjemnym death/ doom metalem z klawiszowym wspomaganiem, drudzy natomiast zaprezentowali mieszankę szlagierów z najnowszej płytki "Dead Calm Chaos" oraz poprzedniej "Tales From The Tomb", którą to już niegdyś na łamach naszego zacnego portaliku niegdyś recenzowałem. Całkiem przyjemny odcień szwedzkiego death metalu, dodając zaś do tego okoliczność przegapienia grupy w akcji podczas zeszłorocznego Wacken zadowolenie moje wydawać by się chyba mogło całkiem uzasadnione?

Około ósmej wieczór, kiedy to z uwagi na mniej intensywne słońce bardziej dawało się żyć, scenę objął w posiadanie pierwszy z mniej podziemnych i tym samym poważniejszych uczestników drugiego dnia. Na podest wdrapali się bowiem brutale z HATE ETERNAL, choć już takty pierwszej kompozycji dały do zrozumienia, że nie będzie to chyba niestety ich najlepszy koncert. Potworna nawałnica dźwięków i brak drugiej gitary bardzo ujemnie wpłynęły na jakość performance'u ekipy Erika Rutana, powodując, że wszystko zlewało się niestety w jedno. Szkoda, bo to już moje czwarte starcie z tą amerykańską załogą, a wszystkie poprzednie również pozostawiały małe niedosyty przez tenże właśnie feler. Nie bez wątpienia HATE ETERNAL plasuje się od samego początku w czołówce śmierć metalowych komand z USA, album "Fury And Flames" dobitnie zresztą ten fakt poświadcza, a i Erik to przecież dusza człowiek, tylko czemu tutaj akurat wszystko nawala? Pomimo niezbyt czytelnego soundu wyłapałem jednak takie perły jak "Behold Judas", "The Victorious Reign", "Servants Of The Gods", "Praise Of The Almighty" czy "King Of All Kings"... . Lepiej niewiele niż nic, ale nie czułem specjalnie żalu gdy potężny frontman Wiecznej Nienawiści i jego kamraci opuszczali scenę. Po kwadransie zamontował się natomiast szwedzki THYRFING. Podobnie jak przed trzema laty chłopcy wycięli kilkadziesiąt minut black metalu z folkową domieszką niczym specjalnym nie urzekając, ale i też nie zniechęcając, a to, że po raz kolejny zagrali usmoleni niczym nieboskie stworzenia to już osobny rozdział. Bardzo solidnie zagrał natomiast kwartet z Baltimore, który nawet miałem okazję oglądać w styczniu bieżącego roku w Berlinie podczas trasy z wymienioną już parę wierszy wcześniej inną amerykańską zgrają. MISERY INDEX w odróżnieniu od swoich krajan zabrzmiał jednak o wiele lepiej, ja natomiast myślami byłem już tylko przy dwóch ostatnich punktach programu. Show Mizernego Indeksu przeminął niesamowicie szybko i oto przedostatni bohater wieczoru. Panie i panowie – UNLEASHED! Właściwie to w tym miejscu powinienem już wstrzymać się z jakimikolwiek opisami, gdyż wszyscy wiecie przecież do czego zdolna jest na scenie ekipa tego grubego wesołkowatego blondyna, ale co mi tam... Zasłużonych pochwał nigdy za wiele, a Johnny i jego woje będą chyba dostawać je ode mnie zawsze. Po raz nie wiadomo który już UNLEASHED zajebał, posiekał i zniszczył wszystko wokół, anihilując przez (zapytalibyśmy tu – DLACZEGO do cholery???) 45 minut za pomocą "The Greatest Of All Lies", "Neverending Hate", "Your Children Will Burn", "This Is Our World Now", "Winterland", "In Victory Or Defeat", "Into Glory Ride", "Midvinterblod", "Hammer Battalion", "To Asgaard We Fly", no i oczywiście wspaniałej pieśni, której motyw wiodący wyryty jest chyba w sercach nas wszystkich - "Death Metal Victory". Oczywiście i jak zwykle ogromny i lubiany przez nas wszystkich lider hordy wypił z ogromnego rogu za zdrowie wszystkich maniaków, po czym wraz ze swoją drużyną zniknął w czeluściach kulis. Wielkie brawa jak na razie, ale wiem, że na pewno nie ja jeden czekam już na nowy i pierwszy wydany pod sztandarem Nuclear Blast album. W historii UNLEASHED zaczął się właśnie nowy rozdział, trzymamy więc kciuki! Tymczasem przenieśmy się myślami, mową i uczynkiem z powrotem na scenę, aby obejrzeć przedstawienie, które przygotowała dla nas jedna z wiodących i bez wątpienia bardziej kultowych norweskich hord. Choć wiadome jest, że dzisiejszy SATYRICON bardzo różni się od tego, którego black metalowi ortodoksi darzą największym sentymentem, wątpliwości nie ulega najmniejszej, że diabelski jad sączący się z każdego krążka grupy absolutnie nie pozwala na definitywne wykluczenie jej poza nawias gatunku. Można się krzywić, można gadać co ślina na język przyniesie lub klepać bezmyślnie po samozwańczych obrońcach czystej formy, ale dla mnie i dla wielu SATYRICON zawsze pozostanie wielki. Na scenie zaprezentował się w konfiguracji następującej: mistrz ceremonii z gustownie zaczesanymi włoskami do tyłu na żel, Mr. Frost za swoim pokaźnym zestawem baniaków, a reszta to jak zwykle muzycy sesyjni, spośród których najłatwiej było mi rozpoznać Andersa Oddena, który w zespole Satyra obsługuje obecnie bas. Spektakl rozpoczął się od "Commando" otwierającego zeszłoroczny majstersztyk "The Age Of Nero", potem zaś już rozkoszą było delektować się smakiem piekielnej smoły według przepisu od trzeciego albumu wzwyż. Przekrojówka objęła w ten sposób m. in. "The Wolfpack", "Now, Diabolical", "Forhekset", "Black Crow On The Tomb Stone", "Havoc Vulture", "K.I.N.G", "The Pentagram Burns" (w trakcie tegoż Satyr również sięgnął po gitarę) czy "Den Siste". W pewnym momencie zespół pożegnał się oczywiście z publiką dziękując serdecznie za uwagę, ale wszyscy tak i tak wiedzieli, że to podpucha, bo Satyr i S-ka pojawili się po chwili ponownie, dobijając wszystkich kilkoma bisami jak m. in. "Fuel For Hatred" i... No co? No co? Ach, nie udawajcie, bo przecież wiecie... Czymże byłby koncert SATYRICON bez tego hymnu? "Mother North" wieńczy show Norwegów, tenże z kolei kończy dzień drugi. Dobranoc, pchły na noc. SATYRICON do poduchy lub na nocne pogaduchy, hihi! Z tego co zauważyłem, koncert ów na wielu zrobić musiał niezatarte wrażenie, bo skoro jeszcze długo po nim słychać były ryki "NOW DIABOLICAL!!!" to o czymś chyba świadczy.

Trzeciego dnia słońce również prażyło niemiłosiernie, lecz zamiast w godzinach przedpołudniowych wybrać się do miasta, postanowiłem przespacerować się nieco w cieniu drzew pobliskiego lasu. Na pomysł ów wpadłem nie tylko ja, gdyż całe grupki metalowców wybrało niniejsze miejsce w celach rekreacyjno – konsumpcyjnych. Czas pozostały do otwarcia bram piekieł zleciał jednak szybko, a wszyscy ci, którym nie chciało się wybrać na miejskie kąpielisko mogli o drugiej po południu poobcować z HELLSAW. Austriaccy black metalowcy zagrali dla całkiem licznej publiki, przyznać trzeba także, że zrobili to przyzwoicie. Przypuszczam, że zmiana stajni przyczyniła się do przysporzenia im większego grona wielbicieli, niewykluczone też, że sprawy biznesowe również przybiorą teraz lepszy obrót. BENEATH THE MASSACRE – nie słucham, więc przemilczę, nie mógłbym jednak zignorować PAGANIZER, który swoim pierwszym koncertem w Niemczech powbijał wszystkich stojących naprzeciw sceny głęboko w ziemię. Choć Rogga Johansson przez całe trzy kwadranse zachowywał stateczność, nie znaczy to wcale, że death metalowe łojenie w wykonaniu jego zespołu traciło cokolwiek z brutalności. Na koniec chłopcy odegrali własną interpretację "Troops Of Doom" pewnego zespołu na S i to by było na tyle. Hail Svenska Dods Metal! Po paru krótkich chwilkach kolejny reprezentant wagi ciężkiej, aczkolwiek z kraju ościennego. Fiński ROTTEN SOUND prawie kompletnie jednak zignorowałem, spędzając przeznaczony dla nich czas na pogaduchach ze znajomkami. Więcej uwagi poświęciłem natomiast SHINING i choć w odróżnieniu do poprzedniego dnia nie żywiłem już obaw przed szalonym Niklasem, uważam, że muza tego zespołu to naprawdę chory wymysł. Nie da się ukryć, że ma to jednak w sobie jakiegoś bakcyla, którego momentalnie się łyka. Na chwilę obecną Szwedzi pogłębiają depresję wszystkich obłąkańców tegorocznym albumem "Klagopsalmer", nie zapomnieli jednak i tym razem o uzupełnieniu setu kawałkami z poprzednich krążków. Godnym odnotowania akcentem była także wygłoszona w jednej z przerw pomiędzy kawałkami groźba (obietnica?) Kvarfortha pod adresem pewnego "black metalowego mongoloida" z publiki, którego to zamierzał po koncercie dorwać. Czy do rzekomej konfrontacji doszło – nie wiadomo. Doszło za to do występu amerykańskich pionierów grindcore’a, grupy, która jeśli nie kultem to na pewno legendą jest i basta! Po stopach należy całować Kevina Sharpa i Dana Lilkera za to, że reaktywowali BRUTAL TRUTH, aby jak za starych dobrych czasów urządzić nam rzeźnię pierwszej klasy. Właśnie taką Brutalna Prawda odstawiła tez i w ramach Party San, ja jestem natomiast niesamowicie wdzięczny losowi, że pozwolił mi uczestniczyć w obserwacji tejże. Biorąc pod uwagę mnogość miniatur, które odegrali nie wiem, czy będę w stanie wymienić wszystkie, ale klnę się na wszystkie świętości, że usłyszałem m.in. reprezentantów najnowszego dzieła "Evolution Through Revolution" jak "Sugardaddy", "Turmoil", "Daydreamer", "Branded", "Detatched", "Bob Dylan Wrote Propaganda Song", przemieszanych ze starociami typu "Birth Of Ignorance", "Stench Of Profit" , "Turn Face", "Let's Go To War", "K.A.P", "Time" czy obowiązkowym "Ill-Neglect". Oj, działo się, działo! Chyba nie byłem osamotniony, jeśli chodzi o radość, którą BRUTAL TRUTH spowodował swoim występem. Zacieszając michę gotowałem się już na starcie z kolejną amerykańską legendą, w życiu jednak nie przypuszczałem, że zespół ten przyniesie mi swoim występem duże rozczarowanie. Nie ukrywam, że zawsze darzyłem SADUS ogromnym szacunkiem, nie tylko ze względu na super muzę, ale i z uwagi na świetnie wyszkolonych muzyków – wystarczy nadmienić choćby o Stevie Di Georgio, który dosłownie jak w piosence Franka Kimono – swoim basem robi taki huk, że zwala wszystkich z nóg... Nie było tak jakbym sobie tego życzył. Kiepskie brzmienie położyło wszystko, choć chłopaki starali się jak mogli. Dobrze, że mimo wszystko coś tam udało mi się wyłowić ("In Your Face", "In The Name Of...", "The Wake"), ale to tak i tak nie zaważyło na tym, aby koncert SADUS wprawił mnie w dobry nastrój. Szkoda, naprawdę szkoda... Myślę natomiast, że wszyscy miłośnicy północnych krajobrazów oraz baśni z krainy tysiąca jezior byli usatysfakcjonowani sztuka jaką odegrał MOONSORROW. Podobnie jak cztery lata wcześniej, kiedy to miałem ich okoliczność oglądać po raz pierwszy dokładnie w tym samym miejscu, chłopaki wybazgrali się jakąś cieczą imitującą krew, jednakże całości ich występu tym razem nie zaliczyłem, gdyż zmiana pogody ze słonecznej na deszczową skutecznie wygoniła mnie na backstage. Wszystkich spragnionych opisu niespodzianek w ich wykonaniu przepraszam zatem najmocniej, jednakże nie interesowali mnie aż tak mocno w przeciwieństwie do hiszpańskojęzycznych brutalistów z BRUJERIA. Ludzie, jeśli nie byliście i nie widzieliście – żałujcie! Twórcy "Raza Odiada", "Matando Gueros" i "Brujerizmo" pozamiatali wszyściutko, nie mówiąc już o tym, że to, co można było zbierać spod sceny po ich występie to tylko krwawiące szczątki. Pomimo krycia facjat pod chustami jak ongiś pewien świętej już pamięci idol z inkubatora, dawało się rozpoznać, że Juana i Pinche wspomagają Shane Embury i Jeff Walker. Z jakich kapel panowie pochodzą wszyscy wiecie dobrze, toteż macie jeszcze jakieś wątpliwości jakoby BRUJERIA mając w składzie takich wyjadaczy nie mogła zagrać zajebistego koncertu? Nie było przebacz. Viva la vida Mexicana!

Kto pragnął wytchnąć nieco po masakrze zgotowanej przez spitych tequillą szaleńców, mógł się nieco zrelaksować przy dźwiękach ELUVEITIE. Choć osobiście lubię wszystko co wiąże się z historią starożytnej Europy, a i Szwajcarów darzę generalną sympatią z uwagi na miłe wspomnienia, tym razem odpuściłem śpiewane przez tę załogę celtyckie opowieści, aby mieć siły na to, co nastąpić miało godzinę przed północą. Może mi nie uwierzycie, ale DARK FUNERAL widziałem jak do tej pory naprawdę tylko jeden raz. Wiedząc o ich uczestnictwie w Party San przysięgałem sobie solennie, że choćby nie wiadomo co, dotrę tam aby ich oglądać, toteż chwała mocom piekielnym, że były mi tak przychylne. Pomijam już fakt mojej niekłamanej gloryfikacji tego bandu, ale koncerty hordy Lorda Ahrimana to w czasach dzisiejszych rzadkość, szczególnie jeśli chodzi o trasy po Starym Kontynencie. Jest w tym jednak taka metoda – rzadziej, lecz z klasą i z tego co widzę DARK FUNERAL wyznaje ten schemat w całej rozciągłości. Ja natomiast do dziś pojąć nie mogę, jak to się stało, że jedna z moich ulubionych czarnych szwedzkich załóg odstawiła show nie tylko z fantastycznym brzmieniem, ale jeszcze w dodatku tak diabelsko urzekający? Oj, Lucyper musiał tu chyba mieć nad wszystkim pieczę… Wbrew ostrzeżeniom mamy, że "nie wolno słuchać diabełka" przez trzy kwadranse (i znowu pytanie jak w przypadku UNLEASHED- tylko tyle, do diaska???) napawałem się magią rytuału odprawianego przez zakutych w zbroje i obowiązkowo umalowanych kapłanów. Szwedzi tym razem po prostu mieli publikę owiniętą wokół palca, gdyż audytorium niczym zahipnotyzowane chłonęło wszystkie zapowiadane przez potężnego Caligulę psalmy. Chaq Mol, B-Force oraz sam wielki szef, wspomagani przez ukrytego na tyłach Dominatora zarzynali z kolei wszystkie potępione dusze rozpoczynając od riffów "King Antichrist", poprzez "Secrets Of The Black Arts", "The Arrival Of Satan's Empire", "Goddess Of Sodomy", "Vobiscum Satanas", "Open The Gates", "Hail Murder", "Atrum Regina", na "An Apprentice Of Satan" kończąc. Cóż można by zatem rzec? Niech Rogaty nie tylko po stokroć wynagrodzi ich trud, lecz przede wszystkim sprawi aby nowy, będący już w fazie ukończenia album po raz kolejny splugawił ten nędzny padół solidną porcją bluźnierstwa... Miejmy nadzieję, że stanie się to jak najszybciej.

I w zasadzie mógłbym rzec, że na gigu DARK FUNERAL wszelakie atrakcje tegorocznej edycji Party San osiągnęły jak dla mnie swój punkt kulminacyjny. Jako headliner pozostał jeszcze rzecz jasna SIX FEET UNDER, który już jednak obejrzałem bardzo pobieżnie, pozwalając sobie tylko na wysłuchanie "No Warning Shot", "Still Alive", "Revenge Of The Zombie" i "Victim Of The Paranoid" bodajże. Choć szanuję ogromną charyzmę i osobowość Krzysia Barnesa, twórczość jego kompanii nie jest dla mnie czymś tak urzekającym, abym musiał się przy niej ciąć i już dawno skończyłem śledzić rozwój tej grupy. Można by jednak w jej przypadku w ogóle o takowym mówić? Nie wydaje mi się, choć wiadomo, że są tacy, którzy łykną wszystko, co tylko zostanie przez nich nagrane…. No nic, drogie dzieci. Pora na puentę. Kolejna edycja Party San znowu za nami, a wszyscy, którzy pozostali lojalni, z pewnością wywieźli podobnie jak piszący te słowa wspaniałe wrażenia. Chwała organizatorom za to, że po raz kolejny dali z siebie wszystko, aby uszczęśliwić kilkanaście tysięcy ludzkich istnień i oby buk zdrowie im dał, aby mogli uczynić to także w przyszłym roku, choć stugębna plotka zasłyszana od kilku osób ma głosić, jakoby tegoroczna edycja była już ostatnią odbywającą się w Bad Berka… Podobno mieszkańcy żalą się, że za głośno i męcząco jest, poza tym nie dbają szanowni metalowcy o pobliskie otoczenie – śmiecą, zakażają glebę alkoholem zawartym w moczu, a potem krówki skubią zarażoną trawkę i dzieci pijąc takie zatrute mleczko są bardziej podatne na choroby... Na ile w tym prawdy, nie jestem w stanie ocenić, ale opuszczając niedzielnym chłodnym i mglistym porankiem kurort pomyślałem, że obojętnie gdzie – czy to w Jenie, Weimarze, Erfurcie czy w innym mieście pięknej Turyngii – Party San tak i tak przeżyje wszystko i wszystkich. Wsparcie i lojalność maniaków to podstawa, tychże z kolei nie brakuje, tak że – keine Sorgen. Do następnego!

tekst i zdjęcia: Nikolaus (Mikołaj) Kunz aka Manstein



Six Feet Under
Six Feet Under Six Feet Under Six Feet Under Six Feet Under
Dark Funeral
Dark Funeral Dark Funeral Dark Funeral Dark Funeral
Dark Funeral Dark Funeral Dark Funeral Dark Funeral
Dark Funeral Dark Funeral
Elluveitie
Elluveitie Elluveitie Elluveitie Elluveitie
Elluveitie Elluveitie Elluveitie
Brujeria
Brujeria Brujeria Brujeria Brujeria
Moonsorrow
Moonsorrow Moonsorrow Moonsorrow
Sadus
Sadus Sadus Sadus Sadus
Brutal Thruth
Brutal Truth Brutal Truth Brutal Truth Brutal Truth
Brutal Truth Brutal Truth
Shining
Shining Shining Shining Shining
Shining
Rotten Sound
Rotten Sound Rotten Sound Rotten Sound
Paganizer
Paganizer Paganizer Paganizer Paganizer
Beneath The Massacre
Beneath The Massacre Beneath The Massacre Beneath The Massacre
Hellsaw
Hellsaw Hellsaw Hellsaw Hellsaw
Hellsaw Hellsaw Hellsaw Hellsaw
Satyricon
Satyricon Satyricon Satyricon Satyricon
Satyricon Satyricon Satyricon
Unleashed
Unleashed Unleashed Unleashed Unleashed
Unleashed Unleashed Unleashed
Misery Index
Misery Index Misery Index Misery Index
Thyrfing
Thyrfing Thyrfing Thyrfing Thyrfing
Hate Eternal
Hate Eternal Hate Eternal Hate Eternal Hate Eternal
Hate Eternal
Evocation
Evocation Evocation Evocation
Evocation Evocation Evocation
Swallow The Sun
Swallow The Sun Swallow The Sun Swallow The Sun Swallow The Sun
Den Saakaldte
Den Saakaldte Den Saakaldte Den Saakaldte Den Saakaldte
Den Saakaldte
Solstafir
Solstafir Solstafir Solstafir Solstafir
Solstafir Solstafir
Inhume
Grabak Grabak Grabak Grabak
Grabak
Grabak Grabak Grabak Grabak
Summers Dying
Summers Dying Summers Dying Summers Dying Summers Dying
Marduk
Marduk Marduk Marduk Marduk
Marduk Marduk Marduk
Destroyer 666
DESTROYER 666 DESTROYER 666 DESTROYER 666 DESTROYER 666
DESTROYER 666 DESTROYER 666
Psycroptic
Psycroptic Psycroptic Psycroptic
Azarath
Azarath Azarath Azarath Azarath
Azarath Azarath
Postmortem
Postmortem Postmortem Postmortem


<<<---powrót