<<<---powrót

UNDER THE BLACK SUN FESTIVAL 2009, 3.07 - 4.07.2009, Helenenau bei Bernau, Niemcy


Istnieje pogląd, iż optymizm jest rzekomym gwarantem sukcesu. Z założenia niniejszego najwyraźniej wychodzi chyba niezmordowany Jörg Schröder - właściciel zacnej Folter Records oraz organizator festiwalu Under The Black Sun, nazywanego w pewnych bardzo wąskich i specyficznych kręgach "najbardziej znienawidzonym festiwalem świata". Trudno dociec wprawdzie, czy przymiotnik ten jest jedynie wypadkową wszechobecnej na każdym kroku przekory czy też rzeczywiście ma w sobie coś, co napawa potencjalnego wizytującego obrzydzeniem, osobiście przyznać jednak mogę, że pasja połączona z ogromnym poświęceniem sił i środków, zawsze przyczynia się do osiągnięcia swojego celu. Dla właściciela berlińskiego labelu celem owym jest uraczenie każdego lata maniaków głównie black metalowych dźwięków porcją diabelskich brzmień, nic dziwnego więc, że postawa ta także i w tym roku doprowadziła do niniejszego przedsięwzięcia już po raz... dwunasty. Nie da się ukryć, że chyba jakaś moc i magia dołożyły się do sfinalizowania tegorocznej edycji UTBS, gdyż po mało imponującym wyniku frekwencyjnym Anno Satanas 2008 nad festiwalem zawisło widmo klęski. Raz na wozie, raz pod wozem - ten schemat jest już wszystkim znany, więc z uwagi na mechanizm cyklu tym razem musieliśmy być na wierzchu - ok. 800 wejściówek sprzedanych już w pierwszym dniu festiwalu było wynikiem nie tylko przewyższającym ogół zeszłorocznego audytorium, lecz także i omenem sukcesu całej imprezy.

Odległość dzielącą Berlin od Bernau da się pokonać zdecydowanie szybko za pomocą miejskiej kolejki S-Bahn. Przed budynkiem dworca w miasteczku należy z kolei dołączyć do grupki odzianych na czarno maniaków z tobołkami i wraz z nimi załadować się do kursującego w regularnych odstępach festiwalowego shuttle-busa, który udając się do oddalonej o 10 kilometrów miejscowości Helenenau podwozi nas pod bramę usytuowanego na skraju lasu byłego ośrodka wypoczynkowego dla funkcjonariuszy StaSi i innych enerdowskich partyjnych szych, gdzie ów diabelski spęd właśnie ma miejsce. Powielając zatem schemat z zeszłego roku przybyłem tam późnym popołudniem, po czym przywitawszy się z organizatorami i wrzuciwszy coś na ząb, oczekiwałem rozpoczęcia ceremoniału. O ile zdążyłem już jednak oswoić się z wcześniejszą zapowiedzią absencji LIFELOVER, na miejscu odczułem magię cytatu zupełnie jak w jednej z piosenek Budki Suflera - wtedy, gdy się najmniej spodziewasz, nagła wiadomość pchnie cię nożem. O co się rozchodzi? Nie zagra TROLL. No, cóż… W zasadzie tyle już przeżyłem, że w sumie nie zaskoczyło mnie to aż tak, aby chodzić przybitym do końca dnia, ale podobnie jak wielu zgromadzonych, również miałem ochotę obejrzeć tę kultową kapelę. Na absolutną naganę zasługuje jednak postawa zespołu, który nie pojawiwszy się na miejscu jeszcze nie pofatygował się podobno nawet o parę słów wyjaśnienia. Hm, widać nie każdy ma styl i klasę... Ach, zostawmy te rozważania. Koniec końców rozpoczęło się, a jeśli chodzi o ścisłości, szlaki przetarte zostały przez DRENGSKAPUR. Nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z duetem, którego rozpoznawczym elementem jest koleżka w okularach, kryjący swoje krótkie włosy pod kapturem czarnego habitu, więc z wiadomych względów nie oczekiwałem niczego, ale nieco jazgotliwy black w wykonaniu jego oraz akompaniującemu mu perkusisty w sumie dało się jako tako przełknąć. Inaczej było jednak w przypadku THORNGOTH. Ekipa z bawarskiego Bad Tölz, notabene obecni podopieczni Jörga, zagrała całkiem żywiołowo, kładąc oczywiście nacisk na numery z wydanego w zeszłym roku krążka "Rauhnacht" ("Curse Them" rządzi!). Wszystko byłoby lala, gdyby w pewnym momencie nie spieprzył się generator i wykonywana muza umilkła jak nożem uciął, ale na siły anielskie nie ma widocznie rady... Dobrze, że feler został szybko wyeliminowany i wszyscy wielbiciele Schwarz Metalu w ich wykonaniu dostali to czego pragnęli. Plusik postawiłbym także innemu reprezentantowi wielkiej Germanii, aczkolwiek z innej jej części - Nadrenii Północnej - Westfalii, jeśli chodzi zaś o szczegóły band ten na imię miał PARAGON BELIAL. Muzycznie - dobrze, wizualnie - również, choć są tacy, którzy zdania, iż corpse-painty, kolce, tudzież silnie wydziarani muzycy nie stanowią wykładni wartości czarnych dźwięków. To zależy już oczywiście od tego, co komu się podoba, osobiście nie wynalazłbym jednak u Beliala z paragonem czegoś do czego szczególnie mógłbym się przyczepić. W związku ze spotkaniem szanownego kolegi Lechosława, będącego inicjatorem zacnego Blood Fire Death Festival, drugą połowę ich występu śledziłem już jednak bardziej za pomocą słuchu, gawędząc z wyżej wymienionym jegomościem oraz organizatorami festu na tarasie wynajmowanego przez nich domu. Pod otoczoną gęstym drzewostanem scenę powróciliśmy dopiero, gdy po kilkudziesięciu zameldował się pierwszy erzac festiwalu pod postacią THE ONE. Może trochę nieładnie zabrzmiało moje sformułowanie, gdyż używając tego słowa mamy zazwyczaj na myśli typową zapchajdziurę, dzięki której zwykle idzie wyrobić normę i już nic poza tym, ponieważ rezydujący na chwilę obecna w Londynie Grecy odegrali całkiem niezły kawałek muzyki. To nic, że mieliśmy jakby powtórkę, bo mniszy habit i dwuosobowy skład już się nam gdzieś tu przecież przewinął - ważne jest, że dyjabelsko było... Po kilkudziesięciu minutach zmiana klimatu. Szatańskie inwokacje ustępują bowiem miejsca hymnom sławiącym nordyckich bogów oraz mroźne zawieruchy szalejące na skandynawskich fiordach, gdyż publika ma zaszczyt powitać ELITE. Kolejny tego dnia band ze stajni Folter miałem przyjemność oglądać niecały rok temu, toteż mając jeszcze w pamięci jego całkiem wyborny występ, liczyłem na choćby mały replay i - oczekiwania zostały spełnione. Nie powiem, abym odchodził spod sceny przesadnie podniecony, lecz kilkadziesiąt minut szorstkiego black metalu, który zafundowali wszystkim Norwegowie pozwolił spędzić ów czas całkiem przyjemnie. Z wiadomych względów w secie dominować musiały numery z wydanej w zeszłym roku płytki "We Own The Mountains" ("Odal", "Amanita Muscaria", "Likmyren", "Fra Askens Kilde", "Rovnatt", "Wintermoon", "Vi Skyr Ingen Strid"), ale nie zabrakło też i kawałków z poprzednich wydawnictw ("Vikingfjord", "Bifrost", "Berserkerens Manifest"). Kwestią zagadkową stał się natomiast ogromny topór, którym wywijał na scenie wokalista, gdyż typowanymi materiałami z których miał być wykonany były plastik, tektura, tudzież styropian i dopiero następny dzień przyniósł odpowiedź, przekonując nas, że to najprawdziwsza broń z drzewa i stali. Osobną książkę napisać by też można o koszuli pana śpiewaka. No tak - trochę za mało była "evil", ale nietolerancja to podobno rzecz brzydka, więc w tym miejscu urwiemy. Ostatni punkt programu pierwszego dnia - URFAUST. Muzyka holenderskiego duetu to rzecz nieco trudna do przełknięcia dla osoby preferującej bardziej tradycyjną linię programową czarnego metalu. Osobiście miałbym ogromne problemy ze znalezieniem słowa wyrażającego jej wymiar odmienności, aczkolwiek element ów, zawierający się w depresyjnym zabarwieniu dźwięków, płaczliwym wokalu oraz czymś słyszalnym, choć nieopisywalnym, czyni ją niezwykle... fajną. Wybaczcie te mało fachowe zestawienia, ale dla kogoś nie będącego ekspertem kategoryzowanie może być niezwykle trudne. Jedno co mogę napisać - URFAUST z zadania wywiązał się bezbłędnie, bo pomimo ponurej atmosfery w wisielczy nastrój mnie nie wprawił. Mijając drzewa rosnące na drodze do mojej kwatery nie zauważyłem też zresztą kogokolwiek, kto by pod wpływem ich muzyki postanowił zawisnąć na jakiejś gałęzi, wniosek zatem, że mity o rzekomym niebezpieczeństwie naszego ukochanego noizzu są czasem bardzo na wyrost.

Znakomite spaghetti spożyte z organizatorami w południe drugiego dnia dało nam siłę do śledzenia poczynań kolejnych uczestników. Szkoda tylko, że ulewa nawiedzająca areał festiwalu krótko przed występem pierwszego z nich spowodowała małą obsuwę, ale zaledwie pół godziny to tyle co nic. Rytuałem inaugurującym der zweite Tag był występ ściągniętego w trybie awaryjnym holenderskiego GHESTEENLAND. Nie pytajcie mnie o przyczyny. Ważne jest, że kwintet zagrał całkiem solidnie, gdyż muzyka bardzo śmierdziała Mrocznym Tronem, choć jak sami dobrze wiecie, oryginalności nie da się tu uświadczyć za grosz. Ale dobry wzorzec to rzecz najważniejsza. Mała zmiana szerokości geograficznej i tym razem przenosimy się na południe Europy, które reprezentowane jest przez słoweński SOMRAK. Tylko dwa słowa oddać mogą ogrom odczuć wywołanych ich twórczością - nic specjalnego. Właściwie to można by co nieco więcej nadmienić tu o kotle bałkańskim, gdyż innym jego przedstawicielem był występujący nieco później serbski MAY RESULT, choć w międzyczasie na scenie zainstalował się jeszcze lokalny (znaczy się - z pobliskiego Eberswald) DARKMOON WARRIOR. Poza dekoracją w postaci zasieków z drutu kolczastego i koźlich czerepów (skąd my to znamy?) żadnych innych rewelacji jednak nie odnotowałem, więc poczynania tychże chłopców pominę milczeniem. Wracając do MAY RESULT, wszystkich niedoinformowanych powiadamiam, iż band ów jest nieco innym wcieleniem THE STONE, biorąc pod uwagę zarówno konfigurację składową jak i repertuar, choć jeśli miałbym być szczery, zdecydowanie bardziej podobają mi się jako Głaz. Kto miał już sposobność sprawdzić ich koncertowy przekaz, wie z pewnością czego można się tutaj spodziewać, ten, kto z kolei miałby ochotę przetestować na żywo MAY RESULT, w Niemczech prawdopodobnie już tego nie doświadczy, gdyż deklaracja wokalisty wygłoszona w przerwie pomiędzy utworami dała do zrozumienia, że coś nie wyszło do końca tak, jakby sobie życzyli. Cóż, ludzie są jednak jak pogoda - potrafią być zmienni, miewają rozmaite kaprysy, toteż niewykluczone, że może w przyszłości podejdą do tego inaczej, zobaczymy… Póki co, zostawmy jednak Serbów w spokoju, gdyż czas zapowiedzieć grupę, na którą nie tylko ja ostrzyłem sobie zęby, bo i dziesiątki innych zjechało specjalnie dla niej. Grupą ową była bowiem bardzo szanowana w niemieckim podziemiu formacja, która nie tylko poprzez muzykę, ale także i obfitujące w krwiste akcenty występy pozostaje bez wątpienia pretendentem to objęcia black metalowego tronu w swoim kraju. O DNS, czyli po prostu DARKENED NOCTURN SLAUGHTERCULT słyszałem już wiele dobrego, a mając jeszcze dodatkowo niedosyt w postaci nie zaliczonego przed 4 laty koncertu, ciekawość moja rozmiary osiągnęła ogromne. Nawiasem mówiąc, szefem kwartetu jest posiadająca niesamowicie dłuuugie blond pióra Yvonne Wilczyński, pochodząca pierwotnie z polskich ziem, które opuściła jeszcze jako dziecko, osiadając w zadymionej Nadrenii Północnej - Westfalii. W odróżnieniu do znajomych nie miałem sposobności zamienić z nią choćby kilku słówek, z tego co jednak zdążyłem się dowiedzieć, język ojczysty wokalistki osiąga jeszcze podobno całkiem sprawny poziom. Meritum mojego wywodu nie jest jednak ocena zdolności lingwistycznych muzyków występujących grup, lecz jakość ich scenicznej kondycji i prezentacji. Zespół pokroju DNS zasługuje wyłącznie na superlatywy, gdyż brutalizm i jad sączący się z ich utworów w połączeniu z upiornym, lecz jakże nieodzownym dla czarnego metalu imidżem to wyznaczniki wszystkiego co w tej muzie najlepsze. Nie obyło się oczywiście bez charakterystycznego dla zespołu plucia krwią na publikę (ale dlaczego z plastikowego kubka, do diabła?), a dodając jeszcze do tego wieczorną porę występu, kiedy to słońce dawno osiągnęło już kres swojej całodziennej wędrówki, przyznacie chyba sami, że o skrewieniu mowy być nie mogło? Posiadając zaledwie wyrywkową znajomość ich dokonań nie pochwalę się niestety tytułami kompozycji, obiecuję jednak, że przy następnym opisie poczynań tejże diabelskiej hordy będzie więcej szczegółów, bo wiem, że z jej płytami zapoznać się muszę koniecznie. Pewne jest jednak, że DNS usatysfakcjonował w 666 procentach wszystkich ich oglądających i przypuszczam, że duża część z nich podobnie jak ja żywiła obawy, czy będzie w stanie oglądać dalsze koncerty. Ogólnie rzecz biorąc, tychże zostało już niewiele, gdyż francuski NEHEMAH oraz szwajcarski DARKSPACE były dwoma ostatnimi punktami programu. Pierwszy - dobrze, choć o przesadnej doskonałości mówić tu też nie można, gdyż black metal to zawsze jest jednak black metal i jak już piętnaście tysięcy razy zaznaczałem, można go po prostu grać lepiej lub gorzej. Nie ma jednak grama przesady w stwierdzeniu, że scena francuska zawsze słynęła z dobrych rzemieślników tego cechu, toteż nic dziwnego, że NEHEMAH zrobił to co do niego należało całkiem solidnie. Przy okazji nadmienię, że to już trzeci band na festiwalu, którego lider odziany był w habit z kapturem i w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy aby nie był to ten sam rekwizyt co poprzednio, wymieniany pomiędzy muzykami w ramach przyjaźni... Może tak, a może i nie. Jeśli chodzi zaś o Szwajcarów - ten rodzaj black metalu nie wszystkim musi leżeć i widząc znaczne przerzedzenie pod sceną, sądzę, że takich, którzy mniej preferują tego typu dźwięki było raczej sporo. Nie twierdzę, że DARKSPACE jest zły, lecz wszechświat i cała związana z tym tematyka to kwestia bez wątpienia rozległa i połączenie takiego klimatu z blackowymi dźwiękami, wspieranymi programmingiem i samplami to rzecz wyłącznie dla otwartogłowych. Osobiście dotrwałem do końca, więc być może zaliczam się do tychże, aczkolwiek podobnie jak dla wszystkich tegoroczna edycja UTBS dobiegła już także i dla mnie końca. Zdobywszy się zatem na słowo końcowe - to były całkiem fajne dwa dni, doskonały akcent na otwarcie siódmego miesiąca roku, który z pewnością zadowolił każdego, który uczestniczył w tymże przedsięwzięciu. Nic bez ale, także i tu odnotować można by małe niedociągnięcia (brak TROLL był bardzo dotkliwy, ale jak wiadomo, wina nie leżała po stronie organizatorów), mimo wszystko jednak jestem zdania, że warto odwiedzać ten mały, lecz pieczołowicie przygotowany festiwalik. Chcę kolejnego Under The Black Sun w 2010 r., a biorąc pod uwagę tegoroczną frekwencję i ogólne zadowolenie Jörga, sądzę, że będzie nam to dane.

tekst i zdjęcia: Nikolaus (Mikołaj) Kunz aka Manstein

UNDER THE BLACK SUN FESTIVAL 2009, 3.07 - 4.07.2009, Helenenau bei Bernau, Niemcy



Darkspace
Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun
Nehemah
Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun
Under The Black Sun Under The Black Sun
Darkened Nocturn Slaughtercult
Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun
Under The Black Sun Under The Black Sun
My Result
Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun
Darkmoon Warrior
Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun
Under The Black Sun Under The Black Sun
Somrak
Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun
Ghesteenland
Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun
Urfaust
Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun
Elite
Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun
Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun
Under The Black Sun Under The Black Sun
The One
Under The Black Sun Under The Black Sun
Paragon Belial
Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun
Under The Black Sun Under The Black Sun
Thorngoth
Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun
Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun
Drengskapur
Under The Black Sun Under The Black Sun Under The Black Sun


<<<---powrót