Wywiady

Słuchając nowego, wyśmienitego albumu E-FORCE zastanawiam się czy bardziej cieszy mnie fakt, że udało mi się zrobić wywiad z byłym frontmanem VOIVOD czy też to, że przepytałem autora „The Curse…” właśnie. Mowa oczywiście o jednej i tej samej osobie, a mianowicie Ericu Forreście - człowieku, bez którego tak wyśmienitych pozycji w katalogu kanadyjskiej legendy jak „Negatron” czy „Phobos” w obecnej postaci po prostu by nie było. Troszkę mi wprawdzie zeszło na rozszyfrowywaniu jego skrótów myślowych czy też czysto ortograficznych ‘uproszczeń’, jakich bynajmniej nie skąpił, choć było warto, gdyż wokalista i basista E-FORCE w jednej osobie obnażył w odpowiedziach niezwykle zdrowy stosunek do wielu kwestii i to nie koniecznie tych związanych z muzyką.

Mroczna Strefa [Kępol]: Witam! Jak się żyje we Francji? Dużo grywasz w tamtejszych klubach?
E-FORCE [Eric Forrest]: „Cześć. Żyje się dobrze, dzięki. W kwietniu zagraliśmy 3 koncerty promujące nowy album. W maju 20 (we wschodnich krajach), a ostatnio pojawiliśmy się na trzydniowym festiwalu na Sycylii u boku MARDUK, ALCEST, KORPIKLAANI, NECRODEATH. Wspaniały czas!”

MS.: Co powiesz na temat francuskich metalowców i ich reakcji na fantastyczną muzykę E-FORCE? Widać jakieś różnice między nimi a Twoimi starymi kumplami z Kanady?
E.: „Cóż, jako że gramy to co gramy nasza muzyka nie jest hitem sezonu. Jeśli podoba się komuś - świetnie! Nie - też super. W większości możemy liczyć na fanów i wsparcie, ale ‘gojirowy’ typ metalowego ciężaru jest tu bardziej popularny. Zasięg oddziaływania thrash/black’n’rolla jest natomiast ograniczony do pewnych środowisk i ich klimatów. Chodzi mi ot to, że mamy fanów we Francji, aczkolwiek E-FORCE z całą pewnością jest o wiele bardziej popularny poza granicami tego państwa. Czy różnią się oni od tych z Kanady… no cóż, powiedzmy, że jedne i drugie sukinsyny żłopią piwsko hektolitrami [gromki śmiech].”

MS.: Nagraliście świetną płytę Panowie! „The Curse…” to otwierający się na nowe rejony thrash, choć nie przeszkadza to utworom zabrzmieć oldschoolowo. Jak wyobrażałeś sobie ten krążek zanim posadziliście ślady i w jakim stopniu oczekiwania pokryły się z rzeczywistością?
E.: „Dzięki wielkie! Cóż, myślę, że pracujemy w trybie od jednego albumu do drugiego. Jest pewien proces przypominający układanie puzzli: muzyka/teksty/koncept, etc. Zaczęliśmy z niczym i stopniowo malowaliśmy obraz. Nowe rejony? Oldschool? Z całą pewnością przede wszystkim oldschool z kilkoma modern smaczkami tu i tam. Tak szczerze, to jednak nie mam pojęcia w jakim stylu komponuję kiedy to robię. Wiem tylko tyle, że powinno kopać dupsko i że muszę wierzyć w ten materiał, stąd zamiast analizować po prostu gram. Oczekiwania? Na pewno chciałem płyty z heavy/thrash/black’n’rollowym klimatem i masą gitarowego shreddingu! Czuję więc satysfakcję w związku w efektem końcowym.”

MS.: Gdzie konkretnie nagrywaliście „The Curse…”? Trudno było? Powiedz proszę coś więcej na temat sesji…
E.: „Odbyła się ona w KROF13 Studios. To położone niedaleko Manosque, we Francji, będące własnością Krofa, naszego bębniarza. Czy było trudno? Muszę przyznać, że zajęło to trochę czasu, gdyż na nagrania dwóch poprzednich krążków dostaliśmy kasę od wytwórni. Teraz nie wchodziło to w grę, przynajmniej w naszym przypadku. Tak czy inaczej wszystko musiałem sfinansować sam. Krof na szczęście zna się trochę na nagrywaniu i Patrick Friedrich (MODIFIED POISON) zmiksował ślady. Mastering popełnił Jean-Francois Dagenais (KATAKLYSM, EX DEO). Było to zupełnie nowe doświadczenie, gdyż ten album zrealizowaliśmy bardziej podług starej zasady ‘zrób to sam’, choć myślę, że każda kapela zna takie coś z autopsji. Ciężko jednak pracowaliśmy i dopięliśmy swego. Et voila!”

MS.: Produkcja bez wątpienia jest w stanie sprostać współczesnym standardom, choć myślę, że puszcza ona również oczko w stronę wydawnictw z lat 80./90. O to Wam chodziło?
E.: „Myślę, że to produkcja jak każda inna. Po prostu: ‘pojedźmy z koksem’ i zobaczmy co z tego wyjdzie. Krof doglądał nagrań, Erika Kreiger zajął się preprodukcją i podobnie jak Patrick czy Francis dali z siebie wszystko. Gdybym posiadał większy budżet na nagrania, wtedy rezultat końcowy byłby rzecz jasna zupełnie inny. Album nie brzmi jednak tak, jak większość współczesnych wydawnictw (na których technologia gra pierwsze skrzypce), a jego brzmienie pięknie pasuje przecież do wykonywanej przez nas muzyki. Koniec końców spełnia więc swoją rolę.”

MS.: Każdy przykleja E-FORCE etykietkę z napisem ‘thrash’ i robi to niewątpliwie słusznie, choć według mnie to, co gracie ma równie wiele wspólnego ze stylistyką grupy DEATH. Twój wokal bardzo często przypomina ten Chucka, a ogrom perkusyjno-riffowych struktur („Serpent’s Kiss”, „Infexxxous” dla przykładu) mocno kojarzy się z tym, co pan Schuldiner rzeźbił na „Leprosy” czy „Spirituals Healing”. Inspirujesz się jego muzyką? Jak ostatecznie zdefiniowałbyś styl E-FORCE?
E.: „Jeśli mam być szczery, to mimo, iż bardzo szanuję Chucka i DEATH, to wierz czy nie, nie słucham zbyt dużo tej muzy. Krof jest za to wielkim fanem. Jeśli występują pewne podobieństwa, to raczej przez przypadek. To Twoja opinia/punkt widzenia, ale dzięki w każdym razie za komplement. E-FORCE to muzyka z klimatów heavy/power/thrash/black’n’roll. Ciężko nazywać po imieniu to, co zespół gra, gdyż ja gram sobie po prostu metalową muzykę nie przywiązując wagi do gatunkowych ram. Nie nadążam ze tymi wszystkimi kilkudziesięcioma nazwami podgatunków, jakimi etykietuje się dziś metalową muzykę [śmiech].”

MS.: E-FORCE założyłeś po odejściu z legendarnego VOIVOD, gdzie zastępowałeś Denisa ‘Snake’a’ Belangera. Planowałeś założyć solowy szyld, czy E-FORCE to bardziej implikacja Twojego odejścia z VOIVOD?
E.: „Od czasu do czasu przechodziło mi to przez myśl, choć zważywszy na fakt, że VOIVOD był jednak ‘planem A’, własny szyld na długo pozostawał ‘planem B’. Zostałem wygryziony przez Snake’a - oryginalnego wokalistę i przez byłego basistę METALLICI. To znaczy, wiesz… ‘Co Ty teraz zrobisz?’ [gromki śmiech] i tego typu klimaty. Podjęli właściwą decyzję i wcale nie winię ich za to, że mnie wywalili. Koniec końców każdemu wyszło to na dobre. Ja mam swoje klimaty plus to, co zrobiłem dla VOIVOD i co dało Piggy’emu kilka profesjonalnych zwycięskich okrążeń wokół tej planety, nim tragicznie odszedł. No i to, co robią oni po dziś dzień wciąż daje radę. Tego samego popołudnia gdy tylko wykopano mnie z VOIVOD, E-FORCE zaczerpnął pierwsze tchnienie.”

MS.: Rock’n’Growl promują E-FORCE jako - krótko mówiąc - ‘projekt byłego członka VOIVOD’. Myślisz, że ludzie traktują już dziś E-FORCE jako zupełnie indywidualny akt, czy może wielu jeszcze odnosi to co robisz do płyt VOIVOD, na których się udzieliłeś?
E.: „Etykietka ‘ex- VOIVOD’ wciąż jest mi przyklejana, podobnie jak ma to miejsce w przypadku jakiegokolwiek innego byłego muzyka znanej kapeli. Gram na koncertach numery VOIVOD i fani to uwielbiają! Nawet jeśli nie znają na tym etapie materiału E-FORCE, zapoznaję ich z nim, więc tak czy siak wychodzi naprawdę dobrze! Spotykam się jednak z wielkim szacunkiem w związku z tym, czego dokonałem pod szyldem E-FORCE. Niektórzy wolą to, co gram w E-FORCE od mojego stuffu z VOIVOD, inni wręcz przeciwnie. Jeszcze innym jednakowo podobają się oba światy i każda z tych opcji jest dobra!”

MS.: „Negatron” i „Phobos” to płyty VOIVOD, które brzmią nieco ostrzej od reszty, jeśli wiesz co mam na myśli, zwłaszcza jeśli chodzi o wokale. Duży miałeś wpływ na proces pisania/aranżowania tamtych materiałów?
E.: „Po prostu dorzuciłem do chemii Awaya i Piggy’ego to, co wychodzi mi najlepiej. Zamieszaliśmy w kotle i… wyszło to, co wyszło. Zważywszy na fakt, że każdy album VOIVOD jest inny, goście podeszli do tego tak: Eric zrobił to, więc nagrajmy taką płytę… CIĘŻKĄ! Napisałem teksty we współpracy z Awayem, dorzuciłem kilka pomysłów na riffy i mistrz riffu, Piggy też zrobił to, co potrafi najlepiej - skomponował większość muzyki”

MS.: Styl grania E-FORCE bywa też określany jako cybernetic thrash, który to termin odnosi się do technicznego metalu. Żaden utwór na „The Curse…” nie brzmi jednak sterylnie. Szukasz właściwych proporcji między tymi technicznie, a powiedzmy organicznie brzmiącymi komponentami muzyki. Co sądzisz na temat ultra-precyzyjnie odegranego metalu dnia dzisiejszego?
E.: „Że jest dobry [śmiech]. Jak powiedziałem już wcześniej - po prostu komponuję i nie zastanawiam się nad tym czy to ten czy inny styl, po prostu to robię i wychodzi z tego to, co wychodzi. To zabawne, ale jakieś 90% riffów skomponowałem na gitarze akustycznej, 10 % na elektrycznej. Wierz albo nie, ale naprawdę tak było. Jeśli coś dobrze brzmi na gitarze akustycznej, to wiesz już, że na elektryku, przy dobrej produkcji po prostu zabije. Metal dnia dzisiejszego? O żesz kurwa! Bezgraniczna masa kompletnego gówna wylewa się dziś na rynek! Wszystko to brzmi identycznie, rynek jest przesycony tak samo i tak samo brzmiącymi płytami, więc jeśli chcesz coś zdziałać musisz dołożyć starań, by Twój zespół grał naprawdę świetną, oryginalną i interesującą muzę.”

MS.: Podczas nagrań „The Curse…” nie obyło się bez udziałów gościnnych. Glen Drover (MEGADETH, KING DIAMOND) czy Krystian Niemann (ex-THERION) to dla mnie naprawdę wielkie nazwiska. Znałeś ich wcześniej? Co osobiście myślisz o THERION - jednej z największych (przynajmniej dla mnie) kapel wszechczasów? Nie wiem czy się zgodzisz, ale wręcz nie mogę znieść gdy ludzie porównują ich do wszystkich tych super-bombastycznych, powermetalowych zespolików czy popowo wręcz brzmiących pseudosymfonicznych grup. THERION stworzył symfoniczny metal i Johnsson pisze naprawdę chwytliwą muzykę, ale nigdy nie gra kiczowatej…
E.: „Glena poznałem jakieś piętnaście lat temu gdy grał w Montrealu razem z KING DIAMOND. Od tamtego czasu odzywamy się do siebie raz na jakiś czas. Nie jesteśmy więc bliskimi przyjaciółmi, a raczej znajomymi. Uwielbiam to, co robi i cieszę się, że mam go na „The Curse…” To zabawne, ale gość zagrał solo ewidentnie w stylu Andy’ego LaRocque/Johna Sykesa. Uwielbiam je! Zwłaszcza, że jestem wielkim fanem KING DIAMOND [śmiech]. VOIVOD zagrał w 2000 roku trasę z THERION i od tamtego czasu Kristian i ja pozostajemy w kontakcie. Jego solo po prostu kurwa zabija! Wielu mi mówi, że wolą jego solówkę od tych położonych przez innych gości, ale ludzie, przecież tu nie chodzi o zawody, a raczej o granie kapitalnej muzyki! Do tego jeszcze Vincent Agar, który dla nas jest jak francuski odpowiednik Yngwie’ego. THERION są wielcy w tym co robią, nie ma co do tego najmniejszej wątpliwości. To wprawdzie trochę nie moja działka, ale doceniam ich muzykę za to czym jest…”

MS.: A czemu tak w sumie przeprowadziłeś się kilka lat temu do Tuluzy? Były takie chwile, w których bałeś się tego, co może stać się z zespołem gdy kompletnie zmienisz swoje miejsce zamieszkania. Jak szybko udało Ci się odbudować imperium?
E.: „Powody osobiste i zawodowe - właśnie dlatego się przeprowadziłem. Czy się bałem? [śmiech]. Życie to podróż, więc lepiej przygotuj się na wzloty i upadki, bo tym jest właśnie życie. C’est la Vie. Tak szczerze, to wielu członków E-FORCE przychodziło i odchodziło z powodów osobistych, zawodowych czy muzycznych. Nie jest łatwo umieścić wszystkich członków E-FORCE na jednej płaszczyźnie tak by jeszcze podzielali mój kierunek i wizję tego czym E-FORCE powinien się stać.”

MS.: Jaką konkretnie rolę odgrywają w zespole Krof i Xav? Wnoszą coś od siebie w kwestii komponowania czy aranżacji, czy są może raczej dla Ciebie muzykami sesyjnymi?
E.: „Cóż, na potrzeby poprzednich albumów pisałem zarówno muzykę, jak i teksty, podczas prac nad pierwszym byłem współautorem, a teraz znów wszystko skomponowałem sam. Wtedy przekazałem wersje demo do wspomnianych przez Ciebie kolesi, a oni zrobili to, co robią najlepiej odgrywając wszystko z charakterystycznym dla siebie zacięciem. Koniec końców zadziałało. Krof to najdłuższy stażem i najbardziej oddany członek E-FORCE! Jest on również producentem płyty + pokazy książkowe + robienie za szofera. Jest więc naprawdę oddanym sukinkotem, z którym współpracuje mi się naprawdę szczęśliwie. 100% braterskich więzów! Xav ma wielkiego ducha, lecz jest po prostu gitarzystą. Do tego mamy jeszcze dodatkowych muzyków na trasy. Koncerty z dwoma gitarzystami były niesamowite. Chemia, braterstwo i wzajemny szacunek to rzeczy kluczowe! Jeśli w czyimś zespole tego nie ma - niech lepiej uważa i niech wierzy mi na słowo, że wcześniej czy później… [śmiech].”

MS.: Czyli teksty piszesz zwykle sam? Przeczytałem w notce informacyjnej, że teksty na „The Curse…” układają się w koncept dotyczący płci żeńskiej. Możesz rozwinąć nieco ten temat? Co zainspirowało Cię by zrobić album właśnie o tym?
E.: „Jeśli chodzi o przeżycia osobiste, to nic, chociaż… do sytuacji z życia co poniektórych znajomych pasowałoby to perfekcyjnie! To, co słuchacz chce zrobić z tymi tekstami to już jego sprawa. Teksty dotyczą potęgi rodzaju żeńskiego. Mamy dziewięć miesięcy na wydostanie się z łona i resztę życia by do niego powracać [śmiech]. Zabawnie to funkcjonuje. Mówię tu o dobrych i złych stronach. Uwodzenie, prowokacja, manipulacja, pożądanie i inne ciekawe rzeczy, jak choćby to, co niektórzy faceci (jak również i kobiety [śmiech]) są w stanie zrobić by dostać swój kawałek ciasta. Pociąga to za sobą zarówno dobre, jak i paskudne wydarzenia. Zbrodnie w afekcie i takie tam. „Perverse Media” jest na temat skandalu Dominique’a Straussa-Kahna. „Awakened” jest o Tigerze Woodsie, „Witch Wrk” traktuje o Philu Hartmanie. Co do reszty - musisz zdecydować sam i domalować elementy dzieła.”

MS.: Jaka jest geneza nazwy zespołu i kto tak właściwie na nią wpadł?
E.: „’E-Force’ to moja ksywka z czasów VOIVOD (jak Piggy, Away, Chewy czy Jasonic). Jeden koleś o imieniu Ivan (MEN WITHOUT HATS) i tak w zasadzie to on napisał teksty do „Nanoman” czy „The Tower”. Pewnego dnia zaczął nazywać mnie ‘E-Force’, twierdząc, że to perfekcyjna ksywka dla mnie. Piggy i Away przytaknęli et voila!”

MS.: Dzięki wielkie! Pozdrawiam!
E.: „Dzięki Kępol. Wszystkiego dobrego! Trzymaj się!”

autor: Kępol (sierpień 2014)



<<<---powrót