Wywiady

W jakże pokrętnych, dzisiejszych czasach młode zespoły coraz rzadziej oglądają się na cyrografy z wytwórniami płytowymi. Coraz większym zainteresowaniem - również ze strony stajni, których podopieczni po takowe rozwiązania sięgają - cieszy się finansowanie społecznościowe. Umowa ze skuteczną agencją promocyjną też bywa już niekiedy równie istotna co kontrakt z lejbelem, o czym chłopaki z SAWBLADE doskonale wiedzą. Filozofia ‘Zrób to sam’ odnosi chyba w ich przypadku dość widoczny skutek, gdyż jak relacjonuje poniżej basista Michał Oleszczuk, ludzi na koncertach przybywa, a fejsbukowe info na ich temat pęka w szwach od anonsów dotyczących nagród, jakie udało im się pozgarniać czy ogólnie - będących ich udziałem zaszczytów. Proces formowania się SAWBLADE w dzisiejszej postaci jest, zarówno pod względem profilu stylistycznego, jak i warunkującego go składu, najprawdziwszym w świecie przeobrażeniem zupełnym. Podobnie jak ANIMATIONS zaliczyli kilka etapów pośrednich by wreszcie wylądować w szufladce nowoczesnego, silnie natartego elektroniką i progresywem metalcore’u. Jak będzie brzmiał ten zespół za kilka lat? Na to pytanie odpowiedź przynieść może jedynie czas.

Mroczna Strefa [Kępol]: Witam! Kępol z Mrocznej Strefy pozdrawia Was serdecznie! SAWBLADE jest względnie młodym zespołem na polskiej scenie muzycznej. W chwili wydania naprawdę niezłej „Reminiscence” Wasza muzyka była dla wielu czymś zupełnie nowym. Opowiedz może o powstaniu zespołu w 2008 roku. W czyjej głowie i jak narodził się sam pomysł? Co było dla Was najważniejsze na samym początku, a co jest teraz?
SAWBLADE [Michał ‘Leszczu’ Oleszczuk]: „Rok 2008 to data umowna - każdy z nas już wtedy gdzieś grał. W Otwockim MDK działał sobie zespół RECOIL, który właśnie po przyjęciu nowego basisty postanowił zmienić nazwę na SAWBLADE, bo istniał już inny RECOIL. Skład i muzyka grana przez ten zespół ulegały wielu zmianom na przestrzeni lat i w zasadzie można powiedzieć, że taki ‘współczesny’ SAWBLADE powstał dopiero w 2011. Natomiast jeżeli prześledzić dzieje zespołu do najdawniejszych czasów, to pierwsze przymiarki miały miejsce w okolicach 2002, gdzieś w piwnicy w Otwocku, historia jakich wiele - nastolatki zafascynowane bogami rocka i metalu. Wtedy najważniejsze było dołączyć kiedyś do tego panteonu. Dzisiaj chyba najważniejsze dla nas jest robić to, co kochamy i - być może - kiedyś być w stanie się z tego utrzymać, żeby móc tego robić więcej.”

MS.: Wasz styl, definiowany w dużym uproszczeniu jako melodyjny metalcore, jest ponoć wypadkową gustów muzyków tworzących SAWBLADE. Czy to znaczy, że na samym początku, gdy skład kapeli nieco się różnił, graliście coś zupełnie innego? Wasze zapatrywania muzyczne różnią się w aż takim stopniu? Były konieczne jakieś srogie kompromisy między Wami?
S.: „Tak, to, co gramy zmieniało się na przestrzeni czasu dość radykalnie, razem zresztą ze zmieniającym się składem, bo za każdym razem, gdy ktoś dochodził do zespołu, to coś ze sobą przynosił. Zaliczyliśmy klasyczny thrash metal, hard rock, heavy metal i w końcu wylądowaliśmy w metalcorze. Co zaś się tyczy zapatrywań i kompromisów - nasze zapatrywania może nie różnią się w ‘aż takim’ stopniu, bo koniec końców wszyscy słuchamy szeroko pojętej muzyki metalowej. Mamy jednak dość jasną wizję tego, co chcemy grać i do kogo chcemy z naszą muzyką docierać, więc nie ma między nami jakichś strasznie zaciętych walk.”

MS.: Różnorodność zapatrywań stylistycznych członków kapeli często potrafi zrodzić coś naprawdę wyjątkowego. Niejednokrotnie łapię się na tym, że słuchając jakiejś naprawdę miażdżącej płyty - jak przykładowo „To Sail Black Waters” SECRETS OF THE SKY - myślę sobie: ‘ależ to genialny patent - połączyć to z tym…’. Później przepytuję kogoś z kapeli odnośnie pomysłu na tak genialne i wyważone stylistyczne połączenie, a koleś odpowiada, że nie stoi za tym żaden plan, a o tym, że zespół gra akurat w taki sposób zadecydowały właśnie gusta wchodzących w jego skład muzyków. Co według Was przynosi lepszy skutek: szukanie odpowiednich muzyków pod realizację konkretnej wizji artystycznej, czy umiejętne klejenie do przysłowiowej kupy tego, co każdy w kapeli do sali prób przyniesie?
S.: „Dla nas zawsze w pierwszej kolejności liczyło się, żeby zespół zgrywał się ze sobą nie tylko muzycznie, ale też personalnie. Chyba nigdy w historii tego zespołu nie było tak, żebyśmy szukali kogoś grającego coś ściśle określonego, bo akurat potrzebowaliśmy tego do dopełnienia jakiejś ściśle wytyczonej wizji.”

MS.: Kiedy konkretnie wyszło na to, że SAWBLADE będzie grał taką muzykę? Wchodziły w grę jakieś inne gatunki czy muzyczne nurty?
S.: „Przez znaczną część czasu graliśmy akurat to, co nas najbardziej jarało i tak w zasadzie jest do dzisiaj. Są pewne granice, których nie chcemy przekraczać, ale nie chcemy się też ograniczać mówiąc sobie konkretnie ‘od dzisiaj gramy to’.”

MS.: Czego konkretnie słuchacie na co dzień? Wyłącznie ciężkie brzmienia, czy może macie na półkach płyty, o których statystycznemu miłośnikowi „Reminiscence” nawet się nie śniło?
S.: „Wszyscy słuchamy na pewno różnych rodzajów metalu - kapele takie jak TRIVIUM, REVOCATION, DEATH ANGEL, BEHEMOTH, OPETH można znaleźć na playlistach każdego z nas. Oprócz tego Sołtys jest wielkim miłośnikiem muzyki poważnej, w szczególności z epoki romantyzmu i impresjonizmu - Debussy, Rachmaninov, Grieg oraz różnej maści elektroniki, od Jean Michelle Jearre'a do THE PRODIGY. Marcin lubuje się w metalu progresywnym spod znaku DREAM THEATER i PORCUPINE TREE oraz w nowoczesnych okolicach djentu, takich jak TESSERACT, PERIPHERY czy ANIMALS AS LEADERS. Z kolei Roman zasłuchuje się raczej w groove metalu i metalcorze spod znaku DEVILDRIVER, UNEARTH, LAMB OF GOD, itp., a czasami zdarza mu się zapuścić jakiś dubstep albo EDM w stylu KNIFE PARTY, EXCISION czy nawet SKRILLEXA.”

MS.: Jak w Waszych oczach prezentuje się jak dotąd kariera SAWBLADE? Zależy Wam na większym sukcesie i pełnym zawodowstwie, czy o wiele bardziej kręci Was niezależne granie dla pasji? Wielu ludzi przychodzi na koncerty?
S.: „Na sukcesie i zawodowstwie zależy chyba każdemu, kto para się graniem, aczkolwiek dla nas na pewno nie mogłoby to się odbyć kosztem pasji i szczerości wobec samych siebie i osób, które nas słuchają. Jeśli zaś chodzi o frekwencję na koncertach - różnie to bywa, zależy od miejscowości, czasu, pogody i układu planet. Z każdą trasą zauważamy jednak pod sceną coraz więcej głów.”

MS.: Okładka „Reminiscence” pozbawiona jest logotypu jakiejkolwiek wytwórni. Wydaliście tę płytę wyłącznie własnymi siłami, czy była jednak jakaś osoba spoza zespołu, która wspierała Was w tym przedsięwzięciu? Rozglądacie się za jakąś stajnią, czy na razie wolicie pozostać zupełnie niezależni?
S.: „Wahamy się. Tak naprawdę niewiele jest dzisiaj rzeczy, które wytwórnia może zrobić dla kapeli grającej tak niszową muzykę i których ta kapela nie mogłaby zrobić sama. Wiadomo - jest organizacja tras, czasami jakieś pieniądze na promocję, w stylu teledysków itp., ale prawie zawsze ceną za to są bardzo niekorzystne warunki kontraktu, uwiązujące zespół na wiele lat i przekazujące znaczną część zarobków wytwórni. A koniec końców trasę czy teledysk możemy sobie zorganizować sami, a w dobie internetu z dystrybucją albumu też nie ma jakiegoś wielkiego problemu.”

MS.: W 2011 roku nagraliście materiał demo. Rozwiń proszę temat tamtego materiału. Jak wypada on na tle pełnoprawnego debiutu?
S.: „To był moment, w którym doszedł do nas na perkusji Tomek Wachnicki, i w którym nasza twórczość weszła na bardziej nowoczesne, i zbliżone do obecnych, tory. Napisaliśmy trochę nowego materiału i czuliśmy ogromną potrzebę nagrania go, bo nasze dotychczasowe nagrania (mieliśmy wcześniej na koncie kilka ‘chałupniczych’ nagrań demo) nie odzwierciedlały nowego kierunku w naszej twórczości. Na „Reminiscence” trafiły dwa kawałki z tamtego dema: „Disappear” i „Siła” (czyli „Kingdom”), przy czym jeden nie zmienił się prawie wcale, a drugi przeszedł spory lifting.”

MS.: „Reminiscence” nagrywaliście w Sound Division, pod nadzorem Filipa ‘Heinricha’ Hałuchy. Nie dość, że nagrywały u niego LOST SOUL, BEHEMOTH, LEASH EYE czy DECAPITATED, to facet zasilał jeszcze przecież składy takich grup jak VESANIA, ROOTWATER bądź MASACHIST. Jak do niego trafiliście? Doświadczenie w której z powyższych sfer było Waszym zdaniem u niego ważniejsze podczas prac nad „Reminiscence”? Jak oceniacie go w kategorii producenta?
S.: „Trafiliśmy do niego bardzo prosto - poszliśmy do Sound Division na rozmowę w sprawie nagrania u nich albumu (najbardziej chyba renomowane studio nagrywające muzykę metalową w naszej okolicy) i okazało się, że był tam jednym z realizatorów. Z Heńkiem pracowało nam się bardzo dobrze. Po pierwsze, ma bardzo fajne i interesujące patenty na nagrywanie poszczególnych partii instrumentalnych (nie tylko basowych!), po drugie - jest po prostu profesjonalistą pełną gębą - potrafi przywołać zespół do porządku i sprawić, że wszyscy skupiają się maksymalnie na wyznaczonym celu.”

MS.: Na polskiej, rockowo-metalowej scenie niemal każdy od dawna śpiewa po angielsku. Niby to już dzisiaj niemal oczywiste, ale czemu akurat SAWBLADE ma teksty w tym języku? Względna łatwość ekspresji czy wiąże się to raczej z próbą zaistnienia poza granicami?
S.: „W sumie to jedno i drugie. Po pierwsze, angielski jest znacznie bardziej ‘płynącym’ i melodyjnym językiem, a po drugie - docelowo chcemy grać dużo za granicą, a jak wiadomo, angielski jest językiem międzynarodowym.”

MS.: Może tym razem coś na temat tekstów właśnie. Brzmią one mocno, jak to na metal przystało, choć dotykają bardzo konkretnych przemyśleń związanych z życiem. Wątpię by ktoś kto pisał liryki do np. „Sweet Denial” czy „Sound of Heaven” nigdy nie padł ofiarą poważnej, życiowej rozterki. Autor szukał natchnienia we własnych, osobistych przeżyciach?
S.: „Oczywiście teksty są do pewnego stopnia rzeczywiste, ale inspirowane są także historią i tym, co dzieje się wokół nas, zarówno bliżej, jak i dalej. Przede wszystkim jednak nie należy ich wszystkich odczytywać dosłownie. Każdy z naszych tekstów jest w pewnym stopniu metaforyczny i pod jego powierzchowną treścią kryje się jakieś inne, głębsze znaczenie.”

MS.: Z tego, co widzę sporo koncertujecie ostatnio po kraju. Gdzie w Polsce gra się według Was najlepiej? Każdy, kto mieszka czy też mieszkał w stolicy przyznaje, że jest to dość specyficzne miejsce na mapie kraju. Jak porównalibyście zatem atmosferę w warszawskich klubach koncertowych z tą w naszych pozostałych miastach?
S.: „Najlepiej chyba gra się nam po możliwie najmniejszych miejscowościach, bo tam przychodzi najwięcej ludzi. W Warszawie z frekwencją na koncertach jest niestety bardzo słabo, chociaż to zrozumiałe, bo przecież codziennie ma tam miejsce kilka - kilkanaście koncertów, przez co każdy z nich przestaje być tak wielkim eventem, w szczególności, jeśli występujące zespoły nie są zagranicznymi gigantami. Ostatecznie jednak chyba nie ma jakiejś złotej reguły, bo w niektórych większych miastach, np. w Łodzi, też gra nam się bardzo fajnie i na koncerty przychodzi sporo osób.”

MS.: Dzięki wielkie!

autor: Kępol (sierpień 2014)



<<<---powrót