Wywiady

Z ramienia coraz prężniej rozwijającej się i kreślącej pakty z coraz to bardziej znaczącymi – czy zwyczajnie wartościowymi – nazwami, naszej krajowej Agonia Records wybrałem się jakiś czas temu na lokalny przystanek "Battle of the Bays", którego otwieranie przypadło w udziale KING PARROT. Rzeczona wytwórnia wypuściła na Europę najnowszy album formacji pod tytułem "Dead Set" oddając się czynnościom promocyjnym na naszym kontynencie i chwała im za to, bowiem wedle niżej podpisanego nie jest to krążek z muzyką. "Dead Set" to thrash/grindcore'owa piła tarczowa ścinająca głowy równo i precyzyjnie, więc pójścia na ten koncert po prostu nie mogłem sobie odmówić. Tuż po gigu kapeli miałem złapać jej wokalistę, Matta Younga celem wypytania go o kilka związanych z graniem spraw, ale wskutek małego nieporozumienia nasze spotkanie w trybie offline nie stało się niestety faktem dokonanym. W sukurs przyszedł jednak na szczęście Internet, dzięki czemu możecie oddać się poniższej lekturze. Matt Young to prawdziwa koncertowa bestia. Gdy mój kumpel, z którym odwiedziłem klub The Garage, rzucił okiem na sceniczne wyczyny tego pana poklepał mnie po ramieniu życząc mi 'miłego wywiadu' [śmiech]. Wydaje mi się jednak, że cała bastardowość gardłowego KING PARROT to bardziej figura artystyczna, którą przyjął niż rzeczywisty element jego stylu bycia, czego wyjaśnienie znajdziecie w odpowiedziach. 

Mroczna Strefa [Kępol]: Jak mija Wam obecna trasa? Z tego co Wiem to dopiero pierwszy jej odcinek. Jak podsumowałbyś go w kilku zdaniach?
KING PARROT [Matt Young]: "Podczas tego tournee przeżywamy wspaniałe chwile. Póki co to dopiero dwa tygodnie, ale koncerty są niesamowite. Wszystkie kapele są świetne, a każda z nich wnosi coś unikalnego do stawki i dzięki temu są w tym pakiecie rzeczy zróżnicowane. Myślę, że dzisiaj to naprawdę istotne. Ludzie płacą za bilet, ale dostają jakość."

MS.: Rzeczone tournee ruszyło pełną parą, więc na pewno czujecie się srogo podekscytowani, szczególnie biorąc pod uwagę legendarny status kapel, jakie z Wami jeżdżą: PRONG, EXODUS i OBITUARY. Podkręca Wam to motywację? Jesteście już odpowiednio rozgrzani?
KP.: "Totalnie, stary! Przemierzanie dróg w towarzystwie tak legendarnych nazw to dla mnie wielki honor. Każda z tych kapel ma za sobą co najmniej trzydziestoletnie doświadczenie, więc my, jako zespół, jesteśmy w tej paczce kompletnymi nowicjuszami. KING PARROT gra od pięciu lat mając na koncie jedynie dwie duże płyty, więc jesteśmy 'nowymi twarzami na osiedlu' [Matt odnosi się w oryginalnym tekście do nazwy popularnego boys bandu NEW KIDS ON THE BLOCK, którą pozwoliłem sobie podać Wam w tzw. wolnym tłumaczeniu – uwaga autora]. Doceniamy szansę, jaką nam dano, a koncertowanie w Europie jest czymś, co wszyscy w kapeli kochamy."

MS.: Występ, który przywieźliście do Glasgow był szalenie intensywny. Czego potrzeba by wprawić Was w nastrój niezbędny do wychynięcia na scenę i zmiażdżenia publiczności w tak bezpardonowy sposób? Co daje Wam największą motywację jeśli chodzi o granie ekstremalnej muzyki?
KP.: "To trudne pytanie, bo przez ostatnie trzy lata koncertujemy dość intensywnie i w sumie nie potrzebujemy zbyt wiele by wytworzyć u siebie stan umysłu, o którym wspomniałeś. Wychodząc na scenę i tracąc tam głowę możesz spuścić całkiem sporo powietrza z nabrzmiałego balonu, a ja uwielbiam wspomniany powyższego aspekt. W przypadku całej reszty jest trochę inaczej, bo oni są instrumentalistami, ale zawsze staramy się dostarczyć energiczne, wciągające show. Lubimy zaczepiać publikę i trochę ją zaangażować. Powinniśmy się dobrze bawić, a my zwyczajnie chcemy zagrać sztukę, na którą chętnie wybralibyśmy się z pozycji odbiorców." 

MS.: Jak już wspomniałem gracie wraz z PRONG, EXODUS i OBITUARY. Mieliście wcześniej okazję poznać osobiście członków tych kapel, czy jest to pierwsze 'bliskie spotkanie trzeciego stopnia' w Waszym wydaniu? Jacy oni są?
KP.: "Kolesi z OBITUARY znaliśmy już wcześniej, jako że grywaliśmy już z nimi w ojczystej Australii i zdaje się, że Todd, nasz perkusista koncertował wcześniej u ich boku wraz ze swym poprzednim zespołem o nazwie THE BERZERKER. Pozostali z wyłączeniem tych panów, to jednak nasi świeży koledzy."

MS.: Jakie znaczenie ma dla Was ta trasa w kontekście suportowania takich tuzów? Czujecie jakąkolwiek presję grając przed tak rozpoznawalnymi wyjadaczami? 
KP.: "Niezupełnie. To znaczy, gdy zakładasz zespół wyznaczasz sobie cele, starasz się go rozwijać i popychać go tak daleko jak tylko jesteś w stanie… przynajmniej my o to zabiegamy. Tak więc im więcej sztuk możemy zagrać razem z kapelami, które szanujemy tym silniej czujemy, że jako kapela docieramy tam, gdzie zmierzaliśmy. Bardziej niż nacisk czujemy więc wdzięczność za szansę, jaką dostajemy. Niekiedy, na początku trasy, można jeszcze odczuć jakąś nerwówkę, ale gdy pierwszy gig mamy już za sobą – jest dobrze."

MS.: No dobra. My tu gadu-gadu o innych kapelach, a przecież KING PARROT zmiótł mnie z powierzchni globu za sprawą swojej ostatniej płyty zatytułowanej "Dead Set". Tytuł ów ma gwarantowany wjazd do mojego prywatnego podsumowania najlepszych wydawnictw muzycznych 2016 roku i wiem, że wielu ludzi – nie wyłączając Steve'a 'Zetro' Souzy z EXODUS – podziela mój entuzjazm. Wiesz, czasem przesłuchuję kolejne krążki i niezależnie od poziomu brutalności, warsztatu, stopnia skomplikowania itp. mam ochotę połknąć z nudów książeczkę w akcie ziewania. "Dead Set" obudził mnie z owego letargu, co mówi samo za siebie. Być może sypnę teraz banałami, ale wydaje mi się, że KING PARROT to rodzaj kapeli, która w głębokim poważaniu ma trendy czy oczekiwania i zwyczajnie daje z siebie wszystko, mam rację? Jak konkretnie rysuje się Wasza postawa względem uprawiania muzycznej ekstremy? 
KP.: "Dokładnie! Oczywiście jesteśmy świadomi tego, co dzieje się wokół nas na muzycznej scenie. Przyglądamy się temu równolegle wspomniane doświadczając i to jest w porządku. Nie obchodzi nas to jednak w najmniejszym nawet stopniu. Jesteśmy oddani swojej własnej stylistyce i ją eksplorujemy, więc daleko nam raczej do podążania za trendami i byciem cool-modnymi. Nasze korzenie tkwią głęboko w metalowym, thrashowym, punkowym, a nawet rockowym podziemiu i zawsze będziemy dążyć do tego by nasze brzmienie ewoluowało w obrębie wspomnianego królestwa, odciskając na nim własne piętno. Nie spodziewaj się lepiej po nas sub dropowych wtrętów czy większych gatunkowych rewolt [śmiech]."

MS.: Opowiedz proszę o procesie komponowania i nagrywania "Dead Set". Brzmicie ekstremalnie brutalnie i agresywnie, lecz słuchając takich numerów jak "Need No Savior" czy "Hell Comes Your Way" czuję, że Wasza muzyka była pisana i że wspomniane utwory nie stanowią li tylko zlepku ekstremalnie ciężkich dźwięków w przypadkowej sekwencji. Co jest niezbędne by skanalizować agresję w tak znakomitych kawałkach? Liczy się dla Was zjawisko komponowania?
KP.: "Sporo czasu spędziliśmy ogrywając nasze pomysły na próbach i wielokrotnie przerabiając je zanim przynieśliśmy Wam gotowy produkt. Nasza muzyka przechodzi przez prawdziwą maglownicę, podobnie zresztą jak i wokal. Zadowolenie przychodzi zazwyczaj dopiero wówczas gdy utwór przejdzie już długotrwały proces doskonalenia. Oczywiście, że chcemy mieć dobre kawałki w zestawie. Chcemy unikalnych utworów i struktur, z których bylibyśmy dumni i chcemy by muzyka i pomysły wokalne odzwierciedlały teksty i wszystko dobrze się ze sobą przegryzało. By zespół metalowy prezentował poziom wybitny musi on być autorem utworów, jakie cechują pewne standardy jakościowe i dać im ten pazur, który dla nas jest rzeczą oczywistą."
    
MS.: Teksty KING PARROT przypominają mi troszeczkę o bezogródkowym sposobie muzycznego wyrażania poglądów takiego choćby Philipa Anselmo, by nie szukać za daleko. Wydajesz się być nieźle wkurzony i rozczarowany szeroko pojętą prozą życia. Co wkur… hmm… to znaczy co inspiruje Cię najbardziej? Jaki problem obecnego świata określiłbyś jako najistotniejszy?
KP.: "Jest ich naprawdę bardzo wiele. Jeśli mam być szczery wolę widzieć siebie jako ogólnie szczęśliwą osobę i tak naprawdę cieszę się z tego, że udało nam się dobrnąć z tym zespołem do miejsca, w którym obecnie jesteśmy. Myślę, że grając ciężką muzę w guście naszej śpiewanie o delfinkach i tęczach byłoby raczej rzeczą głupią. Jest to rodzaj kreacji artystycznej, ale w nie mniejszym stopniu również i agresywnej rebelii w muzycznej formie, a gdy przyjrzysz się chłopie obecnemu społeczeństwu na pewno nie zabraknie ci rzeczy, na które możesz się wkurwiać. Według mnie system, w jakim żyjemy poniósł fiasko i trzeba nam czegoś nowego. Czegoś, co zerwie kajdany wykarmionego na niewolnictwie społeczeństwa, jakie zaakceptowaliśmy i w których nauczyliśmy się żyć. Moim zdaniem nie powinniśmy tak żyć i myślę, że moje teksty dotyczą po prostu moich osobistych przeżyć z tym związanych, ukazując moją frustrację z tytułu wielu kwestii, takich jak pieniądze, chodzenie do gównianej roboty, religia, nadzór co byś przypadkiem nie realizował swoich prawdziwych marzeń, itp., itd."

MS.: Philip Anselmo zagościł nie od parady w naszym wywiadzie, bowiem "Dead Set" ukazał się na rynku sumptem prowadzonej przez niego Housecore Records. Jak dla mnie koleś potrafi rzucić silne światło na wartościowe, podziemne kapele. Jak Ty oceniłbyś jednak poziom promocji i ogólnie, pomoc, jaką ów jegomość zapewnia? 
KP.: "Tak, "Dead Set" ukazał się nakładem Housecore Records w Ameryce Północnej, ale w Europie wypuściła krążek Agonia Records. Nagrywaliśmy go oczywiście z Philem w Louisianie, a Housecore wspiera nasz zespół jak tylko można. Oni naprawdę wrzucili naszą nazwę na mapę i wykopali nas w niejedną trasę po Stanach. Niemniej jednak, od Agonii otrzymaliśmy nieocenione wsparcie tu w Europie, gdzie uczyniła nas widocznymi i gdzie wsparła nasze koncertowanie."

MS.: Myślisz, że Phil ma duży wkład w rozwój obecnej, metalowej sceny?
KP.: "Myślę, że Phil to ogromne wsparcie dla współczesnego, metalowego podziemia i wiarygodnych jego zdaniem kapel, roztaczających wokół swej muzyki aurę szczerości. Nie sądzę bym spotkał kogokolwiek kto kochałby muzykę bardziej niż on. W jego domu zawsze coś gra. Tam zawsze słuchać nieustanną 'ścieżkę dźwiękową'. Zawsze zabiera w trasę kapele, które lubi i dzięki temu eksponuje ich logotypy. Nawet wtedy, gdy jeszcze PANTERA sporo grywała zawsze jeździli z dobrymi ansamblami, które otwierały ich gigi."

MS.: Wasze klipy często zaczynają się krótkimi, wyreżyserowanymi epizodami komediowymi o mocno prześmiewczej fabule. Zdaje się, że lubicie podchodzić z dystansem do całego tego bajzlu i nie brać wszystkiego śmiertelnie na poważnie, co? Nie boicie się, że niektórzy fani mogą dokonać niewłaściwej interpretacji tekstów utworów, do których kręciliście te teledyski? 
KP.: "Chyba nie. Chcemy dobrze się bawić i chcemy by klipy były swoistym rozszerzeniem naszej kreatywności, a na pewno już nie jesteśmy stu-procentowo poważnym, metalowym aktem. Jesteśmy kim jesteśmy i chcemy wybornej zabawy. Jeśli kogoś to dezorientuje – nawet lepiej. Nie chcemy być szufladkowani czy w jakikolwiek sposób klasyfikowani. Poza tym, przez pozostałą część wideoklipów tak czy inaczej odnosimy się do utworów."

MS.: Nieustannie zastanawia mnie nazwa Waszej kapeli. Kryje się za nią jakaś historia czy konkretne znaczenie? 
KP.: "Chodzi oczywiście o zamieszkujący Australię gatunek papugi, ale w australijskim slangu słowo 'parrot' oznacza irytującą osobę, więc my jesteśmy najbardziej irytującym zespołem. Ma to teraz sens?"

MS.: Jak malują się obecne plany zespołu? Co wydarzy się gdy trasa się skończy? Macie już materiał na kolejne krążki? 
KP.: "Ciężko pracujemy nad nową płytą, więc latem po powrocie do Australii zamierzamy kontynuować i głównie temu się poświęcić. Damy występy na kilku letnich festiwalach i pojedziemy w sporą, australijską trasę z PSYCROPTIC i REVOCATION, która zapowiada się niesamowicie. Po tym będziemy chyba finalizować nagrania nowej płyty, która powinna być ukończona w 2017 roku."

 


 
 

autor: Kępol



<<<---powrót