<<<---powrót

RIVERSIDE / DISPERSE, "G2", Radom, 16.10.2009



Dobrze i źle się stało, że RIVERSIDE rozpoczęło promocję swojego ostatniego studyjnego albumu "Anno Domini High Definition" w naszym kraju. Mieliśmy dzięki temu jako pierwsi okazję przekonać się, że warszawska ekipa nie bez powodu jest uważana za jedną z ważniejszych kapel prog-metalowych na świecie, a dla samych muzyków było to przetarcie przez długą europejską trasą. Z drugiej strony grupa jeszcze nie była do końca rozgrzana (nawet mimo tego, że był to osiemnasty koncert na polskim odcinku trasy), a może już zmęczona (?), co skutkowało pewnym takim długim oczekiwaniem na to, by RIVERSIDE wskoczyło podczas koncertu na właściwy tor. Jeszcze o tym wspomnę w tym tekście.

Czytając wypowiedzi fanów z poprzednich koncertów tej trasy, stwierdziłem, że większość była pisana, jeśli nie z wielkim entuzjazmem, to co najmniej z zadowoleniem. Również sale koncertowe zapełniały się może nie do ostatniego miejsca, ale na pewno przychodziło sporo ludzi. Z niepokojem obserwowałem, że nie tak znowu olbrzymia sala w radomskim "G2" świeciła jeszcze o 20.30 pustkami, a ludzie po kątach spożywali trunki, jedli, rozmawiali. Kiedy więc na scenę wszedł supportujący RIVERSIDE zespół DISPERSE miałem wrażenie, że jestem świadkiem próby, a nie występu. Z czasem, z czystej ciekawości pewnie, parkiet zaczął się pomału zapełniać, ale tak czy siak, "otwieracze" zawsze mają trochę przechlapane. Tymczasem młoda kapela z południowo-wschodniej Polski dawała równo. Zgodnie z zapowiedziami grupę tworzą bardzo młodzi ludzie, powiedziałbym, że mocno niepełnoletni, ale energii w nich co niemiara. Wokalista "zamęczał" skromny klawisz i zamiatał swoją nie tak znowu długą czupryną, a stojący po jego prawej stronie gitarzysta od początku zwrócił moją uwagę nieprzeciętnym opanowaniem swojego instrumentu. Schowani bardziej z tyłu basista i perkusista trzymali rytm i też zaskoczyli mnie in plus bardzo dobrą obsługą swojego sprzętu. Zanim pojawiłem się na koncercie odsłuchałem kilka ich utworów na majspejsie i miałem ogólnie pozytywne wrażenie. Okazało się, że te kawałki na żywo mają większego kopa i wcale nie odstają jakością od studyjnych wersji. Słychać, że DISPERSE jest pod przemożnym wpływem wszelkiego rodzaju prog-metalowych gigantów z DREAM THEATER i RIVERSIDE na czele, ale ku mojej uciesze wchodzą też w klimaty CYNIC, co rzadko stosują polskie kapele, a jak już, to z marnym skutkiem. Tym razem było inaczej, co skutkowało bardzo dojrzałą muzą pełną różnych barw, ciekawych melodii, wirtuozerskich solówek i fajnego, mocnego drive'u. Będę się im przyglądał w przyszłości, a okazja ku temu będzie, bo wkrótce ma wyjść ich debiutancki pełny materiał.

Po niedługiej przerwie na scenie zamontował się w pełnej krasie RIVERSIDE. Co by nie mówić, pełne zawodowstwo i obycie sceniczne, choć przez kilka pierwszych utworów (o dziwo, tych starszych i już ogranych) panowie zachowywali się trochę statycznie i jakby niepewnie. Z początku myślałem, że to taki ich stajl koncertowy, ale później okazało się, że jest w nich dużo pałera i potrafią bawić się graniem niełatwych w końcu dźwięków. Na szczęście do samego wykonania numerów z pierwszych trzech płyt nie można się doczepić i wypadły bez dwóch zdań bardzo dobrze. Trochę natomiast zawiodło mnie nagłośnienie, bo chwilami nie można było wyłapać klawiszy, a bas momentami był za bardzo wysunięty do przodu. Warszawiacy rozpoczęli od żwawego, przebojowego "02 Panic Room", by potem trochę pobujać, ale też trochę pobudzić wyobraźnię dłuższą kompozycją "Second Life Syndrome". Mariusz Duda nie odzywał się w ogóle do publiki przez pewien czas, a kiedy już to uczynił, dał do zrozumienia, że za wiele nie powie i muzyka wypowie się za niego. Trochę szkoda, bo ja cenię sobie w metalowych i rockowych kapelach to, że łapią kontakt z ludźmi, którzy przyszli na ich koncert, a jeśli ktoś chce samej muzy od początku do końca, zawsze jest płyta słuchana we własnym pokoju... Ale to tak na marginesie. A dalej, w tej pierwszej części koncertu usłyszeliśmy "The Same River", a potem, z tego co pamiętam - połączone ze sobą "In Two Minds" i "The Time I Was Daydreaming". Dało się odczuć, że pomimo dość powściągliwej reakcji fanów kilkanaścioro z nich bardzo przeżywa każdy dźwięk i każde słowo, a potem, gdy zabrzmiały już nowsze utwory, jakby przygaśli i skupili się na uważnym słuchaniu. Cóż, nie każdy pewnie jeszcze słyszał "Anno Domini High Definition" w całości, a na tej trasie mieli ku temu dobrą okazję, albowiem... No właśnie, RIVERSIDE zrobił pewien eksperyment i grał w całości trwającą (w studyjnej wersji) 44 minuty i 44 sekundy płytę. Próba w sumie udana, choć zabrakło odrobiny szaleństwa i improwizacji. Po prostu poleciały nutki, słowa i detale składające się na ten album. Z całym rozmachem, zmianami nastrojów, marillonowskimi melodiami i solówkami, riwersajdowskim pałerem i przestrzennością, flojdowską melancholią oraz porkjupajnowskim (przymiotnik pochodzący od PORCUPINE TREE, jak by ktoś nie wiedział...) niepokojem. Tak, na "ADHD" zespół nie zmiękł w żaden sposób, potrafi przywalić, poszarpać rytmikę, ale przy tym, nie tylko dzięki melancholijnym wokalizom Mariusza Dudy, są w tym wszystkim jakaś tęsknota, żal i "zamglenie" tak typowe dla dokonań PINK FLOYD z Watersem na wokalu i Watersa solo. Zresztą poznali się na tym słuchacze, bo wśród osób stojących pod sceną całkiem sporo było osób, które wychowały się właśnie na muzyce lat 70-ych oraz 80-ych i pewnie dzięki młodszym kolegom czy wręcz swoim dzieciom dowiedziały się o istnieniu takiej progresywnej perełki, jak RIVERSIDE. Takie to myśli i obserwacje przechodziły mi podczas słuchania "ADHD", choć przede wszystkim skupiłem się na dźwiękach i podziwianiu nienagannego wykonania. Jak zawsze precyzyjny i oszczędny w grze Piotr "Mitloff" Kozieradzki (po koncercie okazało się, że podczas występu miał na sobie spranego t-shirta UNLEASHED, hehe), dokładny i wyluzowany Piotr Grudziński na gitarze, skupiony Mariusz Duda (wokal i bas) i trochę za mało słyszalny klawiszowiec Michał Łapaj. W tym ostatnim przypadku najbardziej było mi szkoda tych brzmień organów Hammonda, które pojawiają się tak często na ostatnim albumie warszawiaków... Po tej uczcie z nowościami, grupa zeszła na sceny, ale została już niebawem przywołana, by zagrać na bis balladowe "Stuck Between" i prawdziwą progresywną orgię w postaci dwóch części "Reality Dream", a dokładnie to części drugiej i trzeciej.

A potem panowie pokłonili się zebranym fanom i sobie poszli. Kolejnego bisu już nie było. Mimo to było warto spędzić wieczór na tym koncercie. Teraz RIVERSIDE w roli headlinera objeżdża co ciekawsze zakątki Europy i pewnie nieprędko będzie okazja zobaczyć ich w naszym kraju ponownie. Ale zawsze pozostają muzyka na srebrnych dyskach i wspomnienia widzianego koncertu... A tak a propos, czas byłoby pomyśleć o wydaniu płyty "live"... Prawda, panowie Riversajdowcy? :)

tekst: Diovis



<<<---powrót