Wywiady

Eric Wagner zdaje się właśnie przeżywać drugą młodość. Były wokalista TROUBLE powołał do życia nowy zespół o nazwie BLACKFINGER, który z projektem solowym nie ma jego zdaniem zupełnie nic wspólnego. Było już trochę tych BLACK’ów i gdy pierwszy raz w życiu zerknąłem na nazwę tej grupy pomyślałem sobie ‘wszystko jasne’ [śmiech]. Na pytanie o to z jakim skutkiem gra ów ansambl uzyskałem jednak odpowiedź ze wszech miar pozytywną. Pewnie ktoś gdzieś napisze, czy też powie, że kilka kuponów od niegdysiejszej pozycji Wagner chce pod tym szyldem oderwać. Inni zwrócą być może uwagę na modny - co by nie powiedzieć - ostatnio kierunek, jaki artysta obrał, bo w klasycznym, hard rockowym duchu zdaje się dziś grać coraz więcej kapel. Jeśli tak, to mam to gdzieś, bo gdy jakakolwiek muzyka brzmi przekonująco nie ma sensu według mnie dochodzić, czy na starej gitarze po tacie riffy były rzeźbione i czy w chwili pisania numerów takie a takie krążki nie kręciły się czasem u kogoś pod igłą. Póki co nie wyściubiają nosa poza kontury północno-amerykańskiego kontynentu, ale gdy tak się stanie podejrzewam, że na ich koncert warto będzie się przejść.

Mroczna Strefa [Kępol]: Cześć Eric! Tu Kępol z Mrocznej Strefy. Jak się miewasz i co nowego pod Twoim nowym szyldem z logotypem BLACKFINGER?
BLACKFINGER [Eric Wagner]: „Mam się świetnie. Jestem obecnie dość zajęty. Tak to jest grać w dwóch zespołach na raz, lecz cieszę się każdą minutą powyższego.”

MS.: Promujecie swój debiutancki album na jakichś koncertach? Wiem, że zagraliście kilka sztuk w Waszym rodzimym Chicago i że pojawiliście się dwukrotnie na Days of the Doom w Milwaukee. Ciepło Was przyjęli? Planujecie jakąś większą trasę koncertową, podczas której zaprezentowalibyście reszcie świata materiał z debiutanckiego, tytułowego „Blackfinger”?
B.: „Sztuki, które zagraliśmy dotychczas były świetne. Szykujemy się już do czwartej edycji Days of the Doom, a oprócz tego mamy jeszcze w planach inne występy tu, w Stanach Zjednoczonych. Właśnie pracujemy nad potwierdzeniem jakichś listopadowych koncertów w Europie.”

MS.: Czemu zatytułowaliście swój debiutancki album właśnie „Blackfinger”? Jest to eponimiczny album czy krążek bez tytułu, bo w zasadzie było już takowych wiele w historii rocka?
B.: „Jest to tytułowa płyta. Od samego początku miała nosić taki właśnie tytuł. Nie mam pojęcia dlaczego. Takie rozwiązanie wydało mi się po prostu odpowiednie.”

MS.: Na potrzeby uformowania BLACKFINGER zwyczajnie zwołałeś paczkę okolicznych kumpli. Są to Twoi bliscy przyjaciele czy mieszkający lokalnie muzycy podzielający Twoje podejście do grania? Przedstawiłeś światu BLACKFINGER jako zespół, nie zaś projekt. Jesteś więc liderem, osobą decyzyjną w grupie?
B.: „Wszyscy są moimi przyjaciółmi z rodzinnego Chicago. Wszyscy oni udzielają się w zespołach, jakie supportowały TROUBLE w knajpie, w której graliśmy od lat. Chciałem by był to zespół, nie projekt Erica Wagnera. Żaden z tych kolesiów nie nagrał nigdy żadnej prawdziwej płyty i ktoś musiał podjąć tu pewne decyzje. Padło na mnie.”

MS.: Kto komponuje utwory BLACKFINGER? Robicie to zespołowo czy jest to raczej projekt, w którym możesz realizować swoją prywatną wizję heavymetalowej muzyki?
B.: „W zasadzie jedno i drugie. Wiele tekstów czy tematów melodycznych miałem już gotowych. Oni pomogli mi przekuć to na heavymetalowy album z prawdziwego zdarzenia. Każdy miał więc swój wkład.”

MS.: BLACKFINGER prezentuje mocno hardrockowe, więc nieco inne podejście do grania niż TROUBLE na swoich klasycznych i niewątpliwie tradycyjnie doomowych wydawnictwach jak „Psalm 9” czy „The Skull”. Preferujesz obecnie taką odmianę ciężkiego grania, czy zwyczajnie potrzebowałeś tym razem lekkiego, stylistycznego skoku w bok?
B.: „Nie mam pojęcia, tym razem tak po prostu wyszło. Wiem, że ludzie lubią porównywać BLACKFINGER do TROUBLE, lecz większość materiału komponował tam Bruce [Franklin - gitara - przyp. autora], więc po prostu musiało tak wyjść, bez względu na jakiekolwiek podobieństwa z mojej strony.”

MS.: W utworach takich jak Yellowwood”, „Till Death Do Us Part” czy „Why God” dostaliśmy co nieco typowo doomowych riffów, więc Twoi starzy fani mogli liczyć na szczyptę klimatu TROUBLE sięgając po „Blackfinger”. Myślę jednak, że udało Ci się wykreować na tej płycie doomowy nastrój w niedosłownym wydaniu. „I Am Jon” czy „As Long As I’m With You” mogę przykładowo polecić wszystkim fanom GUNS N’ ROSES, „For One More Day” - PINK FLOYD, choć jest w tych utworach mocno nostalgiczna, ponura atmosfera. Nawet hard/stoner rockowe numery takie jak „Here Comes the Rain” czy “All Leaves Are Brown”, jakkolwiek szybsze od wspomnianych, również oddają tego typu klimat. Czegokolwiek nie pisałbym o tym krążku jedno wiem na pewno: BLACKFINGER reprezentuje niecodzienne, wyrafinowane podejście do grania rocka. Szukaliście nietuzinkowych rozwiązań? Chcieliście zaskoczyć słuchacza co nieco?
B.: „Dziękuję. Nigdy nie piszę utworów w jakiś ściśle określony sposób. Wszystko zależy od tego jak czuję się w danej chwili. Wszystkim, czego każdorazowo chcę jest nagranie wspaniałej płyty.”

MS.: Czemu tak właściwie odszedłeś z TROUBLE? Pozostajesz w kontakcie ze starymi kumplami z tej kapeli?
B.: „Po prostu nadszedł czas bym ruszył dalej. Chciałem zrobić coś nowego i innego, wiesz, pójść dalej i pozwolić sobie na rozwój.”

MS.: Pierwszy album TROUBLE ukazał się nakładem Metal Blade Records w roku 1984. Były to początki zarówno zespołu, jak i wytwórni. Czułeś wówczas, że Metal Blade może przeistoczyć się w majorsa o globalnym znaczeniu i takiej też sile rażenia? Co powiesz o współpracy z The Church Within Records?
B.: „Wtedy nawet nie zastanawialiśmy się nad czymś takim. Byliśmy bardzo młodzi, a jedyne, co się dla nas liczyło, to nagrać płytę, czyli zrobić coś, o czym marzyliśmy od dziecka. Tym razem było tak samo, a The Church Within Records umożliwili nam to.”

MS.: Dark Star Records wydał Wam singiel. Był to “All the Leaves Are Brown” i zadeklarowali się również trzymać pieczę nad cyfrowymi edycjami Waszych płyt. Twoja przygoda z muzyką nie zaczęła się w erze ipodów, smartfonów i wirtualnych nośników. Co osobiście myślisz o całym tym gównie? Starałeś się zaadaptować to zmieniających się warunków, czy tęsknisz może za czasami, w których rynek fonograficzny miał jakikolwiek sens?
B.: „Jeśli chcesz przetrwać, musisz dopasować się do zmian. Tak to już jest i nic na to niestety nie poradzę. Nic nie przebije jednak odwiedzin w sklepie płytowym w drodze do domu, gdzie odfoliowuję nowo zakupione cacko, oglądam okładkę i wszystko, co jest w środku. Bardzo fajnie, że winyl znów wrócił do łask.”

MS.: Gdzie i z kim nagrywałeś „Blackfinger”? Kto podjął się miksu i masteringu? Wolisz nagrywać w studio czy grać na żywo?
B.: „Oni również byli ziomkami z rodzinnego miasta. Staram się by wszystko zostało w rodzinie. Najlepsze w byciu w kapeli jest tworzenie i nagrywanie nowych płyt jest jedną z tych rzeczy, które przyprawiają mnie o haj. Tu nie chodzi o to, co robię, a raczej o to, kim jestem.”

MS.: Istnieje dość uzasadniona opinia, że cały muzyczny biznes przeniósł się dziś do koncertowych klubów. Niektórzy nawet twierdzą, że nagranie płyty to pretekst by pojechać w trasę i zarobić na niej trochę szmalcu. Jak byś się do tego odniósł? Akceptujesz taką strategię, czy raczej starasz się podtrzymać szczere podejście do pisania muzyki?
B.: „Nie przywiązuję żadnej uwagi do tego, co robią inni. Ja robię to, co robię, bo to kocham.”

MS.: Który zespół wskazałbyś jako najistotniejszy dla Ciebie i czemu akurat BLACK SABBATH [śmiech]?
B.: „Tak właściwie byłby to THE BEATLES. Od chwili gdy usłyszałem ich w wieku siedmiu lat, muzyka stała się częścią mojego życia. Byli ze mną zawsze wtedy, gdy nie było innych.”

autor: Kępol (maj 2014)



<<<---powrót