<<<---powrót

WACKEN OPEN AIR 2009, 30.07 - 01.08.2009, Wacken, Niemcy


No i po raz drugi z rzędu mieliśmy sytuację, że bilety na największy festiwal metalowy w dziejach kuli ziemskiej zostały wyprzedane na długo przed jego rozpoczęciem. W zasadzie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby fakt, że tegoroczny skład okazał się do tego stopnia porażający, a niespodzianki i inne cuda na kiju przesądziły o niezwykłej randze atrakcji tego wydarzenia. Gwoli ścisłości, po trosze o takowej mówić by można, gdyż odbywającemu się w maleńkim miasteczku północnych Niemiec festiwalowi stuknęło właśnie… 20 lat. Ale powolutku i po kolei. Nie będziemy bawić się tu w dowodzenie teorii względności, tudzież rozważania na inne sposoby jak to jest, że dwie równe rzeczy mogą być jednocześnie różne, bo chyba jasne jest, że inne odczucia odnośnie tej liczby mamy spoglądając na zgrabne dziewczę z jędrnym biustem, a zupełnie inne, gdy będąc w dojrzałym już wieku i harując niczym wół zdajemy sobie sprawę ile lat pozostało nam do emerytury. Dwie dekady to okres nie tylko niekrótki, bo i wystarczający na korygowanie różnego rodzaju błędów, a co za tym idzie - polepszaniu jakości oraz wyrabianiu dobrej marki. Nie ukrywam, że w ich przeciągu organizatorzy Wacken Open Air na pewno sobie takową wyrobili, skutecznie ściągając pod swój dach wielotysięczne rzesze miłośników wszystkich odmian metalowego hałasu ze wszystkich zakamarków globu. Na ile jednak i dla kogo reklamowanie festiwalu hasłami "Faster, Harder, Louder", tudzież "Louder Than Hell" odzwierciedla potęgę i magię tegoż przedsięwzięcia, pozostaje kwestią zagadkową. Śledząc bowiem jego długoletnią historię zauważamy zadziwiającą różnorodność pojawiających się tamże wykonawców, nierzadko odpowiadających schematowi tzw. mitu wiecznego powrotu i to nawet przy dwuletnim zaledwie cyklu. Inna kwestia to obecność kompletnie nieznanych, wygrzebywanych nierzadko z najgłębszych podziemi muzycznego Tartaru zespolików. Nie dziwi fakt, że w skład tej pierwszej grupy wchodzą często formacje z długoletnim stażem, bardzo zasłużone w metalowej branży, do drugiej zaliczają się natomiast z reguły zespoły przeciętne, porażające niekiedy swoją błazenadą do tego stopnia, że o odruchy wymiotne nietrudno. Dlaczego o tym wszystkim piszę? Proszę państwa, dwudziestolecie tak znaczącego festiwalu w historii światowego metalu to rzecz niezwykle ważna, toteż pasja i serce, które włożone zostać powinny w jego jubileuszową edycję to rzeczy, których od jego organizatorów po prostu mamy prawo wymagać. Nie zdziwcie się zatem, że wyleję trochę żółci wyjaśniając obszerniej kwestie wymienione przeze mnie powyżej, ale będąc uczestnikiem niniejszego eventu już siódmy raz z rzędu, myślę, że jakąś opinię na ten temat mogę już mieć. A zatem do rzeczy. Czy szanowne kierownictwo WOA nie zdało sobie sprawy, że dwudziesta rocznica to okazja na tyle ważna, że powtórki z recitali gwiazd występujących tamże już setki razy są trochę nietrafioną inicjatywą? Moim skromnym zdaniem, zaproszenie po raz n-ty SAXON, MÖTÖRHEAD, tudzież DORO jest już lekkim przegięciem, mając jeszcze na uwadze fakt, iż grupy te goszczą na festiwalu cyklicznie, w dwuletnich właśnie odstępach. Ja rozumiem, że klasyka to klasyka, nie powiem, że nie szanuję wyżej wymienionych, no ale idąc tropem tejże - ile razy w ciągu ostatnich siedmiu lat pojawili się JUDAS PRIEST czy MANOWAR chociażby, którzy z pewnością byliby dla wielu bohaterami imprezy? Z bardziej ekstremalnych rzemieślników - dlaczego nie zaproszono np. ASPHYX, będącego nie tylko legendą europejskiego death metalu, ale i potrzebującego silnej promocji wydanej całkiem niedawno pierwszej po dłuższym niebycie zajebistej płyty? Nie można było pomyśleć także o SATYRICON czy BEHEMOTH, którzy opublikowali ostatnio właśnie nowe i posiadające niezachwianą jakość krążki, nie mówiąc już o tym, że ich niezwykle spektakularne i pełne ekspresji występy na żywo niewątpliwie usatysfakcjonowałyby wszystkich zwolenników czarnych dźwięków? Wszyscy wiemy, że germańska publika nie należy do zbytnio wymagającej, ale przecież audytorium Wacken to nie tylko Niemcy. Organizatorzy doskonale zdają sobie sprawę z międzynarodowej rangi swojej imprezy, wiedząc, że festiwal odwiedzają nie tylko Europejczycy, ale również mieszkańcy Australii, Japonii i obu Ameryk. Czy wychodzą zatem z przekonania, że nudni już do wyrzygania klasycy metalu będą dla nich tak łakomym kąskiem? Całkowicie nie na miejscu jest też moim zdaniem pomysł organizowania Metal Battle, maratonu popisów tak badziewnych nierzadko zespolików, że jak już wspominałem, nie potrzeba żadnych środków przeczyszczających aby sobie ulżyć. Ja wiem, że jestem wstrętny do szpiku stolca, ale większość tych kapelek walczących o kontrakt z jakąś stajenką lub nagrodę w postaci zaproszenia w następnym roku jako regularny band nadaje się wyłącznie do klopa i to jeszcze z uwzględnieniem ostrożności, bo przy wrzuceniu wszystkiego na raz mógłby się zapchać. No i wreszcie, po jakiego grzyba wyrzucane są ciężkie pieniądze na jakieś wioski wikingów, strip-teasy czy też inne dziwactwa, które nie tylko osłabiają budżet organizatorów, ale i skutecznie uniemożliwiają inne zacne inicjatywy, które szkoda nawet wymieniać? Może i są zwolennicy tych bajerów, pewien jestem jednak, że procent ich zapewne stanowi mniejszość ogółu i sporo przyjeżdżających podobnie jak ja byłoby zdania, że lepiej za przeznaczone na to kwoty ściągnąć jakiś duży i naprawdę wartościowy band. Tak i tak dobrze, że pomimo niektórych niedociągnięć obliczona na 70 tysięcy twarzy impreza wyprzedana została do ostatniego miejsca, a i tym, którzy się spóźnili, a naprawdę gorąco pragnęli w niej uczestniczyć udało się nabyć nieoficjalną drogą pożądane bileciki. Wiem oczywiście, że nie każdy jest taki jak ja i opinie wielu osób mogą być zupełnie różne, toteż myślę, że w tym miejscu należałoby już zakończyć te utyskiwania. Pogadałem sobie, więc...

Każdy medal ma jak wiadomo dwie strony, a więc pora na pozytywy, bo w końcu tych też nie brakowało, nawet w pierwszym dniu. Pierwotnie o radość przyprawić mnie wówczas miały dwa bandy, ale z racji wykreślenia z programu ANTHRAX, którzy krótko przed festiwalem wycofali się z udziału, pozostał mi RUNNING WILD. Popisy Rock'n' Rolfa i jego kompanii miałem przyjemność oglądać dokładnie sześć lat temu nawet w tym samym miejscu, z racji tego, że był to jednak jedyny raz, potraktowałem występ Niemców jako miłą powtórkę z rozrywki. Heavy metal w wykonaniu pirackiej bandy herszta Kasperka ma w sobie niezwykły ładunek energii i motoryki, dzięki któremu tysiące zgromadzonych pod sceną bawiły się nad wyraz pysznie, wyjąc na całe gardło teksty runningowych klasyków zarówno ze starszych jak i nowszych etapów kariery. "Port Royal", "Bad To The Bone", "Riding The Storm", "Soulless", "Prisoner Of Our Time", "Black Hand Inn", "Purgatory" , "The Battle Of Waterloo", "Raging Fire", "The Brotherhood", "Draw The Line", "Whirlwind", "Tortuga Bay", "Branded And Exiled", "Raise Your Fist" - takie oto kawałki odegrali hamburczycy, nie zapominając oczywiście o bisach w postaci "Conquistadores" oraz sztandarowego "Under Jolly Roger". Inny miły akcent to spotkanie ekipy z rodzinnego miasta, bo nie da się ukryć, że zawsze brakuje trochę na emigracji starych znajomych, z którymi niejeden koncert się obejrzało i niejedno piwo wypiło, hehe! W towarzystwie części szczecińskiej ekipy miałem przyjemność obejrzeć również inny odbywający się na deskach Black Stage show - HEAVEN & HELL, grupy w której udzielają się Ronnie James Dio oraz Tony Iommi i Geezer Butler z wielkiego BLACK SABBATH, gdyby ktoś nie wiedział, nie mówiąc już o tym, że jakość poczynań tejże stała na cholernie wysokim poziomie. Z uwagi na brak innych atrakcji dzień ów uznać już jednak mogłem za zakończony, choć dla niektórych miodem na uszy mogły być jeszcze występy LACUNA COIL, a dla schlanej w sztok germańskiej publiczności obecność zespołu - niespodzianki. Niestety żadna z owych propozycji nie trafiła w moje gusta, gdyż o występie pani Cristiny i jej kumpli wypowiadałem się już przecież kiedyś niezwykle negatywnie, obiecując sobie, że nigdy więcej, a że niespodzianką ową okazały się błazny z J.B.O od których poczynań można tylko - delikatnie to ująwszy - puścić pawia, zrozumiecie chyba moją decyzję? Sen był chyba w takim przypadku najlepszym rozwiązaniem sytuacji.

Akcentem witającym mnie w drugim, niewątpliwie lepszym pogodowo dniu (poprzedniego naprzemiennie lało i świeciło słońce) był produkujący się na Black Stage norweski VREID. Łupiącą coś na kształt black metalu ekipę oglądałem dokładnie rok temu podczas Party San i choć wówczas nie zrobiła na mnie jakiegokolwiek wrażenia, przyznam, że tym razem lekko poprawili swój poziom, choć do kunsztu jeszcze zdecydowanie daleko. Z czystej ciekawości postanowiłem zatem udać się pod Party Stage aby poobserwować jak radzi sobie SUIDAKRA, ale ku mojemu dużemu, aczkolwiek bardzo miłemu zaskoczeniu okazało się, że deskami sceny rządzą zaplanowani dopiero na ostatni dzień królowie brytyjskiego grindcore’a. NAPALM DEATH wydał w tym roku nowy album "Time Waits For No Slave", poza tym widziałem już ich ileś tam naście razy, myślę zatem, że bezsensowne byłoby rozwodzenie się po raz kolejny nad koncertem, który jak zwykle zmiótł wszystko niczym fala uderzeniowa w Hiroszimie. Mr. Greenway jak zwykle skakał i brykał, ale każdy kto choćby raz oglądał Napalmów w akcji wie przecież, że inaczej być nie mogło, bo stanie jak kołek nie jest domeną frontmanów grindowych komand. Po morderczym show Angoli powróciłem pod Black Stage, tam z kolei czekali już na mnie piewcy wojennej zawieruchy z ENDSTILLE, którzy mają spore grono wielbicieli czarnych dźwięków nie tylko w kraju rodzimym, ale dzięki owocnemu dealowi z Regain także i na świecie. Ekipa z Kilonii, będąca od samego początku istnienia przykładem swoistej chemii i nagrywająca w niezmienionym składzie wszystkie krążki pojawiła się jednak tym razem w innej konfiguracji, gdyż na miejscu długoletniego gardłowego Iblisa pojawił się zaprzyjaźniony od ciężkich lat z grupą Herr Mannevond z KOLDBRANN / URGEHAL, oprócz tego zaś formację wspomógł drugi wioślarz, rzekomo z USA. Niemiecko - norwesko - amerykański sojusz sprawdził się jednak w niniejszej ofensywie nadzwyczaj dobrze, gdyż niszczący wojenny klimat wyrażał się nie tylko poprzez logo ze stylizowanym karabinkiem szturmowym Stg 44, ale przede wszystkim przez śmierdzące lekko norweskim stylem utwory. Na chwilę obecną zespół skupiony jest na promocji swojego najnowszego krążka "Verführer", co nie znaczy wcale, że zostały pominięte kawałki ze starszych wydawnictw, a wiadomo, że stare albumy tygryski lubią najbardziej. Niekłamana radość towarzyszyła mi zatem przy taktach "Dominanz", "Biblist Burner", "Conquest Is Atheism", "Ripping Angelflesh" czy "Frühlingserwache". Kilkadziesiąt minut barbarzyńskiego black metalu, skutecznie obalającego mit o dennej jakości wykonywania tej muzy według niemieckiego schematu. A może już po prostu zdążyłem się przyzwyczaić? Sam w końcu czasem wylewałem na germańskie grupy wiadra szczyn… Nieważne. Pragnąc dać nieco wytchnienia swoim zmaltretowanym uszom i zmysłom, po występie ENDSTILLE udałem się do namiotu, a po dogodzeniu brzusiowi powędrowałem z kolei pod Party Stage, aby przypomnieć sobie jak brzmi na żywo TRISTANIA, którą kiedyś tam oglądałem jednym okiem, tylko, że na większej scenie chyba grała… Wrażenia jednak toto na mnie aż takiego nie zrobiło, kilka lat temu podobnie chyba zresztą było skoro i teraz obejrzałem bez większego sentymentu. Nawet nie wiem już co to za lasencja śpiewa tam na chwilę obecną… Z daleka nawet prezentowała się nieźle, ale festiwal metalowy to nie wybory miss, także w oceny bawić się tu nie będę. Należy raczej skupić się na muzyce, ale ja nie jestem fanem tego zespołu, a więc jeśli ktoś czuje niedosyt - sorry Winnetou. W godzinach dobranocki zajrzałem na chwilę na True Metal Stage, aby z czystej ciekawości przyjrzeć się jak radzi sobie HAMMERFALL, ale jako że to również nie moja szklanka piwa, po upływie zaledwie pół godziny wycofałem się na backstage, gdzie grillowanie i piwko z rozbitą obok mnie berlińską ekipą okazało się dużo lepszą decyzją. Miła atmosfera udzieliła się aż do tego stopnia, że przeszedł mi koło nosa NEVERMORE, ale z uwagi na to, że obcowania na żywo z tą formacją miałem przyjemność doświadczyć już kilkakrotnie nie żałowałem aż tak bardzo, a jeśli tylko zagrali to wierzę, że ekipie Warella Dane'a poszło jak zwykle dobrze.

Na początku mojego wywodu bodajże wspominałem już, że pomimo ogromnego respektu dla klasyków zbyt częste oglądanie niektórych grup skutecznie pomaga w przeczyszczeniu przewodu pokarmowego, a czując jeszcze na języku smak świetnych steków i pieczonej kiełbasy, absolutnie nie miałem ochoty na utratę tego co uczyniło mnie sytym, toteż bez jakichkolwiek skrupułów oznajmię wszem i wobec, że popisy dziadzia Lemmy’ego oraz cioci Doro delikatnie powiedziawszy - odpuściłem. Chcąc wypełnić jednak przyjemnie i pożytecznie godziny późnowieczorne des Zweiten Tages zaplanowałem zabawę przy dźwiękach dwóch wielkoformatowych załóg z ojczyzny Volvo. Pierwszą z nich był IN FLAMES. Choć najgorętszą miłością darzę z całej ich dyskografii "The Jester Race", nie mogę powiedzieć, aby ekipa Andersa Fridena zawiodła grając także i kawałki z innych albumów, gdyż występ grupy emanował niezwykłą atmosferą i bardzo łatwo przyswajalnym klimatem. Melodyjne śmierć metalowe dźwięki to czasem naprawdę miła odskocznia oraz ukojenie dla duszy i ciała. Krew jednak polała się dosyć obficie, gdy na scenę wtoczyli się już o godzinie drugiej w nocy barbarzyńcy z AMON AMARTH. Proszę państwa, mogę was teraz naprawdę zaskoczyć, bo chyba w każdej mojej publikacji, którą było wam dane przeczytać opisywałem sceniczne działania tego zespołu całkiem beznamiętnie, a nawet i z niechęcią, a tymczasem przyznam, że ostatnimi czasy band ów potrafi mnie bardzo pozytywnie urzekać. Nie wiem, czy to za sprawą ostatniego i wciąż intensywnie promowanego krążka "Twilight Of The Thunder God", na którym piątka wojów przeszła samych siebie czy tez czegoś innego, ale fakt pozostawania tej załogi jednym z priorytetów Metal Blade wydaje mi się dziś zupełnie uzasadniony. Chyba tacy pozerzy jak ja potrzebują po prostu więcej czasu na docenienie czyichś poczynań, hehe! Jarl Hegg i jego kamraci postarali się tym razem nie tylko o ciekawą oprawę scenograficzną (model drakkaru oraz fragmenty palisady okalającej wczesnośredniowieczną wieś), ale i starannie dobrany repertuar. Majestatyczne intro jak zwykle wprowadziło wszystkich w nastrój epoki w której to długie łodzie ze smoczymi głowami na dziobach przemierzały morza oraz wody śródlądowe Europy, a potem każdy wielbiciel hordy mógł już przeżywać ekstazę przy taktach "Asator", "Varyags Of Miklagaard", "Victorious March", "The Pursuit Of Vikings", "Guardians Of Asgaard", "Cry Of The Black Birds" czy odegranego na koniec "Death In Fire". Jedyne czego żałować mogę to feralne ustawienie na równi z kultowym chilijskim PENTAGRAMM, ale tym razem godzina spędzona z AMON AMARTH na pewno nie była czasem straconym. To ci jest kurczę, dziwne - tak jak przed laty musiałem specjalnie pojechać do Zakopca aby polubić naleśniki z serem, tak tutaj parę roczków upłynąć musiało abym przychylnie spojrzał na to szwedzkie komando. Ciekawe, ile czasu zajmie mi docenienie innych kapel...

Ostatni dzionek scenicznych obserwacji rozpocząłem w samo południe. Na Black Stage wyciskał z siebie siódme poty EINHERJER, jednakże wbrew moim oczekiwaniom okazał się zespołem mega przeciętnym. W późniejszych godzinach miałem jednak przyjemność poobcować nieco z trupą Lee Doriana, który swoją wolną, aczkolwiek ciężką niczym stutonowy walec twórczością przejechał po wszystkich oglądających. CATHEDRAL podziwiałem w wersji live dokładnie przed pięcioma laty i pamiętam, że wówczas zagrali wybornie. Nie chcę w tym miejscu napisać, że obecny show Brytoli charakteryzował się gorszą jakością, lecz wiadomo, że ten pierwszy raz jest zawsze szczególny. Była to nieco mroczna i ponura godzina, ale przynajmniej wypełniła mi czas oczekiwania na grupę, której muza ma takiego kopa, że trudno to pozytywnymi słowami opisać. Kolejnego z uczestników tegorocznej edycji oglądałem w tym samym miejscu jeszcze wcześniej niż CATHEDRAL, pamiętam jednak, że to, co mi wówczas zrobił skutecznie odbiło się na moim zdrowiu i zmysłach jeszcze na wiele miesięcy. True Metal Stage, a na niej TESTAMENT - bez wątpienia jeden z gorejących punktów na mapie klasyki światowego thrashu. Cieszy ogromnie fakt, że Chuck Billy ma w sobie tyle werwy co za starych dobrych czasów i ogromna wola przetrwania zwyciężyła chorobę. Życzylibyśmy sobie przecież wszyscy, aby kwintet z Oakland dostarczył nam jeszcze nie raz wspaniałych albumów z kopiącymi utworami, które w wersji live potrafią porażać jeszcze dotkliwiej niż na krążku, czyż nie? Nie może być jednak inaczej, skoro zgrana załoga to podstawa, a tacy instrumentaliści jak Alex Skolnick, Eric Peterson, Greg Christian czy Paul Bostaph to przecież stare wygi, w przypadku których odegranie słabego koncertu jest zupełnie niemożliwe. Całkiem spokojny byłem zatem i o obecny, w przeciągu którego Amerykanie postawili nie tylko na kompozycje z najnowszego albumu "The Formation Of Damnation" ("More Than Meets Eye" czy tytułowiec chociażby), bo jak zwykle nie zapomnieli i o starociach jak "Burnt Offering" czy "Into The Pit". Ma ktoś jeszcze wątpliwości? Myślę, że tyle wystarczy, aby was przekonać o tym, że TESTAMENT na żywo to potęga. Gdy po upływie godziny thrashowy huragan ustał, prędziutko pobiegłem pod Party Stage, aby zmierzyć się z zespołem, który przeważył szalę dylematów odnośnie tegorocznego odwiedzenia Wacken, jeśli nie napisać - na który przede wszystkim tłukłem się te kilkaset kilometrów. BORKNAGAR zawsze należał do moich ulubionych norweskich załóg, nieprzypadkowo albumy ich zajmują poczesne miejsce na półce ze stuffem z tego kraju. Na występ ekipy Oysteina Bruna ostrzyłem sobie zatem ząbki niesamowicie, choć jeśli mam być szczery, czasy w których bardziej znani byli jako projekt aniżeli regularny band darzę największym sentymentem, więc wiadomo, że to już nie ten sam zespół. Ale nic to - show Norwegów tak i tak był pyszny, gdyż pomimo zupełnie innej konfiguracji składowej niż za dawnych lat potęga muzyki pozostaje nienaruszalna, a to przecież jest najważniejsze, czyż nie? Rozpoczęli od "Ruins Of The Future" z "Quintessence", potem zaś rozkoszowałem się przeplatanką przebojów BORKNAGAR ze wszystkich pozostałych wydawnictw (z uwzględnieniem również i wcześniej wymienionego, of course) i w ten sposób usłyszałem jeszcze m. in. "Oceans Rise", "Universal", "Inherit The Earth", "The Black Token", "The Quintessence", "Ad Noctum", "Colossus", "The Genuine Pulse" oraz odegrany na koniec "The Dawn Of The End" z "The Olden Domain", który wspaniale uwieńczył niniejszy performance. Żywię głęboką nadzieję, że nic nie pokręciłem, a jeśli w tłumie znajdowali się tacy, którzy mogliby mieć zastrzeżenia, prosiłbym ich serdecznie o rozgrzeszenie - człowiek mający na głowie 1125 spraw nie zawsze ma czas przerobić przed koncertem całą dyskografię zespołu. Pod Party Stage powróciłem jeszcze po godzinie, aby przyjrzeć się poczynaniom Piotrusia Tägtgrena, jednakże wszystkim, którym nazwisko artysty sugeruje jego czołowy band wyjaśniam od razu, iż nie z nim tym razem wystąpił. Lider HYPOCRISY zaprezentował się aktualnie z PAIN, swoim drugim, zdecydowanie odmiennym stylistycznie, choć tak samo ważnym zespołem. Liczyłem, że na scenie pojawią się jakieś lalunie, które rzekomo z nim grają (widziałem kiedyś zdjęcia), lecz tu nic - skład PAIN to czterech samców niestety. Tak i tak fajnie zagrali ("Dancing With The Dead" czy "I’m Going In" szczególnie mi podpasiły), a ja przynajmniej miałem okazję przekonać się jak stwór ów brzmi na żywo. Dzień dobiegał powoli już końca, a zatem trzy kwadranse przed dziesiątą zameldowałem się pod Black Stage, aby rezygnując wspaniałomyślnie z ENSLAVED poprzyglądać się nieco MACHINE HEAD. Nie są to dźwięki, których słucham na co dzień, ale ekipa Roba Flynna bez wątpienia należy do większych w metalowym biznesie, poza tym miałem okazję widzieć ją w akcji zaledwie raz, a biorąc jeszcze pod uwagę fakt, że jako szczeniak w czasach licealnych byłem pod sporym wrażeniem ichniego debiutu "Burn My Eyes", uznałem, że w sumie czemu nie… W końcu odegrali nawet dwa moje ulubione kawałki z tegoż ("Old" oraz kultowy "Davidian") i w sumie był to całkiem niezły koncert, tylko, że intro z "Omena" Jerry’ego Goldsmitha potrafi nieco nużyć. Który zespół metalowy miał to już w przeszłości? Konia z rzędem temu, kto wymieni wszystkie. W godzinach nocnych ostatnie poty z siebie oraz zgromadzonych wyciskali jeszcze m. in. GWAR i KORPIKLAANI, ja jednak w obserwacjach tychże już nie uczestniczyłem, łowiąc bardziej ich dźwięki z odległości i spędzając ostatnie godziny festu na pogawędkach ze znajomymi z biznesu. Czy mogę już zatem wygłosić my last words?

Myślę, że tak. Dwudziesta jubileuszowa edycja Wacken Open Air już za nami. W ciągu trzech dni wszyscy, którzy przybyli aby celebrować to wydarzenie mieli okazję nasłuchać się metalu rozmaitych odmian i pewnie tysiące opinii towarzyszyłyby ocenie obchodów tak znaczącego w skali światowej metalowego spędu. Skupię się jednak krótko wyłącznie na moich odczuciach, gdyż już na wstępie mogliście zapoznać się nieco z moimi uwagami, względnie zastrzeżeniami dotyczącymi ogólnego rysu organizacyjnego. Podsumowując to wszystko, uważam, że tegoroczny Wacken nie był może najgorszy, biorąc jednak pod uwagę poprzednie lata, zauważa się, że bywały jednak o wiele lepsze edycje i trochę rozczarowuje fakt, że w związku z tak ważną rocznicą było jedynie "nieźle". Nie zamierzam oczywiście spierać się z kimkolwiek, gdyż znalazłoby się pewnie i spore grono takich, którzy uważają, że było super. Mimo wszystko w dalszym ciągu podtrzymuję jednak przekonanie, że warto tam bywać, toteż niewykluczone, że siłą sentymentu i o ile będzie to możliwe, w przyszłym roku znajdę się tam znowu. Żadnych życzeń, żadnych marzeń - co ma być to będzie, choć osobiście chciałbym, aby moja przyszłoroczna relacja kipiała większym entuzjazmem.

tekst i zdjęcia: Nikolaus (Mikołaj) Kunz vel Manstein



Machine Head
Machine Head Machine Head Machine Head
Pain
Pain Pain Pain
Borknagar
Borknagar Borknagar Borknagar Borknagar
Borknagar Borknagar Borknagar Borknagar
Testament
Testament Testament Testament Testament
Testament Testament Testament Testament
Cathedral
Cathedral Cathedral Cathedral Cathedral
Cathedral Cathedral
Einherjer
Einherjer Einherjer Einherjer
Amon Amarth
Amon Amarth Amon Amarth Amon Amarth Amon Amarth
In Flames
InFlames InFlames InFlames InFlames
Hammerfall
Hammerfall Hammerfall Hammerfall Hammerfall
Hammerfall Hammerfall Hammerfall Hammerfall
Tristania
Tristania Tristania Tristania Tristania
Tristania Tristania
Endstille
Endstille Endstille Endstille Endstille
Endstille Endstille
Napalm Death
Napalm Death Napalm Death Napalm Death Napalm Death
Vreid
Vreid Vreid Vreid
Running Wild
Running Wild Running Wild Running Wild Running Wild
Running Wild Running Wild


<<<---powrót