Wywiady

To już drugi mój wywiad z muzykiem o ksywie Spider, którego możecie kojarzyć (lub nie, Wasza wtedy strata) z deathmetalowej kapeli o nazwie UNDERDARK. Los nie oszczędził tamtego zespołu, nad czym osobiście głęboko ubolewam, choć jego były gitarzysta za wygraną nie daje. Gdzieś obok UNDERDARK działały na przemyskiej scenie takie grupy jak CRYPTIC TALES, ROTENGEIST czy BLACKSNAKE, jakie dzieliły się miejscami do grania, muzykami czy usługami. To właśnie za mikrofonem tego ostatniego znalazł sobie miejsce - drukujący również koszulki w wolnych chwilach - Spider, a drugim w dyskografii BLACKSNAKE "Lucifer's Bride" winni zainteresować się wszyscy ci, którzy cenią sobie stary, dobry, rasowy rock'n'roll w hammondowym sosie. Tradycyjnie nie zabrakło gorzkiej refleksji na temat przemysłu fonograficznego, ale bądźmy dobrej myśli i nie puszczajmy kciuków!

Mroczna Strefa [Kępol]: Witaj Spider! Co tam u Ciebie ciekawego? Jakieś postanowienia noworoczne w związku z tą muzyczną i pozamuzyczną płaszczyzną życia?
BLACKSNAKE [Kamil 'Spider' Rusiecki]: "Heja! Postanowienia noworoczne 'nie interesują mnie' jak to ładnie mówi żółty ludzik z gitarą z reklamy telefonii. Powinien jeszcze dodać, że to dobre dla pedałów [śmiech]."

MS.: Dobra, przejdźmy do konkretów. Jakiś czas temu pojawiłeś się w składzie przemyskiego BLACKSNAKE i to właśnie tego projektu poniższy wywiad ma dotyczyć. Na jakim etapie zespół znajduje się obecnie? W jaki sposób promujecie drugie w Waszej dyskografii dzieło pod tytułem "Lucifer's Bride"? Jakie skutki przyniosła wspomniana ofensywa i jak przedstawia się odzew na płytę?
B.: "Jesteśmy świeżo po wydaniu albumu. Premiera odbyła się 31 października. Zresztą, takie gadanie? 'Premiera' - tak to sobie można mówić o filmie w kinie, na który czeka tysiące ludzi, to wtedy jest to premiera przez duże P. My ustaliliśmy sobie taką datę (helloween) i licząc od niej do dzisiaj minęło ledwo dwa miesiące, więc ofensywa jest w trakcie. Ślemy płyty do recenzji, powoli zaczynają się one pojawiać w pisemkach i na portalach www. Tu nas pochwalą, gdzieś indziej nas zjebią, wszystkim nie dogodzi. Wybrany utwór z krążka o zgrabnym tytule "PanDEMONium" w tym miesiącu trafia na kompilacyjne CD do naszego rodzimego Musick Magazine, oraz do angielskiego Fireworks. Czasami zagramy jakiś koncercik w ramach promocji i tak te lody staramy się kręcić w miarę możliwości.

MS.: Początki grupy sięgają roku 2005. Wykrystalizowanie składu, jaki stworzył "Lucifer's Bride" wymagało jednak wielu lat. Jak oceniłbyś stabilność tego obecnego? Jaki nastrój i jaki rodzaj wewnątrzzespołowej chemii panuje teraz w BLACKSNAKE?
B.: "Nastrój mamy bardzo bajtowy, a i skład chyba najbardziej dobrany patrząc z perspektywy czasu. Robimy swoje powoli i bez pospiechu, w sumie nie pamiętam aby był kiedykolwiek jakiś spór miedzy chłopakami w kwestiach muzycznych czy prywatnych, więc podejrzewam że jeszcze trochę pogramy razem [śmiech]. Wiesz, trochę się rozpiszę. Początki BLACKSNAKE sięgają 2005 roku. Zespół ten powstał zresztą w tym samym czasie co ROTENGEIST i UNDERDARK i jakoś tak się złożyło że zawsze wszystkie 3 twory były dość blisko siebie - to przez wspólną salę prób, to przez jakieś wspólne koncerty-trasy, nie wspominając już o tym, że muzycy naszej rodzimej sceny migrowali po wszystkich trzech kapelach. Ja od początku bardzo lubiłem ten band, w szczególności za to, że ta muza świetnie sprawdza się na koncertach, jednak 'Snejk' miał tyle samo potencjału, co przez te wszystkie lata pecha. Regularnie, co kilka miesięcy ktoś z kapeli odchodził, za chwilę był ktoś nowy, przyszedł basista, odszedł perkusista, znalazł się perkusista odszedł wokalista. Przewinęło się tam pewnie ze 20 osób. Chłopaki naprawdę przez chwilę mieli nieciekawie w kwestii personalnej, wiadomo udziela się to całej reszcie bandu, zwalniają albo stoją w miejscu. W każdym razie nigdy nie spodziewałem się ze wyląduję na tym pokładzie, z czego zresztą jestem niezmiernie happy."

MS.: W zespole piastujesz funkcję wokalisty, jaką zwykle kojarzy się z rolą tzw. frontmana. Jedynym ocalałym ze starego składu, i co za tym idzie najważniejszym członkiem Waszej ekipy jest jednak jej założyciel i gitarzysta - Maciek Więckowski. Kto tak właściwie jest teraz liderem grupy? Rywalizujecie troszkę o tę 'pozycję w stadzie', czy pracując wspólnie skupiacie się na innych kwestiach?
B.: "Tak, niejaki Maciek 'Wiącek' Więckowski to jedyny ocalały pionier tego bandu i myślę że śmiało można go nazwać lyderem, bo trzyma to wszystko za pysk, chociaż nie przejawia tym samym żadnych dyktatorskich zapędów [śmiech]. Dogadujemy się bez problemu, poza tym powiedzmy sobie szczerze: mamy już po parę lat na karku i jakieś zabawy w kto jest frontmanem, a kto bananem u nas wywołałyby błogi śmiech [śmiech]."

MS.: Wasz najnowszy krążek ukazał się wspólnymi siłami wytwórni Defense Records oraz Diabolizer Records. Chodziło bardziej o wspólny wkład finansowy, czy może raczej podział obowiązków dystrybucji, promocji, itp.? Związaliście się na dłużej z którąś z tych wytwórni?
B.: "Diabolizer jest to nowopowstała wytwórnia założona głownie przeze mnie, Młodego z ROTENGEIST i Darka Mazurkiewicza. Głównym powodem takiej akcji są oczywiście problemy wydawnicze, a chociażby koszty związane z wyprodukowaniem płyt promo, wysłaniem ich do innych wytwórni tylko po to, aby w 99% otrzymać odpowiedź, że fajnie gracie, ale mamy kolejkę 15000 innych kapel, albo że nie mamy kasy was wydać i wyłóżcie sami 3000 zł i dostaniecie 150 CD, a reszta zostaje u nas? sram na takie układy. Prawda wygląda tak, że większość kapel wydając dzisiaj płytę pod czyimś logo gówno z tego ma, a za wyprodukowanie płyt płacą sami. Później czytasz recenzje, wywiady i się podniecasz, że ktoś coś wydał w 'dobrej' wytwórni. Wiesz, to fajnie wygląda z perspektywy odbiorcy, ale prawda jest zupełnie inna, dlatego od początku podjęliśmy decyzję o wydaniu własnym nakładem, ale z kolei to też wiocha, bo nie jest to oficjalne. Dlatego najlepszym wyjściem okazało się stworzenie małej, ale prężnej wytwórni dla naszych celów. Jak fama poszła w świat odezwał się do mnie stary kolega Popiel z Defense i zaproponował wydanie wspólnym nakładem, co także okazało się dla nas dobrym układem (rymy rymy rymy). Dzięki tej hybrydowej współpracy lada chwila, także z logiem Diabolizer i Defense, wychodzi nowy ROTENGEIST, a na przełomie luty/marzec planujemy wytłoczyć kompilacyjjny CD. Zresztą możesz sobie zaglądnąć na stronkę: www.diabolizerrecords.pl lub www.diabolizer.pl, pod tym drugim adresem znajdziesz nasz sklep, w który wrzucamy merch kapel, wykorzystując chociażby możliwość mało nakładowej i taniej produkcji koszulek i innych gadżetów na naszych własnych maszynach dla kapel z naszej stajni."

MS.: Od kiedy tak naprawdę datujecie powstanie BLACKSNAKE? Niby znam oficjalną datę, ale grupa przeszła przecież szereg przeobrażeń i z tego co wiem, nie od razu obraliście obecny kierunek stylistyczny. Kiedy konkretnie stało się jasne, że BLACKSNAKE wkracza na ścieżkę prowadzącą do nagrania takiego "Lucifer's Bride"?
B.: "Tak jak wyżej sobie rozmawialiśmy, początek datuje się na 2005 r. Na koncie mamy promo EP "First Bite". Było tam pięć autorskich przyśpiewek, po niej ukazał się pełny krążek "Horns Up", jednak moim zdaniem dalej nie było to do końca to, co być powinno. Na tej płycie znalazły się dwa ponownie nagrane kawałki z wcześniejszego promo oraz dwa covery, w dodatku także odbiegające od stylistyki zespołu, przynajmniej wg mnie, więc jak tak sobie na palcach policzę, to zawierała ona 6 nowych kawałków. Tak prawdę mówiąc sam do końca nie wiem co my właściwie gramy, bo "Lucifer?s?" nadal jest jakąś mieszanką zupełnie odbiegających od siebie utworów, tu niby jakiś stoner, za chwilę "Broken Heart Blues". Z drugiej strony, przez klawisze w większości kawałków jest bardziej hard rockowo, a w "Say Goodbye To Heaven" jedzie pancurstwo jak nic. W dodatku cały materiał na nowy LP powstał bardzo szybko, bo w kilka miesięcy. W porównaniu do poprzednich wydawnictw jest to już bardziej sprecyzowane granie, może też lepiej wiemy czego chcemy. Jak mam o tym opowiadać, to trochę sam głupieję i motam się jak tampon w piczce, więc chyba zostawimy ten temat."

MS.: Jak już powiedziałeś - gracie zakorzeniony w klasyce gatunku, mocny, wyrazisty i bezpośredni hard rock nie stroniący od punkowego rozbujania, stonerowego feelingu czy klasycznie heavymetalowego pazura. Wcześniej byłeś jednak gitarzystą deathmetalowego UNDERDARK. W której stylistyce odnajdujesz się lepiej? Gitara czy własne gardło jest bliższym Ci narzędziem wyrazu?
B.: "Jak mawiał Ryszard Ochocki: 'Wszystko ma swoje plusy i minusy, pamiętajcie aby te plusy nie przysłoniły wam minusów'. Odnajduję się dobrze w obu rolach, chociaż z początku nie chciałem śpiewać jakoś tak na poważnie, zawsze robiłem to po pijaku w knajpach i na tym moje ambicje się kończyły. Zresztą, wstydziłem się, bo wymaga to większej odwagi, na gitarze zagrasz, pomachasz włosami, gdzieś tam się z boku schowasz jak coś. Wokalista ma zawsze bardziej przejebane. Gówno słyszy, nie może dać się głośniej, wtedy zaczyna się wydzierać, między kawałkami musisz coś ludziom powiedzieć, wypić przed występem też nie można, przynajmniej ja odpuszczam, bo by mi żyłka pękła na czole z ciśnienia [śmiech]. Zresztą, nadal uważam, że śpiewać nie potrafię i dziwię się, ze ktoś chce tego słuchać, wola boska.?

MS.: Skoro już jesteśmy przy tej kwestii - co tak właściwie doprowadziło do wstrzymania działalności UNDERDARK? Są jakieś szanse na wskrzeszenie tej fenomenalnej przecież formacji?
B.: "Fenomenalnej [śmiech]. No to teraz dosoliłeś. Sprawa się rypła w najgorszym lub w najlepszym momencie zależy od punktu widzenia, bo stało się to wtedy, gdy wszystko zaczęło nam się pięknie układać i było z górki. Fajna płyta i spory odzew, dobre recki, fajne i częste koncerty. No i tak pojechaliśmy na 2-tygodniową trasę po Ukrainie. Wtedy wszystkie kwasy zespołowe zaczęły się nasilać, spotęgowało to rzecz jasna nasze bezustanne upojenie tanimi wódkami oraz masa kłopotów na trasie, a to z zepsutym autem, a to z jakimś innym mankamentem, w każdym razie codziennie było 'coś', co dawało pretekst do durnego gadania i obrażania się. Jakoś to przeżyliśmy, wróciliśmy i daliśmy sobie miesiąc na wstrzymanie, a po tym miesiącu już nic nie było jak dawniej. Chłopaki się na siebie poobrażały, zaczęły się gadki o tym kto ma tutaj najwięcej do gadania i takie tam. Przez kolejne pół roku próbowałem jakoś ze sobą pogodzić zwaśnione strony, udało się jeszcze zagrać kilka fajnych sztuk w kraju, jednak duma i zawziętość dwóch kolegów była nieugięta. Pierwszy zdezerterował Dyvan. Stwierdziliśmy, ze może znajdziemy kogoś na jego miejsce, ale było to wmawianie sobie a wręcz mi kitu przez kolegę Adama vel Drittza (nigdy nie mogłem zapamiętać jak się to pisze), który zresztą stwierdził, że większą karierę zrobi w CRYPTIC TALES i trochę się przeliczył [śmiech]. W każdym razie chłopaki porozjeżdżały się po świecie, nawet się nie widujemy. Osobiście uważam, że mieliśmy tam jakąś małą szansę, którą można było wykorzystać i trzeba było to cisnąć za wszelka cenę, ale co zrobić. Z tego wszystkiego jak zostałem bez etatu grałem dla odreagowania na basie przez prawie rok w zespole reggae [śmiech]. Chodzi mi cały czas po głowie nagranie jeszcze czegoś pod szyldem 'U'. Ale z kim, kiedy i po co? Może kiedyś."

MS.: Oldschoolowe granie oparte na klasycznych, hard rockowych wzorcach jest dziś szalenie popularne. Gatunek nigdy oczywiście nie odszedł w niebyt, choć ilość młodych kapel sięgających po tę stylistykę zdecydowanie dystansuje mnie od wspomnianego czarnego scenariusza. Co myślisz o tym zjawisku? Czujesz się częścią współczesnego, tzw. retro nurtu?
B.: "Nie, nie czuję się gdyż słucham takiej muzy od kiedy pamiętam. Była obecna u mnie w domu od zawsze i zawsze mi to grało w głowie. Sprawy mocniejsze typu thrash, death (black nie, bo tego zawsze nie mogłem znieść) przyszły później i także są dla mnie istotne, ale takie granie jakie uprawiamy w 'Snejku' jest dla mnie najodpowiedniejszą formą realizowania się. Zgniłe, ciężkie riffy przesiąknięte starym 'Sabbathem', klawisz hammonda w 'purplowym' stajlu, to to, co mnie najbardziej kreci. Wiem, że jest teraz modny powrót nawet glam rockowców i widać tych wszystkich pajaców z kolorowymi chusteczkami do smarkania przy spodniach czy butami a la skóra z geparda. Pytanie tylko czy ci ludzie naprawdę to czują, czy to kolejna chwilowa moda na coś, co było kiedyś, a z czego wszystkie kapele, które to zapoczątkowały po prostu dziś się śmieją. Moje zdanie jest takie, że jeżeli słuchasz takiej muzy całe życie, to jednak chcesz też taką grać. Hard rock nigdy nie poszedł w odstawkę, jest na tyle uniwersalny, że można go grać w każdych czasach."

MS.: BLACKSNAKE przędzie wedle sprawdzonych, stylistycznych prawideł, nie pozbawiając jednak swojej muzyki ciekawszych smaczków. Dziecięce skandowanie w otwierającym "Lucifer's Bride" utworze tytułowym nawiązuje do konwencji kina grozy w całkiem podobny sposób co teksty napisane na potrzeby utworów "Red Death" czy "Warning". Sugerowaliście się trochę pokrewnymi w tym kontekście rozwiązaniami spod szyldu choćby ALICE COOPER czy LORDI? Horror z rock'n'rollem chadza wszakże pod rękę nie od dziś...
B.: "I tak, i nie. Coopera bardzo lubię właśnie za te stare krążki, zresztą to Alice zapoczątkował show na scenie, który później wielu kopiowało, jedni lepiej, a inni gorzej. Kolejnym mistrzem ceremonii jest KING DIAMOND, a błaznem z kolei MARYLIN MANSON, którego szczerze nienawidzę, ale to już poza pytaniem. LORDI nigdy nawet nie przesłuchałem żadnego kawałka, ale tu się oczywiście zgadam: rock?n?roll + horror to patent od dawna sprawdzony i oklepany, nie jesteśmy tutaj w żaden sposób odkrywczy. Nawet nie staramy się być. "Warning" i "Red Death" to jedne z pierwszych wałków, jakie robiliśmy razem, a skoro byłem kompletnie niedoświadczony jako nowy niby-wokalista, to i tekstów za bardzo nie wiedziałem o czym pisać. Nie wiesz o czym pisać, to pisz o jakimś filmie, wierszu, książce czy czymkolwiek co ktoś już zrobił, pomyślałem. W każdym razie jak już się czepiamy tekstów, to najbardziej zadowolony jestem z efektu w "Lucifer?s Bride" i "Pandemonium", gdyż mają deczko niedomówień i diabelskiej podszewki , można je interpretować na wiele sposobów w zależności od wyobraźni słuchacza."

MS.: W naprawdę udanym "Broken Heart Blues" swoim wokalem wspomaga Cię Gabriela Domanasiewicz. Nic nie stało na przeszkodzie by wspomniany kawałek zmieścił jeszcze saksofonowe solo Iwony Wątróbskiej i klawiszowe partie Maćka Gawlika, który, nie licząc całej palety innych zasług wyczarował też przepysznie mroczny klimat w wyśmienitym i chyba najlepszym jak dla mnie na krążku "Legacy of Rock". Nie mogło się rzecz jasna obyć bez gościnnych solówek gitarowych, którymi "Lucifer's Bride" wzbogacili choćby Piotr Winiarski czy wspomniany Maciej Gawlik. To możliwość zaproszenia takich, a nie innych gości w mury studyjne przemyskiego Hell Hole podpowiedziała Wam takie rozwiązania, czy od początku 'słyszeliście' wspomniane instrumenty i partie w utworach, o których napisałem? Jak konkretnie wywiązała się współpraca między Wami a wszystkimi tymi ludźmi?
B.: "Zaczęło się od tego że bardzo chciałem wsadzić klawisze do chociażby jednego kawałka. Aby nabrał trochę takiego klimatu a la DEEP PURPLE / URIAH HEEP. Jedyną odpowiednią wg mnie osobą z takim feelingiem i mentalnością Lorda w palcach jest wspomniany mr. Gawlik, którego zresztą powinieneś znać z rodzimej formacji SACRIFER, czy chociażby z gościnnego solo na "In the Name of Chaos" prędzej wspomnianego zespołu na 'U'. Zaprosiliśmy Maćka na próbę i zabraliśmy się za "Pandemonium". Efekt był dla nas tak świeży i mocny, że postanowiliśmy dać mu ścieżki demo do reszty kawałków i tak zaczęły rodzić się kolejne wstawki i solówki. Gość się na tyle rozpędził, że dograł tego masę. Zresztą, masz wkładkę do albumu, to widzisz ile opis zajmuje miejsca [śmiech]. Można powiedzieć, że jest piątym członkiem składu na tym albumie. W ten sposób utwory z surowego grania coraz bardziej nabierały kształtów, a zarazem pojawiały się nowe pomysły, a weźmy na solo jeszcze Młodego, dograjmy harmonijkę w 'bluesie' będzie bardziej po hamerykańsku i takie tam. Część z tych zabiegów była zaplanowana, a część wyszła samoistnie. Co do "Broken Heart Blues", to od początku miał to być szlagier do potupania nogą i zaplanowany na dwa wokale. Tekścik jest oczywiście bardzo prosty, jak i sam szlagier. Kobita kłóci się z facetem, o i cała filozofia. Z zaproszeniem gości nie mieliśmy problemów, gdyż wszyscy są tubylcami, w dodatku robiliśmy to bardzo na spokojnie i na raty, bez presji, że nie zmieścimy się w czasie przeznaczonym na nagrania. Za nagrania, mix i mastering odpowiedzialny jest Ziemowit Gawlik (perkusja ROTENGEIST). Nie wiem czy ktoś inny miałby tyle cierpliwości do nagrywania nas, w szczególności wokali [śmiech]."

MS.: Po co Wam aż tyle udziałów gościnnych na płycie? Kawałki z "Lucifer's Bride" obroniłyby się przecież same? A może chodziło tu po prostu o zwykłe (lub niezwykłe) muzykowanie z przyjaciółmi?
B.: "Owszem, obroniłyby się, ale teraz bronią się lepiej. Ja zawsze byłem zwolennikiem takiego eksperymentowania, oczywiście bez przesady. Jak za dużo gości się pojawi na albumie, to też wygląda to idiotycznie, bo nie wiesz czy słuchasz płyty kapeli, czy jakiegoś zbiorowiska przypadkowo zebranych ludzi. W każdym razie myślę, że nie przegięliśmy tutaj pały i że jest zachowana odpowiednia proporcja. Na następny krążek Ciebie zaprosimy [śmiech]."

MS.: BLACKSNAKE przezwyciężył na swej drodze milion przeciwności losu. Jak myślisz - co musiałoby się stać, by grupa zakończyła działalność? Czujecie się silni jako zespół stawiający czoła problemom?
B.: "Tak, w tej chwili czujemy się dość silnie i pewnie. Mamy dobry skład, gramy regularnie próby i mamy już nowe wałki, więc nie odpoczywamy sobie po nagraniu 'Luci'. Szykujemy się do jakiejś małej traski. Co musiałoby się stać by grupa zakończyła działalność? Dobre pytanie. Nie mam pojęcia co na nie odpowiedzieć. Może porwanie przez UFO, albo zmiana płci pokrzyżowałaby nam szyki [śmiech]."

MS.: Dzięki wielkie! Do następnego!

autor: Kępol (styczeń 2014)



<<<---powrót