Wywiady

Rozległego wstępu w tym miejscu nie będzie. Po cóż komu moja pisanina, kiedy muzyk funduje takie odpowiedzi jak te, które poniżej padły z ust Mitcha Harrisa? Myślę, że mogę okrzyknąć go najbardziej zakręconym interlokutorem, z jakim kiedykolwiek miałem przyjemność. Pozytywnie zakręconym, ma się oczywiście rozumieć…

Mroczna Strefa [Kępol]: Witaj Mitch! Kępol z Mrocznej Strefy kłania się nisko. Po pierwsze, chciałbym zapytać Cię o atmosferę i ogólną chemię panującą w MENACE - wyjątkowym projekcie, jaki powołałeś ostatnio do życia. Jak czujecie się tworząc i grając razem? Łączą Was przyjacielskie stosunki, czy chodzi wyłącznie o muzykowanie?
MENACE [Mitch Harris]: „Dzięki Kępol! Cała przyjemność po mojej stronie! Przyjaźń jest zawsze najważniejsza. Prawdziwe więzy zawsze wykraczają poza talent i wspólne muzykowanie. To, że ludzie zaangażowani w MENACE są akurat muzykami światowej klasy jest wielkim bonusem, spadło więc na mnie wielkie błogosławieństwo. Chemia, którą poczułem gdy pierwszy raz w życiu jammowałem z Derekiem Roddym [perkusja - przyp. autora] w 1991 roku zrobiła na mnie długotrwałe wrażenie. Praca z Nickiem [Nicola Manzan - skrzypce, wiolonczela, altówka - przyp. autora], Freddym [Frederic Leclercq - bas - przyp. autora], Shanem [Shane Embury - bas - przyp. autora] i zwłaszcza Russem Russellem była prawdziwym doświadczeniem. Umocniliśmy fundamenty uprzednio spontanicznej współpracy.”

MS.: Obecność Erebusa w składzie nie wygląda raczej zaskakująco, gdyż Shane Embury (które to nazwisko kryje się pod rzeczoną ksywką) grywa z tobą również pod innymi szyldami, nie wyłączając legendarnego NAPALM DEATH. Jego kreatywność i aktywność + prosty fakt, że szukałeś muzyków na potrzeby projektu musiały dać dokładnie taki rezultat. Czemu potrzebowałeś jednak drugiego basisty? Miałem już do czynienia z genialnymi kapelami z podwójnym basem (SEARCHING FOR CALM), lub też takimi, w których bas jest jedynym instrumentem strunowym (TALBOT), więc zdaję sobie sprawę, że takie eksperymenty mogą niekiedy wnieść do muzyki wiele dobrego, lecz jak dokładnie było w przypadku MENACE? Znaliście się wcześniej z Serpentem, lub jak kto woli Fredericiem Leclercqiem (DRAGONFORCE)?
M.: „Freddie to mój bliski przyjaciel, a biorąc pod uwagę co poniektóre utwory miał progresywne podejście do sprawy. Byłem również ciekaw tego, co może on muzycznie dorzucić. Pozostaje w silnym kontakcie z duszą i emocjami, więc wiedziałem, że znajdzie dla całego procesu właściwe oparcie. Shane to mój brat, a utworami był zainteresowany już wówczas gdy zaczęły się pojawiać w roku 1997. Po „Utilitarian” doświadczyłem paradoksu zbyt wielu utworów, z których musiałem wybierać. Nie wiedziałem w jakim kierunku podążyć, nie widziałem zależności między poszczególnymi rzeczami, nie wiedziałem jak miałyby się one uzupełniać. Shane był przy mnie przez cały czas wspierając mnie i nadając sens całemu temu gigantycznemu rozgardiaszowi moich pomysłów. Russ Russell był natomiast osobą kluczową w kwestii ich realizacji. Naszej trójce pracowało się wręcz wyśmienicie. Powiedziałem więc Shane’owi by wybrał sobie cztery numery, z którymi dobrze się czuje i może nagrywać. Ciężko było mu wybrać, jako że nie słyszał jeszcze wszystkich moich wokali. Shane zasugerował nawet ściągnięcie Freddy’ego. Cóż za zbieg okoliczności. W sumie lubię pracować z przyjaciółmi, a obecność Freddiego była zawsze jakimś dodatkiem. Nie był kolejnym odgałęzieniem składu NAPALM DEATH, co zapewniło nam zastrzyk nowych umiejętności i wpływów. Obaj spisali się świetnie, oferując pewność w ramach obranego kierunku, doradztwo i wsparcie gdy tylko było potrzebne.”

MS.: Kolejnym muzykiem, który zdaje się wnosić do zespołu nawet więcej innowacji jest grający na skrzypcach, wiolonczeli i altówce Nicola Manzan (figurujący jako Radix). MENACE wykonuje naprawdę progresywną i odważną muzykę, jest więc dla mnie oczywiste, że takie rozwiązania mogą - i nawet powinny - się pojawić. Nicola to chyba jednak muzyk z zupełnie innego środowiska niż Twoje. Jak trafiliście na siebie? Szukałeś kogoś potrafiącego grać akurat na takich instrumentach by zaspokoić aranżacyjne potrzeby „Impact Velocity” czy to raczej jego dostępność stworzyła możliwość ich wykorzystania?
M.: „Ja się właśnie cieszę, że Nick to muzyk z zupełnie innej bajki. Jest utalentowany, wizjonerski i pełen pasji gdy tylko bierze się za coś z entuzjazmem. Zainwestował w projekt tyle czasu, wsparcia i zapału. Moja ograniczona wiedza w zakresie teorii muzycznej była tu srogą przeszkodą [śmiech], ale on zawsze pisze utwory wewnątrz utworów. Jest fantastyczny w samodzielnej pracy i powinieneś usłyszeć te kawałki w smyczkowo-wokalnych wersjach. To rzeczy z zupełnie innego świata, na których zawsze mi zależało, ale których nigdy się nie spodziewałem. Ilekroć piszę jakąś muzykę zawsze słyszę w niej partie, jakie zyskałyby zapewne gdyby dodać do nich smyki, rogi, chór, elektronikę sub bas czy noise. Tego typu rozwiązania mają swoje specjalne miejsce i własną dynamikę. Partie gitar są tak wyraziste, że ich częstotliwości oddziałują z lwią częścią uzupełniającej je atmosfery. Zmieścić to wszystko w miksie - oto jest wyzwanie! Russ miał więc niezłe puzzle do ułożenia decydując jak najlepiej uwypuklić kluczowe elementy, zwłaszcza w odniesieniu do partii wokalnych. Było to duże wyzwanie i świetna lekcja dla mnie. Nauczyłem się nowych rzeczy i nie omieszkam zrobić z tego użytku podczas realizacji kolejnego zestawu utworów. Wszystko to, jak również to, co z pewnością się wydarzy napawa mnie niemałą ekscytacją, gdyż wcześniej używałem wyłącznie gitary jako medium moich wynurzających się pomysłów.”

MS.: Połączenie instrumentów Radixa z konwencją metalu industrialnego - gdyż taką szufladką również można się tu posłużyć - jest całkiem nietuzinkowym zabiegiem. Słuchając MENACE pomyślałem poza tym o tysiącu różnych kapel - od VOIVOD, przez PAIN, MASTODON, NEVERMORE, KILLING JOKE, aż po nazwy z klasyki rocka gotyckiego takie jak THE SISTERS OF MERCY czy FIELDS OF THE NEPHILIM. W ujęciu holistycznym „Impact Velocity” brzmi jednak niezwykle oryginalnie. Na czym opierały się Twoje aranżacyjne pomysły?
M.: „Myślę, że odwiedziłem dzieciństwo, jakie upłynęło mi w towarzystwie wspaniałych nagrań, słuchanych przeze mnie odkąd skończyłem sześć lat. Na pierwszy ogień poszła dyskografia THE BEATLES. Zwykły rozwój ich stylu gry zawojował świat. Winyl „The Wall” PNIK FLOYD był moim pierwszym płytowym zakupem gdy miałem siedem lat. THE DOORS, KISS, LED ZEPPELIN otwierały drzwi mojej percepcji na zupełnie innych jej poziomach. Później muzyka stała się bardziej ryzykowna i ekstremalna. Bazowała ona na tym, co zachodnia kultura wyniosła na światowy poziom i na stymulujących myślenie osiągnięciach, jakie zmieniały życie. Wypłynęły one na fali licznych przemian, jakie miały miejsce właśnie w tamtej epoce. Ta filozofia niewątpliwie znalazła tu zastosowanie, podobnie jak wpływy muzyki ekstremalnej, jakimi nasiąkłem później. W roku 1990 moje gusta muzyczne zaczęły się mocno różnicować i zawsze chodziło mi o to, by łączyć je ze sobą. Słuchałem dużo radia, w którym wówczas usłyszeć można było naprawdę poruszające utwory. Do tego, co komponuję wrzucam wszelkie te szczere elementy, dla mnie to ważne. Śpiewać nauczyłem się w samochodzie, w odosobnieniu, z dala od kpin [śmiech]. Gdy śpiewam swoje ulubione utwory, otwiera się we mnie jakiś duchowy poziom, ciepła poświata, odkrywam inną energię i na czymś innym się skupiam. To wyjątkowe uczucie, wyzwalające zapewne hormony o działaniu stymulującej do wokalnej jego ekspresji. Najistotniejsza jest w tym wszystkim historia i odpowiednia kombinacja pomysłów. To czyni album mniej przewidywalnym i stymuluje pod nieco innym kątem łącząc ze sobą różne nurty świadomości.”

MS.: Wszyscy kojarzą Twoje nazwisko głównie z NAPALM DEATH - jedną z garstki kapel rządzących nieprzerwanie sceną ekstremalną po trzydziestu latach od chwili powstania. Myślę jednak, że MEATHOOK SEED jest ważniejszą nazwą w kontekście stylistyki MENACE. Na „Impact Velocity” trafił materiał bardziej rockowy i progresywny, podczas gdy albumy MEATHOOK SEED nasiąknięte były grindem, choć według mnie oba szyldy wspólnego ze sobą mają naprawdę wiele. Zdaje się, że MEATHOOK SEED to dla Ciebie i Shane’a zupełnie zamknięty rozdział. Wrzuciliście jednak do szuflady jakieś partie czy pomysły na aranżacje, jakie pierwotnie miały znaleźć ujście pod wspomnianym szyldem, a ostatecznie odegrały rolę punktu zaczepienia gdy zaczynaliście pracować nad debiutem MENACE? Można powiedzieć, że MENACE to trochę takie współczesne wcielenie MEATHOOK SEED?
M.: „[Gromki śmiech] I tak i nie. „Embedded” MEATHOOK SEED to materiał, jaki napisałem specjalnie na tamtą okazję, to samo tyczy się też MENACE. W roku 1992 moje umiejętności w zakresie gry na gitarze były ograniczone i skupiałem się wówczas na jednej wizji. Była to bardziej pierwotna, aczkolwiek nie mniej ważna dla mnie rzecz. Wtedy było to dla mnie coś przełomowego. Czas jednak mijał i nie zanosiło się raczej na wyjazd w trasę, więc straciłem wiarę w to, co ewentualnie mogłoby się z tym projektem stać. Zagraliśmy parę sztuk i zespół zniknął. Wkrótce później urodziła się moja pierwsza córka, Sequoia. To odmieniło moje życie. Moje spojrzenie na świat uległo zmianie i chciałem wprowadzić, inspirowany płytą „Homogenic” BJORK, feeling epickiej natury. Moje gitarowe umiejętności znów okazały się ograniczone do stylistyki heavymetalowej, nie miałem też wiedzy na temat akordów i harmonii. Próbowałem stworzyć drugi album MEATHOOK SEED, ale numery lądowały w koszu. Zawsze gdy piszę jakąś muzykę widzę kadry z mojego życia. Niektóre rzeczy po prostu nie pasują, nie przemawiają do ludzi i nie mają dla nich sensu i gdy tworząc pod jedną nazwą nagle zupełnie zmieniasz kierunek, w uszach fanów po prostu nie będzie to działać. Teraz różnica jest taka, że robię większe odstępy czasowe między moimi solowymi krążkami i jak większość ludzi doskonalę swoje zdolności. Rozwój i postęp przynoszący satysfakcję w zakresie amalgamacji moich aktualnie ulubionych wpływów. Później dodajemy elementy zaskoczenia. Jak to zwykle bywa w przypadku muzycznych szyldów, słuchacze nie szczędzą oczekiwań. Cały czas jeżdżę w trasy, w międzyczasie piszę muzykę i nie wyobrażam sobie bym ciągle robił jedno i to samo. Nie jestem monotematyczny jeśli chodzi o muzykę. Realizacja niektórych pomysłów zabiera zdecydowanie więcej czasu niż innych, co hamuje oczywiście potencjalną kreatywność. Żyją one w ukryciu i gdy już wreszcie się ujawniają lepiej by zostały przedstawione światu w barwach nowego przedsięwzięcia. Tym razem chcę się upewnić, że przerwy między albumami nie będą zbyt długie i że dotrzymam kroku rzeczywistemu postępowi prac nad nimi. MENACE zainspirował aktywność artystyczną na innych polach, takich jak wideoklipy, fotografia, poezja, połączył psychologiczne aspekty moich głównych zainteresowań i pomaga mi podejść bardziej racjonalnie do własnego człowieczeństwa.”

MS: Powiedziałeś kiedyś, że MENACE jest ‘rezultatem pracy Twojego życia’. Mogę więc napisać, że jest to najważniejszy dla Ciebie projekt? Jak długo rzeźbiłeś przy „Impact Velocity”?
M.: „Wszystko zaczęło się w 1997 roku, gdy napisałem takie numery jak „Everything And Nothing”, „I Won’t See the Sun” czy „Malicious Code”. Od 2000 roku powstały „To the Marrow” czy „Seamless Integration”. Reszta powstała w tym samym czasie, co „Utilitarian”. Eksperymentując w studio przez wiele lat, nagrywając w domu i pracując z muzykami innego rodzaju, nauczyłem się co nieco. Zastosowanie znalazło tu wszystko: od kulturoznawczych podróży, jakie odbywałem, po wpływy muzyki popowej. Epickie melodie i akordy w tonacji mollowej to zazwyczaj moje ulubione rozwiązania, choć czasem lubię też odrobinkę szybkiego, hard rockowego czadu. Zmienność klimatu w utworach jest rzeczą dobrą, pod warunkiem, że są one właściwie skonstruowane. Struktura musi być dla mnie rzeczą integralną, a budowanie jej na bazie pomysłów jest tak efektywne jak tylko może być. Gdy wkładasz w coś każdą cząstkę samego siebie, staje się to Twoim dzieckiem, nowym narzędziem nauki, przekaźnikiem, wehikułem dla każdego konceptu łączącego różne rzeczy razem w celu zaprezentowania najbardziej spójnego, uniwersalnego pomostu między doświadczeniem a słuchaczem. Staje się to Twoim życiem i nagle rzeczywistość sprzedaje Ci kopa w ryj, a wtedy nawet muzyka wydaje się mało istotna. Wiadomo, że koi ona duszę, jest przedłużeniem percepcji wyższej i łączy ludzi dzięki nauce, odpowiednim częstotliwościom czy też genom. To tkwi w naszej naturze i mam taki plan by znaleźć źródło i eksplorować je aż się wyczerpie.”

MS.: „Impact Velocity” to Twoje indywidualne dzieło w kontekście tekstów oraz aranżacji? Reszta składu to wyłącznie wykonawcy czekający na Twoje instrukcje, czy mają oni widoczny wpływ na kształt muzyki zespołu?
M.: „Ogólnie rzecz biorąc wszystko skomponowałem i zaaranżowałem sam. Ciągle dzieliłem pomysły z innymi, słuchałem sugestii i budowałem pewność siebie na bazie czyichś interpretacji. Każdy członek MENACE dodał natomiast coś od siebie w miejscach, które im pozostawiłem i w których mogli wesprzeć mnie na poziomie twórczym. Cały czas świadom byłem konieczności zachowania dyscypliny i zapobiegania przekombinowaniu. Niektóre utwory były takie stare, byliśmy przywiązani do tych nut i rytmów, myślę jednak, że zrobiliśmy wszystko co trzeba. Zawsze jest więcej niż jeden sposób na zrobienie czegoś i zanim podjąłem ostateczną decyzję odnośnie danych partii starałem się wypróbować wszelkie opcje. Ważne było dla mnie by zostawić miejsce dla każdego, gdyż nie chcę być częścią jednoosobowego zespołu. Podstawową rzeczą dotyczącą MENACE jest artystyczna wolność podążania w nie odkryte jeszcze terytoria.”

MS.: Styl grania MENACE określiłeś mianem ‘audio instalacjonizmu’. Jak mamy ów termin rozumieć?
M.: „Chodziłem na wystawy sztuki i bardzo często miałem do czynienia z instalacjami właśnie. Moje reakcje były niekiedy w rodzaju ‘Nazywacie to sztuką? Przecież to komputer przecięty na pół!’ Wtedy brałem do ręki 22-stronicową książeczkę wyjaśniającą mi ‘dlaczego’. Wejrzałem głębiej, pod powierzchnię własnych myśli i racjonalizacji. Takie coś intryguje i jest niemożliwe do zaklasyfikowania. Widzę te utwory jako instalacje audio, gdyż dla mnie jest to wysoce wizualna muzyka, a odbiór tekstów inspiruje wyobraźnie do projekcji obrazów układających się w historie. Moim celem było wywołanie tej samej wizji u innych ludzi i praca z innymi artystami, którzy dokonywaliby również własnych interpretacji tych powiązanych ze sobą historii. MENACE to platforma dla artystów, gdzie mogą oni współpracować na różnych poziomach. Poświęciłem masę dodatkowego czasu na upewnianiu się, że moja wizja została przetranskrybowana właściwie. W bezpośredni czy subtelny sposób, winna ona dawać do myślenia.”

MS.: „Impact Velocity” to według mnie jedna z najlepszych, dotychczas wydanych, płyt bieżącego roku! Podołałeś misji stworzenia na wskroś progresywnej muzyki, choć w opozycji do bardzo wielu progresywnych wykonawców wszelkie, oparte na połamanym rytmie i programmingu, futurystyczne struktury upakowałeś we względnie krótkie utwory, w których dobra, chwytliwa melodia zdaje się być nie mniej istotna niż wizjonerstwo. Z prog metalowymi strukturami pięknie koegzystują heavy metalowe czy wręcz hard rockowe riffy („I Live With Your Ghost”), sympho-ilustracyjne („Drowning In Density”) czy neoklasyczne („I Won’t See the Sun”, „Everything And Nothing”) rozwiązania. Miał to być album oparty na takim dualizmie, czy chodzi tu raczej o przewartościowanie pewnych kierunków we współczesnej, progresywnej muzyce?
M.: „Muzyka jest w moich oczach czymś ponadczasowym, nie podlega więc ona trendom. Widzę jak one przychodzą i odchodzą, lecz dobry utwór, będący znakiem swoich czasów, ożywia wspomnienia i inspiruje przyszłe posunięcia. To niesamowite, że myślisz, iż muzyka MENACE przemawia po tylu latach dojrzewania w ciemni. Im bliżej byłem końcowego etapu prac, tym większą wagę przywiązywałem do wokali. Poezja była niezwykle osobista, choć mam nadzieję, że jednoznacznie wystarczająco nieokreślona by odnieść się do ludzi o podobnych doświadczeniach. Chciałem by melodie były w ścisłej interakcji z riffami, chciałem podkreślić partie perkusji w zupełnie swobodny sposób. Chciałem wolności formalnej by pisać utwory wewnątrz utworów tak, by jedne rzeczy uzupełniały te inne, bez względu na styl czy kierunek. Zamiast dualizmu szukałem raczej wielowymiarowych relacji między partiami. Następstwo pór roku, natura, astrologia, kosmiczne więzi, spajające nas wszystkich. Większość pomysłów pochodzi z wizji oraz uczuć. Zawsze będzie jakiś odnośnik do rocka czy metalu, tak długo jak tylko będę używał przesteru. Istnieją obszary MENACE, które chętnie rozwinę w najbliższej przyszłości mając nadzieję, że uaktywni to nowe pokłady potencjału kapeli. Jeśli chodzi o wspomniane utwory - które powstały już dawno temu - to naprawdę nie interesuje mnie teoretyczny aspekt muzyki. Ja po prostu gram, działam, uczę się na błędach i łączę w tym wszystkim swoje zainteresowania. Być może poczucie własnej, prawdziwej osobowości to jedyna droga by rozwijać indywidualizm. Zmienia się to każdego dnia, w zależności od przeszkód, jakim stawiamy czoła. MENACE byłby bez tego jak planeta bez systemu chłodzenia - eksplodowałby. Musi istnieć jakiś punkt krytyczny, uwalniająca dźwignia i motywacja by ją ciągnąc i popychać, tarcie, puls i ruch. To wszystko masz na płycie - ujęte w jedną, głęboką wizję przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, wszystko w jednym mgnieniu oka, reprezentując epizody i rozdziały życia, którego wszyscy nieuchronnie doświadczamy.”

MS.: Podczas Twoich prac nad „Impact Velocity” chodziło o to, by skondensować najlepsze pomysły w zwięzłych, lecz solidnych utworach? Dwanaście pożeraczy - zero wypełniaczy?
M.: „Wow, naprawdę tak myślisz? Dzięki wielkie! Cóż, nagraliśmy 14 numerów i każdorazowo, gdy pokazywałem je ludziom nie mogłem powstrzymać się od oceny ich reakcji. Jakkolwiek by ona nie wyglądała, były dwa takie utwory, które zawsze puszczałem na samym końcu. Gdy je puszczałem widziałem, że mózgi słuchaczy puchną od nadmiaru danych [śmiech]. Utwory były bezpośrednie, ale z lekka samolubne. Oczywiście chciałem je na płycie, ale Shane i Russ zasugerowali, że wtedy będzie ona za długa, więc lepiej żeby była krótka, silna i słodka. Nie miałem pojęcia które utwory poświęcić lub zachować na jakieś wydawnictwo specjalne. Zaaranżowanie płyty tak, by swobodnie płynęła było jednym z najważniejszych i najtrudniejszych zadań podczas całego procesu. Odwrócenie kolejności utworów sprawiłoby na przykład, że mielibyśmy do czynienia z zupełnie innym albumem, choć tak w zasadzie byłby on ten sam. Hmm… jak działa umysł. Simon Effemy pomógł mi więc przearanżować nieco materiał by zmienić klimat i uwydatnić emocje tam, gdzie tego potrzeba. Była to pewna nowość, która wymagała przemyślenia. Jestem naprawdę zadowolony z tej kolejności utworów. A te dwa numery to coś naprawdę specjalnego. Jeden nosi tytuł „Leverage”, drugi „By Default”. Mogą zostać udostępnione do darmowego ściągnięcia, bądź wydane tuż przed trasą, ale pozostawia to przynajmniej możliwość oczekiwania na kolejny odzew.”

MS.: Teksty są naprawdę genialne! To jest prawdziwa poezja chłopie! Season Of Mist nie dołączają PDF-u z tekstami utworów do każdego promo, jakie nadsyłają, więc w przypadku „Impact Velocity” byłem nieco zmieszany. Kiedy do nich zerknąłem, w lot ukąsiłem jednak intrygę [śmiech]. Sam je piszesz? Istnieje kilka motywów przewodnich dla liryków poszczególnych kawałków. Wszystko zdaje się pławić w estetyce s-f. Koncept album? Inspirowały Cię dokonania innych kapel, jakie zrobiły to przed Tobą, takich jak np. VOIVOD czy COHEED AND CAMBRIA?
M.: „Wow, jestem poruszony Twoim poziomem zrozumienia ich. Poprosiłem Season Of Mist o dołączenie ich, gdyż wokale były w zasadzie tylko sposobem na zwiększenie ładunku emocjonalnego w poezji. Miałem około 200 stron zabazgranych wersami zwrotek i refrenów, głównie dotyczących tych samych tematów, widzianych jednak pod zupełnie innym kontem. Jest w nich element naukowy, kosmologiczny czy humanitarny i dzięki twórczej płynności dają one efekt prawdziwych emocji. Staram się nie myśleć zbyt długo nad tekstami. Niekiedy mam schemat, melodię i lubię symetryczne rzeczy. Spisuję je wszystkie: dobre lub złe, smutne czy też wesołe, dotyczące nauki bądź natury - wszystko ląduje w wielkiej studni pomysłów. Poprawność językowa, zasady czy oczekiwania nie mają tu znaczenia, liczą się prawdziwe myśli oparte na doświadczeniach i zadumie. Cały ich chaos, cały ten powracający paradoks, szuka wtedy ujścia. Wtedy biorę się za moje bazgroły. Aranżuję je w cztero, ośmio-wersowe akapity i wrzucam na zupełnie przypadkowe strony. Przedzieram się przez to wszystko poszukując potencjalnych tytułów i zaznaczając zależności między tymi treściami. Włączam muzykę i zaczynam śpiewać. Kopiuję jedną piosenkę od 5 do 6 razy i śpiewam swoje wiersze aż pojawi się jakiś wzór czy melodia. Niekiedy teksty i schematy inspirowane są istniejącymi już melodiami, jest to jednak bardzo czasochłonny tryb pracy. Przesłuchuję wszystko, notuję swoje ulubione partie i później staram się wypróbować je na raz. Tworzę przejścia tam, gdzie ich potrzeba, dodaję coś albo coś usuwam. Wtedy sczytuję wszystkie teksty i wyłapuję słabe ich momenty, które wymagają o wiele więcej pracy i robię co w mojej mocy by ustabilizować wszystko tak, abym był w 100% usatysfakcjonowany każdym jednym aspektem tych tekstów. Wtedy śpiewam je naprawdę. Czasami zachowuję starą, spontaniczną wersję, gdyż najzwyczajniej w świecie ma ona coś w sobie (chyba, że zmieniam tekst [śmiech]). Wielokrotnie zmieniam teksty na ostatnią chwilę w studio. Zatrzymuję się i konsultuję wszystko z Russem, a on mówi: ‘Nie podoba mi się ta linijka, mogłaby być lepsza, co z tym czy innym słowem?’. Nanoszę zmiany, zmienia się znaczenie danego wersu i cały koncept znacznie się konkretyzuje. Lubię pracować w taki sposób, lecz tym razem mam naprawdę dużo pracy. W przyszłości na pewno zacznę w tym miejscu, gdzie ostatnio skończyłem, szukając świeżych pomysłów. W koncepcie chodzi o to, że wszystko powiązane jest ze wszystkim, spotykając się na widzianym z różnych perspektyw wierzchołku.”

MS.: Najlepszą rzeczą w tych tekstach jest ich uniwersalność. Dotykają one naukowej tematyki. W wielu przewija się, przykładowo, motyw ciemnej materii, choć wszystkie można odnieść do codziennych problemów każdego człowieka. Walka z samotnością, wylizywanie się z emocjonalnych ran, ignorancja czy obojętność otoczenia - każdy z nas może odnieść się do tych zagadnień. Liryczna warstwa „Impact Velocity” nie powstała chyba wyłącznie z myślą o słuchających rocka czy metalu studentach fizyki, co?
M.: „[śmiech] Ależ fizyka dotyczy przecież życia codziennego, to samo powiedzieć można o algebrze, postępie i ewolucji człowieka. Ważne by wziąć jakąś znaczącą kwestię, jak choćby wzloty czy upadki, niekończące się pytania bez odpowiedzi lub doraźne rozwiązania długoterminowych problemów, i odnieść ją do prozy życia. Główny kąt widzenia jest taki, że nikt nie zna rezultatu. Tak wygląda racjonalizacja kroków prowadzących do wyzwolenia się z błędnego koła ciągle powracających schematów. Uczenie się na błędach to wynik eksperymentów. Każdy eksperyment ma swój ostateczny wynik. Łączenie elementów za pomocą ciepła i tarcia wprawia je w ruch. Jak ożywić myśli, wprawić je w ruch i zacząć tam gdzie skończyliśmy z pozytywnym nastawieniem i jasnością obranego kierunku? Według mnie na teksty można natknąć się wszędzie. Wiecznie zapisuję pomysły w swoim notepadzie. Było to kluczowe podczas prac nad płytą. Masa wokalnych linii melodycznych i słów, które wylądowały na płycie, pojawiła się zupełnie spontanicznie. Zawsze warto robić notatki, choćby po to by uniknąć obawy, że o jakimś pikantnym pomyśle się zapomni. To sposób na myślenie z wyprzedzeniem, bez utrwalania tego, co już zostało ustalone. Tak wygląda w moim rozumieniu postęp. Pomysły pojawiają się znikąd i rosną aż do osiągnięcia postaci ostatecznej. Niektóre pomysły prześladują mnie latami póki nie przysiądę fałdów i ich nie odtworzę. Zawsze musisz być otwarty na pomysły, gdyż tak naprawdę przychodzą one do głowy na co dzień. Gdy śpimy, gdy się budzimy umysł jest ciągle aktywny. Telewizyjne show, filmy, przesiadywanie w vanach, pociągach, samolotach, samochodach osobowych samemu, w zatłoczonym pomieszczeniu, w izolacji, w pustce, w miejscach, w których myśli są najgłośniejszą rzeczą, jaką ‘słyszymy’. Mnie najłatwiej skupić uwagę każdego dnia między 10 rano a 6 po południu. O tym właśnie traktuje „I Won’t See the Sun”. O czasie, w którym świat odpoczywa, a częstotliwości są wolne, o niewielkim roztargnieniu. Pracuję w ciszy. Rano puszczam sobie to w samochodzie żeby się obudzić [śmiech]. Potrafię wyłączyć na chwilę wycinek świata gdy tylko coś mnie zainspiruje. Myślę, że jest to w moim przypadku pewna forma zdalnego eskapizmu. Robię to z ekscytującym uczuciem, które, czekaj, poczekaj aż skończę, pokażę Ci z jakim, lub jak daleko rozwijać można pojedynczy wers. Gdy aspiruje to do czegoś, co przemawia do ludzi i w każdym języku ma sens, śpię spokojnie, że cel został osiągnięty, ale nigdy nie wiesz jak daleko to sięga. Muzyka to nasze najpotężniejsze narzędzie i niekiedy może być ona najbardziej ekspresyjną rzeczą. Pamiętaj, że jest ona ponadczasowa. Nie wiemy więc do kogo, kiedy i gdzie może ona dotrzeć. Zamykam drzwi i wysyłam w nieznane swój samotny statek, mając nadzieję, że ktoś odpowie na moje nieszczęsne wołanie. To jak moja forma modlitwy [śmiech]. Ludzie mogą sobie pomyśleć, że jestem szalony, ale taki mam już sposób, który zresztą działa. Zwykle zachowuję wszystko dla siebie póki nie wejdę w otwierający nowe możliwości proces współpracy z kimś i nie przysposobię tego do dalszej podróży.”

MS.: Debiutancki album MENACE ma niezwykle nowoczesną i powiem szczerze, że przepyszną produkcję. Pokazaliście, że wcale nie musi być ona oldschoolowa by album brzmiał ciężko, soczyście i masywnie. Kto trzymał stery podczas nagrań, a komu przypisać należy zasługi w kwestii miksu/masteringu?
M.: „Russ Russell był u sterów jeśli chodzi o produkcję. Spora część pracy na płycie była wymianą plików, więc w pewnym sensie sami wszystko nagraliśmy. Czuliśmy więcej kreatywnej wolności. Nie było łatwo poskładać te kawałki, zwłaszcza partie smyczków i wokalne. To było prawdziwe wyzwanie, możliwe, że największa łamigłówka, z jaką kiedykolwiek musiał zmierzyć się Russ. Była między nami prawdziwa sieć wsparcia i pragnienia zrobienia tego jak należy, czyli tak, by można było to pokazać. Mam nadzieję, że ktoś, kogo to zainspiruje podzieli zainteresowania z kimś innym, z kim zwiąże się na wyższym poziomie. Perkusja Dereka dodała brzmieniu niesamowitych niuansów. Jego technika wniosła tu naprawdę sporo, a jego partie stały się kręgosłupem „Impact Velocity”. Atmosfera chwilami drastycznie się zmienia, co pozwala na różnorodność w obrębie cyklu, w którym wszystko wykazuje przyczynowo skutkową komplementarność. Smyczki i akordy mollowe zaokrąglają utwory, wynosząc niektóre partie na zupełnie inny poziom. Dynamizm jest jedną z tych rzeczy, które chciałem zawrzeć. Niełatwo osiągnąć to gdy w perkusję wali się mocno, przester gitarowy ustawiony jest na maksa. Nadmiar chybionych częstotliwości pogarsza słyszalność pozostałych partii. Russ włożył masę pracy by upewnić się, że nic z niczym nie koliduje. Wykorzystał technikę audio frequency sculpting, odcinającą wszelkie przypadkowe, niezamierzone częstotliwości, robiąc miejsce dla 48 śladów, słyszalnych za pośrednictwem dwugłośnikowego zestawu. Jestem naprawdę szczęśliwy z efektu końcowego. Jest trochę defektów, ale robi to miejsce na poprawki. Poza tym zrobiliśmy wszystko, co tylko mogliśmy jak na dostępność środków i międzynarodowy projekt.”

MS.: Opowiedz może naszym Czytelnikom i Czytelniczkom o wspomnianej sesji nagraniowej. Jak i gdzie przebiegła?
M.: „I Live With Your Ghost” nagrywałem z Russellem, a on udzielił mi wskazówek jak nagrywać w domu. Stworzyłem tam podstawy utworów, chowając wszystko, co miało być później poprawione przez Russa. Nie było sensu robić tego ponownie, gdyż było w tym coś, co mi się podoba. Derek nagrywał w domu na Florydzie, podczas gdy ja urzędowałem w Birmingham oraz Kettering. Shane nagrywał u Russa i ja też wtedy tam byłem. Freddie nagrywał w domu, przesyłał nam swoje ślady, sugerowaliśmy zmiany, a on słał jeszcze tej samej nocy gotowe partie basu. Nick komponował najpierw partie do zagrania. Później Manzan nagrywał 32-śladowe partie swoich skrzypiec, wiolonczeli i altówki. Mam sporo numerów opartych na elektronice i one też trafiły do mikstury. Programowany bas dodał w kilku miejscach głębi i zagęścił atmosferę. Russ zmiksował następnie materiał w swoim studio i byłem z nim przez większość tego procesu. Spędził bardzo wiele czasu pracując nad tym, aby brzmiało to jak album.”

MS.: Kseniya Simonova - kobieta wykonująca animacje za pomocą piasku i niewątpliwie prawdziwa artystka - pomogła Wam stworzyć wideoklipy do utworów „To the Marrow” oraz „Painted Rust”. Jesteś fanem jej twórczości? Jak nawiązałeś tę współpracę? Opowiedz może również o teledysku do „I Live With Your Ghost”.
M.: „Tak, jestem wielkim fanem jej dzieł, jak również artystycznej determinacji, siły opowieści, które snuje. Natknąłem się na nią przez przypadek i skontaktowałem się z nią by zaprezentować „Painted Rust” i „To the Marrow”. Gdy wyjaśniałem jak nagrywane były gitary na ten utwór, samochód uderzył w dziewczynę przed moim domem. Ta okropna scena zmieniła mnie już na zawsze. Chciałem by utwór był dedykowany właśnie jej, więc wpompowałem w niego całą swoją energię. Kseniya czuła moją szczerość, a tym co naprawdę chciałem zrobić to pomóc komuś w potrzebie poprzez sztukę i muzykę. Zrobiła niesamowite wideoklipy do dwóch utworów, które świetnie oddają zagadnienie audio instalacjonizmu. „I Live With Your Ghost” to rezultat pracy Amita Tishlera - utalentowanego, genialnego, entuzjastycznego animatora, którego poznałem na forum. Razem pracowaliśmy nad scenariuszem by opracować najlepszą wersję historii. To zabawne wideo było gotowe na rok przed premierą. Wszyscy mieliśmy jakieś obsuwy. Jak ze wszystkim, co wartościowe, tak i z tym zaliczamy wpadki. Nie zatrzymało nas to jednak i tak album, jak i teledyski ujrzały światło dzienne.”

MS.: A co nowego w NAPALM DEATH? Kiedy można spodziewać się kolejnej płyty? Jak to jest miażdżyć sukinsynów na całej długości i szerokości geograficznej naszego globu z jednakowo fenomenalnym skutkiem od ponad trzech dekad?!
M.: „W przyszłym tygodniu kończę nagrywać wiosła na nową płytę. Mamy 20 numerów i jest to całkowicie szalona wersja NAPALM DEATH a.d. 2015. To nie jest już MENACE, to czysty NAPALM DEATH z wieloma jednak dodatkami. Jestem tym szalenie podekscytowany. Nie mogę się już doczekać reakcji odbiorców. Uwielbiam grać w odległych częściach globu. Wiele wyniosłem z obserwacji miejsc, jakie odwiedziłem. Staram się dostrzec czego brakuje temu światu i wszystkim co robię stawiać w tej kwestii krok naprzód. Razem, jako zespół osiągnęliśmy wiele w ciągu ostatnich lat. Nasz poziom przyjaźni i wzajemnego zrozumienia rośnie z roku na rok. Nasze relacje są bardzo unikalne, przypominają one małżeńskie, z tą różnicą, że wszyscy stawiamy sobie podobne cele. Wielką przyjemność czerpię również z eksploracji sfery osobistych potrzeb w MENACE i jestem wdzięczny, że doceniłeś ten album aż tak. Dzięki za niesamowite pytania i przepraszam za obsuwę.”

MS.: Dzięki wielkie za odpowiedzi!

autor: Kępol (lipiec 2014)



<<<---powrót