Wywiady

Tak sobie myślę, redagując ten wywiad i racząc się jednocześnie twórczością jego bohatera, że jakość muzyki niekiedy nie zależy od twórcy, ale właśnie od odbiorcy. Daję sobie rękę uciąć, że gdyby tak zrobić eksperyment i wrzucić EXPO 70 jako suport np. przed SLAYER czy MARDUK mózg projektu - czyli Justin Wright, którego miałem przyjemność przepytać - stanąłby przed zadaniem niełatwym, a występ jego i jego kolegów mógłby okazać się znacznie utrudniony. Ludzie zbyt często stawiają przed muzyką skonkretyzowane oczekiwania, a zdecydowanie zbyt rzadko pozwalają jej z jednej strony płynąć, z drugiej natomiast - ponieść się. Za każdym razem gdy słyszę opinie, że czysto-ambientowe albumy MORTIIS czy BURZUM to "nudne smęcenie" i w ogóle "buczenie bez sensu" zastanawiam się czy aby na pewno autorzy owych wypowiedzi ustalili w sposób właściwy kategorie, wedle których oceniają muzykę tego rodzaju. Nie o norweskiej scenie około-blackmetalowej mamy tu jednak rozprawiać, a o amerykańskim projekcie, którego pole działania zaczyna się tam, gdzie kończy się standardowe myślenie o wykorzystaniu analogowego instrumentarium. Odłóżcie na bok uprzedzenia, schowajcie głęboko schematy, otwórzcie serca i umysły. Przed Wami Justin Wright.

Mroczna Strefa [Kępol]: Witam! Na wstępie pragnę od razu zaznaczyć, że zaimponowałeś mi za sprawą swojego fantastycznego projektu muzycznego o nazwie EXPO 70. Twój wydawca porównuje jego muzykę do ASH RA TEMPEL, SUNN O))) czy TANGERINE DREAM, co czyni w sposób trafny, choć udało Ci się znaleźć swój własny, nietuzinkowy styl zaliczając się do tych artystów, którzy z lubością obracają w pył wszelkie podziały międzygatunkowe. Nie da się rozmawiać o muzyce EXPO 70 w kategoriach ściśle wyznaczonych barier stylistycznych i zaprawdę kocham za to Twój szyld. W jaki sposób trafiłeś na ścieżkę muzycznego wizjonerstwa i toku rozumowania wyprzedzającego standardowe status quo? Chodzi o sam fakt uprawiania awangardy, czy kryje się za tym wszystkim coś jeszcze?
EXPO 70 [Justin Wright]: "Głównym powodem powołania do życia EXPO 70 była chęć tworzenia oryginalnej, improwizowanej na pniu muzyki. Chciałem eksplorować świat gitarowych partii przepuszczonych przez efekty w procesie budowania dźwiękowych pejzaży i  kreowania przy pomocy wzmacniaczy koncertowego nastroju. Słuchałem kilku kompozytorów muzyki minimalistycznej i zgromadziłem wokół siebie grono zaprzyjaźnionych muzyków, z którymi grałem korzystając z każdego sprzętu, jaki tylko wpadł nam w ręce i projekt zaczął nabierać kształtów. Dla mnie była to wtedy dobra rzecz, z racji tego, że grałem w tradycyjnej, rockowej kapeli potrzebując innego szyldu, pod którym mógłbym robić bardziej improwizowane rzeczy i znaleźć tym samym odskocznię od grania regularnych prób z kapelą."

MS.: Jesteś, jak mniemam, szalenie pracowitym muzykiem. Nad czym pracujesz obecnie? Kiedy usłyszymy kolejne wydawnictwo spod igły EXPO 70? Zdradzisz, proszę, jakieś szczegóły z tym związane?
JW.: "Tak w zasadzie to teraz zwolniłem z nagrywaniem, choć mam w zanadrzu kilka starych nagrań, które ukażą się jeszcze w tym roku. "Cleverly Mystique" wyjdzie nakładem 5nakefork Records. Jest to krążek, który nagrałem w 2011 roku i teraz wydam go w końcu na winylu i kasecie. Nagrania, nad którymi pracowaliśmy jako kwartet - w skład którego, oprócz mnie, wchodziło jeszcze dwóch perkusistów i basista - pojawią się na rynku w formie winylu i rozszerzonego wydania CD z bonusowym krążkiem, sumptem Essence Music. Ostatnio pracuję nad EXPO 70 w trzyosobowej odsłonie, którą wyróżniłem nazwą EXPO SEVENTY. Mamy kilka gotowych albumów koncertowych, ale studyjnego jeszcze nie. W tym roku powinno się to zmienić. Mój ostatni, solowy materiał studyjny to wydany nakładem Oaken Palace "Kinetic Tones". Z jego sesji pochodzą cztery niepublikowane póki co utwory, które mam zamiar wkrótce wydać na kasecie i winylu. W zeszłym roku uwieczniłem przy użyciu analogowych syntezatorów swój pierwszy, solowy album sygnowany moim nazwiskiem J.G. Wright. Winyl wyda Pylotechnic Youth, podczas gdy wersja kastowa ukazała się po prostu za sprawą mojej wytwórni Sonic Meditations."

MS.: Wykonujesz muzykę drone, choć myślę, że dokładasz wszelkich starań, by brzmiała ona w sposób organiczny. Podczas sesji nagraniowej "Corridors To Infinity" wykorzystałeś przykładowo analogowy automat perkusyjny, a przecież wielu innych artystów dzielących z Tobą szufladkę uznałoby cyfrowe beaty za wystarczające. Grając na żywych instrumentach jesteś jednak daleki od konstruowania prostych, standardowych, powtarzalnych riffów. Podobnie jak PINK FLOYD czy GENESIS w latach 70., bądź JIMI HENDRIX, THE DOORS czy THE PRETTY THINGS w poprzedniej dekadzie kultywujesz opartą na analogowym brzmieniu psychodelę. Czemu łączenie elementów tak różnych muzycznych światów było intrygujące akurat dla Ciebie - że tak retorycznie spytam? Którzy artyści z kręgu psychodelicznego czy progresywnego rocka są dla Ciebie najważniejsi?
JW.: "Łatwo pogubić mi się w tym, co akurat tworzę lub gram w studyjnych murach. Słuchanie muzyki drone przez 30 minut z rzędu może nie być lekkostrawne dla słuchacza. Gdy podczas koncertów wprowadzam jednak perkusyjny rytm bądź jakąś zapętloną melodię na bazie delaya potrafię w ten sposób przykuć uwagę audytorium znacznie lepiej niż częstując go jednonutowym dronem. Myślę, że umiem uchwycić w swojej muzyce, w sposób unikalny, cechy charakterystyczne new age, minimalizmu, kosmische, wczesnej elektroniki czy psychodelicznego rocka i sporządzić z tego udaną mieszankę. Ze wszystkiego czego w życiu słuchałem rock psychodeliczny, kraut rock, minimalizm oraz wczesny synth pop rezonowały we mnie najsilniej i chyba właśnie dlatego moja twórczość jest wypadkową wspomnianych nurtów w muzyce. Za sprawą takich nazw jak PINK FLOYD, BLACK SABBATH czy LED ZEPPELIN została mi przedstawiona muzyka i po latach powróciłem do tych czasów by odkryć ASH RA TEMPEL, FLOWER TRAVELLIN' BAND, AMON DUUL II, TANGERINE DREAM, CAN czy FAUST, które to zespoły zmotywowały mnie do eksperymentowania z gitarą."

MS.: Termin 'EXPO 70' został ukuty na potrzeby międzynarodowych targów, jakie miały miejsce w Japonii, w 1970 roku. Czemu wybrałeś go jako nazwę dla swojego projektu muzycznego? Chciałeś podkreślić w ten sposób związek swojej muzyki z psychodelicznymi odjazdami gitarowymi lat siedemdziesiątych? Czemu przykuło to Twoja uwagę?
JW.: "To akurat przyszło mi na drodze podświadomej. Dopiero po latach zdałem sobie sprawę, że hasło przewodnie tamtego Expo brzmiało "Postęp i harmonia ludzkości", co rezonowało całkiem dobrze z kierunkiem, w jakim chcę podążyć muzycznie. Słuchałem wtedy całkiem sporo TAJ MAHAL TRAVELLERS, więc myślę, że nutka Japonii również tu jest, a wspomniana '70' to swoisty hołd, jaki złożyłem muzyce wiadomego okresu."

MS.: Wiele improwizujesz i dobrze to słychać. Czy to znaczy, że wszystko, co możemy usłyszeć na Twoich płytach powstało pod wpływem chwili i że nie znajdziemy na nich starannie przemyślanych sekwencji? Powiedz, proszę, coś więcej na temat tego jak powstają Twoje utwory.
JW.: "W zasadzie wszystko tworzę na pniu, na poczekaniu. Niektóre płyty to zapisy improwizacji. Inne, jak "Vanishing World Within" są wynikiem nakładania na siebie różnych brzmień. Ten album aranżowany był warstwowo, a angażu myślenia wymagała tam praca z gitarami w drugiej jego połowie. Improwizowane są zazwyczaj moje dokonania solowe. To, co gramy jako trio ma najczęściej gotowe wytyczne, zgodnie z którymi ćwiczymy dany numer na próbach z zachowaniem jednak wolności w kwestii prawa do improwizacji by uczynić utwór luźniejszym i bardziej organicznym. Dalecy jesteśmy od doszlifowywania każdego kawałka do absolutnej perfekcji wzorem tych wszystkich kapel, które potrafią odegrać na zawołanie klon swojego dowolnie wybranego krążka. Gdy gram na żywo atmosfera sali naprawdę przekłada się na mój nastrój i na to jakie dźwięki ze mnie wypływają. Niektóre gigi są więc łagodne i odprężające, podczas gdy inne dzikie i szorstkie. Dawałem koncerty w ściśle określonym otoczeniu, jak na przykład podczas lekcji yogi, do których bezproblemowo się adaptowałem. To samo odnosi się do sesji nagraniowych. Lubię odbywać je z innymi, gdyż łatwo udziela mi się zupełnie nowy tryb rozumowania."

MS.: Twoja twórczość ma charakter mocno medytacyjny. W jakim nastroju potrafisz dostarczyć dobrą improwizację - taką, która może robić później za dobry materiał EXPO 70, lub na bazie której może taki powstać? Wymaga to wielkiego skupienia czy nie ma ono znaczenia tak długo jak tylko dźwięki wypływają z Ciebie w sposób naturalny?
JW.: "Można powiedzieć, że wiele zależy od otoczenia. Lubię grywać w cichym, naturalnym otoczeniu, w którym mogę budować dźwiękowe struktury od podstaw. Podczas koncertów preferuję grę odwrócony do publiki tyłem, gdyż pozwala mi się to skupić na tym, co akurat tworzę. Nie wydaje mi się bym słyszał dokładnie to samo, co odbiera słuchacz. Ja słyszę wszystkie swoje drobne potknięcia, ale zmiksowane razem jakimś cudem zaczynają się bronić i nie ma wtedy sensu rozpatrywać ich w taki sposób. Niezależnie od tego czy mówimy o moich gitarach czy klawiszach lubię gdy odbiorca nie zna w pełni natury mojej gry. Nie chcę by publika znała cały proces ze szczegółami. Im bardziej mistyczny jest dla niej - tym lepiej."

MS.: W jakim stopniu analogowe partie instrumentalne są przetwarzane cyfrowo zanim trafią na wydawnictwo z napisem EXPO 70? Często korzystasz z komputera gdy pracujesz nad muzyką?
JW.: "Na żywo nigdy nie wykorzystuję komputerów w jakimkolwiek celu. Myślę, że jestem purystą w kategoriach użycia analogowego sprzętu i zamiast samplerów używam na przykład looperów. Jedynymi przypadkami angażu technologii cyfrowej są sesje nagraniowe. Jestem przede wszystkim gitarzystą, więc obawiam się, że tworzenie muzyki na komputerze nie wiąże się z moją szkołą grania."

MS.: EXPO 70 się zmienia. EXPO 70 się rozwija. Zgaduję, że projekt wszedł obecnie w fazę, w której zbliżył się formułą funkcjonowania do zespołowego 'standardu'. Fenomenalny, i póki co mój ulubiony z Twojej dyskografii - "Frozen Living Elements" został uwieczniony z udziałem tzw. żywego zestawu perkusyjnego (za którym zasiadł Jim Button) oraz basu (w tej roli Aaron Osborne) i cechuje go według mnie ciepłe, żywe brzmienie. "Thunderbird Mound" czy utwór tytułowy są oparte na całkiem nośnym, chwytliwym graniu, w którym wyraźnie pobrzmiewa nutka stoner/hardrockowego feelingu. Dla mnie to materiał kapitalny, albowiem rzeczone rozwiązania wcale nie burzą atmosfery Twojego grania, a zamiast tego uzupełniają je o naturalny, organiczny smaczek. W jakim kierunku tak właściwie zmierza EXPO 70? Grywasz również na żywo z muzykami, o których wspomniałem?
JW.: "Teraz akurat pracuję już z nowym perkusistą, z którym piszę utwory zamiast po prostu jamować. Uwielbiam grać na prawdziwej gitarze i robić to w symbiozie z basistą czy perkusistą w celu poszerzania palety brzmieniowej EXPO 70, nabywając również innych umiejętności gry niż tylko tych niezbędnych do generowania dźwiękobrazów. Aaron grywał za mną od kiedy tylko przeprowadziłem się do Kansas City w 2005 roku. Zespołowa odsłona projektu zaliczyła wiele wcieleń, ale pewien kierunek rzeczywiście zaczął się klarować. Obecnie gramy hipnotyczny rock z chwytliwymi tematami i atmosferą, o której wspomniałeś, lecz z nowym perkusistą odbywa się to w jeszcze bardziej wyrafinowany sposób. W związku z "Frozen Living Elements" otrzymałem bardzo pozytywny respons ze strony fanów, więc nie mogę się już doczekać nagrywania kolejnej płyty, co uczynię jeszcze w tym roku."

MS.: Myślę, że Twoja twórczość nie jest przeznaczona do masowego odbioru. Chciałbym wierzyć, że statystyczny konsument popu wart jest rekomendacji w tym zakresie, lecz spójrzmy prawdzie w oczy: Muzyka EXPO 70 jest zbyt ambitna by wstrzelić tę nazwę w topowy odcinek podsumowania Billboardu. Wielu ludzi przychodzi posłuchać Cię na żywo? Jak brzmi ich opinia na temat Twoich niekonwencjonalnych występów?
JW.: "Myślę, że frekwencja na koncertach EXPO 70 zależy od miasta. Mogę powiedzieć, że grywałem np. po barach, które czasami zdecydowanie nie sprzyjają moim koncertom. Im bardziej wyluzowane audytorium - tym lepsze. Osobiście wolałbym dawać koncerty w galeriach sztuki, na poddaszach, w domach, na otwartym terenie, czy w teatrach bardziej niż w typowo rockowych klubach. Doświadczenie koncertowe wyniesione z wielu różnych miejsc, w których miałem przyjemność zagrać, pozwala mi sądzić, że im bardziej niestandardowe otoczenie koncertowe - tym lepiej dla samego koncertu. Koncert EXPO 70 powinien być prawdziwym doznaniem, a nie kolejną, zwykłą sztuką, na którą się wybierzesz. Mam nadzieję, że wychodząc z mojego koncertu ludzie zazwyczaj coś czują i że pozwalają by muzyka i wizualizacje zabierały ich daleko od trosk życia codziennego. Moja muzyka umożliwia ucieczkę i eksplorację nieznanych terytoriów jeśli tylko jej na to pozwolisz. Wiem, że nie są to dźwięki dla mas, ale jeśli otworzysz się na nie, nie pożałujesz."

MS.: Chciałbym poprosić Cię o dokładniejsze opisanie scenicznego występu EXPO 70. Starasz się wtedy odwzorowywać to, co wydajesz na płytach czy wyłącznie improwizujesz? Jakieś interesujące historie z tym związane?
JW.: "Ciężko mi odgrywać na koncertach to, co rejestruję wcześniej na potrzeby płyt. O wiele lepiej wychodzi mi muzyka rozwijająca się w spontaniczny sposób. Gdy gram na żywo wykonuję otwierające sekwencje znane z albumów, ale głównie po to, by załapać odpowiedni groove i improwizować później wokół tematu. Przed samym występem staram się odizolować od tego, co mnie otacza i przygotować się mentalnie. Nienawidzę gdy akustyk danego klubu mnie pogania. Myślę, że wielu woli słuchać mojej muzyki w wybranym przez siebie otoczeniu, nie na żywo. W rockowym klubie trio potrafi dać jednak lepsze show niż ja potrafiłbym solo. Trio może grać przećwiczone rzeczy, choć potrafi również zostawić miejsce na improwizacje."

MS.: Często współpracujesz z innymi muzykami. Jak duży mają wpływ na charakter tego, co trafia na płyty EXPO 70?
JW.: "Większość naszej muzyki to albo improwizacje, albo przynoszę coś, co skomponowałem sam i pozwalam każdemu obudować wokół tego to, co uznaje on za stosowne. Niekiedy może krystalizować się w mojej głowie wyraźna wizja czegoś, ale nigdy nie zmuszam nikogo do wiernego jej odwzorowania. Moje utwory są często dla nich dobrym, inspirującym odnośnikiem. Z basistą, Aaronem, gram dłużej niż z którymkolwiek perkusistą, więc dogadujemy się wyśmienicie."

MS.: Wydajesz się w stajni moich rodaków z Zoharum Records. Kto zagadał pierwszy? Regularnie otrzymuję do recenzji wydawnictwa tej wytwórni i w mojej ocenie są świetni w tym co robią, ale co przekonało do nich akurat Ciebie? Co sądzisz o tej firmie? Znasz polską scenę drone czy ambient?
JW.: "To Zoharum odezwało się jako pierwsze i okazało się naprawdę wspierającą mnie stajnią. W 2012 roku grałem w Polsce, choć nie wydaje mi się, że było to skuteczne przedstawienie mnie tamtejszej scenie. Zoharum wydaje krążki, które zazwyczaj sprzedają się wolniej w Stanach niż np. w Europie, więc cieszy mnie, że firma poświęca na nie swój czas."

MS.: Twoja kreatywność nie zamyka się w obszarze czysto muzycznym, bo projektujesz również okładki płyt. Niekiedy są proste, choć na swój sposób epickie pod względem estetyki. Spreparowany przez Zoharum dwudysk "Corridors To Infinity"/"Star Coloured Clouds" zapiera dech w piersi! Ten czerwony minigatefold ze złotym nadrukiem to Twój pomysł? Ogólnie interesujesz się grafiką komputerową, czy raczej projektujesz wyłącznie na potrzeby płyt EXPO 70?
JW.: "Jestem grafikiem samoukiem. Przez długie lata było to jedna z moich głównych pasji. Przez wiele lat pracowałem jako dyrektor artystyczny firmy mail-orderowej. Odpowiadałem również za layout magazynu muzycznego Skyscraper. Pomysł z gatefoldem to sprawka Zoharum. Grafikę na wydanie CD oraz kasetowe zrobiłem przy użyciu Gocco Press, japońskiego zestawu sitodrukowego. Jestem w zasadzie autorem wszystkich grafik wykorzystanych na płytach EXPO 70 oraz mojej wytwórni Sonic Meditations."

MS.: Jakiego utworu nauczyłeś się grać na gitarze jako pierwszego? Grasz również na syntezatorze i innych instrumentach. Z gitarą identyfikujesz się chyba jednak w największym stopniu, co?
JW.: "Cóż, muszę przyznać, że lekcje gry na gitarze pobierałem tylko przez pierwsze pięć miesięcy. Pierwszym przerabianym utworem był "Amazing Grace". Porzuciłem wtedy korepetycje i sam nauczyłem się "One" METALLIKI. To właśnie od tamtego momentu powinienem datować naukę gry na gitarze. Gdy byłem młodszy pobierałem również lekcje gry na pianinie, ale po kilku stwierdziłem, że nie ciągnie mnie raczej do tego instrumentu."

MS.: Dobra, dzięki za odpowiedzi!

 

 

 

 

 

autor: Kępol



<<<---powrót