Wywiady

?Rybnicki CORTEGE ma już za sobą okrągły, bo dwudziestoletni, jubileusz. Jubileusz godny porządnego szampana - należałoby dodać, bo mimo, iż w katalogu formacji znajdziemy jedynie dwie duże płyty studyjne, miast na ilość warto baczyć na jakość, a o poziom tej ostatniej niech Was już głowa nie boli. Bardziej prawdopodobne, że poczujecie raczej kark machając nią w rytm utworów znakomitego "Anachoreo" czy fenomenalnego wręcz ostatniego krążka studyjnego tej ekipy pod tytułem "Touching the Void". Jak zauważył poniżej mój rozmówca - czyli szarpiący grube struny wokalista nazwiskiem Sebastian Bartek - nawiązując do tytułu płyty i jednocześnie trawestując słynne porzekadło rodem z literatury pięknej: 'Otchłań' nie jest w utworach CORTEGE namacalna za pierwszym razem, lecz jeśli uda się Wam dotknąć jej, tak naprawdę, to i ona macki swe obślizgłe być może do Was wyciągnie. Chociaż, ja osobiście czułem ciepełko już przy pierwszym kontakcie z tymi tytułami, czego z całego swego mrocznego serca życzę również i Wam.

Mroczna Strefa [Kępol]: Witam! Jak idzie ogrywanie na koncertach cięć z Waszego ostatniego, rewelacyjnego krążka studyjnego pod tytułem "Touching the Void"? Wszyscy zdrowi w zespole?
CORTEGE [Sebastian Bartek]: "Cześć! Miło słyszeć dobre słowo na temat naszej płyty, tym bardziej, że nie jest to jakiś tam wyprysk tygodniowego dżammowania w studio, a kilka ostatnich lat pracy w sali prób, na koncertach i w domach. Jeśli chodzi o numery z "Touching the Void", to do setu koncertowego weszło pięć strzałów. Z drugiej strony po premierze mieliśmy okazję zaprezentować się tylko dwa razy. Niestety, na początku roku opuścił nas Michał. Nowy gitarzysta pojawił się stosunkowo szybko, jednak potrzebowaliśmy trochę czasu na zgranie i tak zrobiła się jesień. Jeśli zaś chodzi o zdrowie, to trzech z nas skończyło w tym roku czterdzieści lat, więc tu i ówdzie coś zastrzyka, zaboli, a w rozmowach co rusz pojawiają się słowa 'lekarz', 'rehabilitacja', 'sanatorium', czy 'dieta', jednak nie narzekamy zbytnio i staramy się trzymać fason."

MS.: O ile mi wiadomo CORTEGE celebrował ostatnio dwudziestolecie swego istnienia, gwoli czego wystąpiliście z generującymi miłe dla mego ucha dźwięki NO SALVATION. Skąd taki, a nie inny wybór suportu? Jak oceniacie ich debiutancki album studyjny z zeszłego roku pod tytułem "Defiling Verses"? 
C.: "Tak. Dziesiątego grudnia daliśmy specjalny koncert urodzinowy. Nie wiadomo kiedy staliśmy się zespołem z dwudziestoletnią historią. Z jednej strony to przerażające, a z drugiej fajnie jest spojrzeć wstecz na te wszystkie lata i ich zapis w nagraniach, zdjęciach, czy filmach z koncertów. Nie daliśmy się do końca wciągnąć w ten kołowrót dom-praca-urlop i od nowa. Co do NO SALVATION, to chcieliśmy, żeby zagrał zespół deathmetalowy, a tych w naszej okolicy prawie nie ma. Z NO SALVATION mieliśmy już przymiarki do wspólnego grania, ale nic z tego nie wyszło. Bardzo dobrze, że teraz się udało, bo Grzegorza znam już od kilku lat i miło było w końcu zagrać na tej samej scenie. Całej płyty nie słuchałem, ale to co widziałem w necie to imponujący popis piekielnego grania, jakie sam lubię."

MS.: Jak podsumowalibyście dotychczasowe 20 lat działalności CORTEGE? Jakie plany udało się Wam zrealizować, a co macie jeszcze ciągle przed sobą? Jakie były Wasze największe rozczarowania i jak malują się te najpiękniejsze dla ansamblu chwile?
C.: "Trudno tak w kilku zdaniach odpowiedzieć na te wszystkie pytania. Musielibyśmy usiąść gdzieś na piwie i powspominać. Plany dwadzieścia lat temu wyglądały tak, że chcieliśmy grać death metal i chcieliśmy go grać coraz lepiej. To się nam udało. Na każdym kolejnym wydawnictwie widać postęp, czego nie należy mylić z tym, że któreś jest lepsze czy gorsze. Widzisz, tobie podoba się ostatnia płyta, a ja znam ludzi, którzy ci powiedzą, że naszym najlepszym wydawnictwem jest pierwsze demo. Bardzo nas to cieszy, że tak jest, bo wiadomo, że te materiały się różnią. Jednych rajcuje pewna surowość cechująca początki, a innych dopieszczone detale i klarowne brzmienie. Co nam się udało? Od dwudziestu lat, z krótką przerwą mamy zespół, nagrywamy płyty i gramy koncerty. O rozczarowaniach nie chcę mówić, a najpiękniejsze chwile, w co wierzymy, jeszcze przed nami. Podsumowując, przez dwadzieścia lat wydarzyło się wiele rzeczy i byłoby o czym opowiadać, ale zostawmy to sobie to na inny wywiad."

MS.: Można zaryzykować stwierdzenie, że tzw. życie nie oszczędzało Waszej kapeli. Macie na koncie wiele zmian składu oraz zawieszenie działalności. Jakie były powody owych perturbacji? Co zadecydowało o tym, że powróciliście w 2009 roku? 
C.: "No tak, oprócz mnie i Artura w CORTEGE gra, lub grało, jeśli dobrze liczę, trzech perkusistów i sześciu gitarzystów, nie licząc tych, którzy wpadli spróbować swoich sił, nie zostając jednak na dłużej. Cóż, c'est la vie. Jeśli chodzi o zmiany personalne, to zawsze było tak, że ktoś postanawiał odejść. Nie przypominam sobie, żebyśmy kogoś z zespołu wyrzucili. Ot, cała tajemnica. O powody musiałbyś spytać tych, którzy odchodzili, bo dla mnie to już historia i nie mam zamiaru do tego wracać, nawet jeśli społeczeństwo obrazi się na nas za to. Co do przerwy w działalności, to w pewnym momencie Arturowi zaczął mocno doskwierać dobrobyt w naszym kraju i, jak wielu rodaków, postanowił spróbować szczęścia na Wyspach. Jednak byliśmy przez cały czas w kontakcie i w czasie licznych spotkań rozmawialiśmy o CORTEGE. W 2009 oku Artur postanowił wrócić i zaczęliśmy próby." 

MS.: Przyglądając się Waszej biografii przy akompaniamencie dźwięków "Touching the Void" przyszło mi do głowy, że dopiero teraz kariera CORTEGE nabrać może właściwego dlań rozpędu. Nagrywając "Touching the Void" postawiliście bowiem całkiem sensowny krok naprzód. Nie musieliśmy też czekać na ten krążek tak długo jak na debiutancki "Anachoreo". Czy rzeczywiście więc sprawy w obozie CORTEGE zaczynają się układać, czy z Waszej perspektywy nie wygląda to aż tak optymistycznie? Macie już coś na kolejny album? 
C.: "Prawdę powiedziawszy, to jedyne czego potrzebujemy teraz to konkretnego menadżera i jakiegoś większego wydawcę, a z całą resztą sobie poradzimy. Wydaje mi się, że brakuje nam łutu szczęścia, ale z drugiej strony robimy co w naszej mocy, żeby temu szczęściu dopomóc. Nie zniechęcamy się rzeczami, które zabiły już niejeden zespół i będziemy grać, póki starczy motywacji, a na nową płytę są już gotowe trzy numery. Raczej nie ma co liczyć, że nagramy je w 2017 roku. Najbardziej prawdopodobne jest, że do studia wejdziemy w 2018, jednak życie pokaże."

MS.: Próby zgadywania Waszych muzycznych inspiracji ustawicznie prowadzą mnie zasadniczo do jednej, legendarnej nazwy: MORBID ANGEL. Można przywołać oczywiście inne, takie jak POSSESSED czy INCANTATION, ale emblematyczny dla autorów "Altars of Madness" rodzaj pracy gitar o charakterystycznie ołowianym brzmieniu, sposób operowania podwójną stopą perkusyjną i talerzami, ponure melorecytacje a la David Vincent - to z całą pewnością elementy również Waszego stylu gry. Dla CORTEGE jest to jednak surowiec, na bazie którego zespół buduje swoje własne struktury i to głównie za ich sprawą przykuwa uwagę najskuteczniej. Oczywiście słychać co grało Wam w duszy podczas pisania tych czy innych kawałków, ale zamiast cytować zdecydowanie piszecie własne rzeczy, co liczę oczywiście in plus. Co jest dla Was ważniejsze w muzyce: świadomość swojej gatunkowej tożsamości czy poszukiwanie własnej, artystycznej drogi i dlaczego? Rzeczywiście katujecie się 'Morbidami' we dnie i w nocy?
C.: "Pewnie Artura krew zalewa, kiedy czyta po raz kolejny o MORBID ANGEL w zestawieniu z CORTEGE. Oczywiście, takie porównania są miłe i trudno uciec od tego, co nas inspiruje. Nie ma co ukrywać, że muzycy z Florydy wyznaczyli kurs i pewne standardy. Jasne, że człowiek nie chce kopiować nikogo, ale jednak ucząc się grać nabierał pewnych przyzwyczajeń. Artur, jak wielu gitarzystów, podpatrywał Treya i przejął część jego patentów. Cóż, nie ma potrzeby ponownego wynajdywania koła. Myślę też, że porównując nas do MORBID ANGEL wiele osób upraszcza sprawę i robi to tylko po to, żeby dać komuś do zrozumienia z jakim to death metalem będzie obcował słuchacz. Jak wspominałem, bardzo to miłe, jednak wsłuchując się w nasze nagrania odbiorca odkryje pokłady elementów, których nie znajdzie na płytach twórców "Altars of Madness". Nie żebym chciał komuś wmówić, że jesteśmy mega oryginalni, chodzi mi bardziej o pewien sposób patrzenia na pewne schematy, przez które postrzega się nas jako zespół death metalowy i traktowanie ich, nie jako nienaruszalną świętość, a raczej jak tworzywo, z którym można robić różne rzeczy. W skrócie, staramy się przypierdolić z finezją."

MS.: Wydaje mi się, że bardzo ważną rolę w kwestii wykuwania indywidualnego stylu CORTEGE odegrała… prędkość. Mimo, iż potraficie siekać bezpardonowo ("Through Fire To Salvation", "The Journey", "In Love") nie zawsze rozpędzacie się aż tak, utrzymując swoje granie w tzw. tempach średnich czy wolnych. Niczym MORBID ANGEL na "Gateways to Annihilation" - jednej z najlepszych płyt, jakie kiedykolwiek nagrali. Chcecie zostawić w ten sposób jakby więcej miejsca dla swobodnego, niespiesznego delektowania się riffami, czy grając w ten sposób po prostu lepiej się wyrażacie? 
C.: "Mówiłem o tym przy okazji poprzedniej płyty, że nam zależy na indywidualnym charakterze numerów. Nie mam nic przeciwko waleniu po ryju jak na ten przykład MARDUK na "Panzer...", ale do tego trzeba mieć jednak dryg i wbrew pozorom dobry pomysł na płytę. W CORTEGE stawiamy przede wszystkim na różnorodność kompozycji. Zawsze tak było. Z łatwością możesz odróżnić od siebie nasze numery. Rozumiem, że dla fana mega ekstremy taki death metal może być mało atrakcyjny, czy wręcz nużący. Nie raz słyszałem krytykę, że za dużo tu jakichś dziwnych dźwięków, czy to, że to za wolne i takie tam. Rozumiem to, ale muzykę tworzymy przede wszystkim dla siebie. Nie musimy wsłuchiwać się w to, co mówi rynek, bo nie zarabiamy na życie sprzedając płyty." 

MS.: CORTEGE jawi mi się jako kapela egzystująca trochę 'pomiędzy'. Z Jednej strony nagrywacie dopracowane warsztatowo, złożone numery, ale z drugiej, niczym taki polski IMMOLATION, tkwicie obiema nogami w podziemiu. Utwory nierzadko rozwijają się stopniowo, jakby odsłaniały swoje kolejne akty, lecz wrażenie obcowania z czymś wielkim nie zabija wcale uczucia kontaktu z głębokim undergroundem i chlubną tradycją deathmetalową starej szkoły. Świadomie chcecie prezentować takie, powiedzmy, ambitniejsze oblicze deathmetalowego oldschoolu?
C.: "Wielkie słowa 'dzieło', cóż, to zweryfikuje czas. Miło, że ktoś zauważa takie rzeczy, jak ty. Rzeczywiście, mamy takie dwa oblicza. Z jednej strony chcemy, żeby to wszystko było głęboko zakorzenione w początkach gatunku, a z drugiej strony staramy się poszukiwać różnych sposobów parafrazowania tego, co już zostało w muzyce powiedziane. Death metal nie oferuje jakiejś oszałamiające ilości środków wyrazu, ale przez to człowiek staje się bardziej kreatywny. Mamy kilka elementów i staramy się je tak poukładać, żeby pozostać wiernym gatunkowi, a jednak nie powtarzać bezmyślnie wszystkiego. Cieszy nas, że muzyki CORTEGE nie da się zrecenzować w jednym zdaniu, dajmy na to: 'zajebiste napierdalanie', albo 'nudy na pudy'. Nieskromnie powiem, że nasze albumy oferują dużo więcej tym, którzy dadzą im szansę, którzy wgryzą się w muzykę, przeczytają teksty, zrobią analizę, a potem znowu rozpatrzą płytę jako całość. Wiem, dużo tu zadań, ale myślę, że warto to zrobić, żeby stwierdzić, że "Touching the Void" można odbierać inaczej podczas kolejnych przesłuchań. Widzisz, nasze numery nie powstają w jeden dzień, czasami jakiś kawałek potrzebuje wielu tygodni żeby dojrzeć i zaświecić pełnym blaskiem. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że komuś się i tak może nie podobać, każdy ma do tego prawo."

MS.: Szczególną uwagę podczas kontaktu z Waszą muzyką zwracają teksty. Brzmią na wskroś metalowo, ale kryje się w nich coś więcej. Widać, że Sebastian chce w nich coś przekazać. Treści można znaleźć tu przeróżne: od analizy rozmaitych zaburzeń ("Feed", "In Love") przez nawiązania do astrofizyki ("Event Horizon") aż po bardziej osobiste jak mniemam przemyślenia w utworach takich jak choćby teledyskowy "Hallowed Be Thy Name", co dystansuje CORTEGE od grup, których wokaliści jakby z definicji, a nierzadko i sobie a muzom, growlują o rozmaitych okropieństwach. Wy udowadniacie, że w metalowej ekstremie jest sporo miejsca na sensowny przekaz. Jak powstają teksty? Co sądzicie ogólnie o lirykach innych, metalowych kapel?
C.: "W death metalu teksty to była raczej sprawa drugorzędna. Zauważ, że w wielu przypadkach w tym gatunku nie jest ważne CO się śpiewa, ale JAK się śpiewa, a słowa 'śpiewa' użyłem oczywiście w dosyć ogólnym znaczeniu, jak się domyślasz. Nie mam zamiaru się za to obrażać. W ekstremie metalowej zawsze najważniejsza była muzyka. Jednak z drugiej strony, kiedy słuchacz napełni się po brzegi muzyką na danym albumie to niejednokrotnie zaglądnie do książeczki, żeby trochę poczytać. Myślę, że fan doceni w tej chwili, że twórcy poruszają tematy, w jakiś tam sposób ważne, czy przynajmniej ciekawe. Nie próbuję tu deprecjonować innych tekściarzy, bo sam jestem fanem wielu kapel, które wypluwają z siebie kolejne albumy ociekające krwią, spermą i gównem, że posilę się tu słowami krytyki drugiej powieści Marka Krajewskiego. Ja jednak nie umiem znaleźć się w takiej estetyce i zostawiam to tym, którzy robią to lepiej. W moim przypadku wszystko kręci się wokół człowieka z tym, że są to raczej opisy, a nie analizy. Lubię coś pokazywać, a czytelnik niech machnie na to ręką, lub zaciekawi się i zgłębi temat. Same zaś teksty, to temat na osobną rozmowę, bo o każdym z nich mógłbym trochę opowiedzieć. Dla ciekawskich, na naszym profilu są krótkie komentarze, zarówno do tekstów z "Anachoreo", jak i z "Touching The Void". Zapraszam do poczytania, a jeśli ktoś chce wiedzieć więcej to pisać, pytać, dowiadywać się."
  
MS.: Miks i mastering Waszej poprzedniej płyty pod tytułem "Anachoreo" popełnił Dominik 'Spirit' Wawak - szef symfo-blackmetalowego projektu SINPHONICON. Znaliście się z tytułu współdzielenia stajni? Jak wspominacie proces prac nad tamtym materiałem i jak wypada on w porównaniu z sesją nagraniową "Touching the Void"? 
C.: "Tak, z Dominikiem znam się już od jakiegoś czasu, jeszcze kiedy grał w SONNEILLON, a wcześniej wpadliśmy na siebie na jakimś koncercie w Zabrzu. Właściwie w 2012 roku szukaliśmy tylko studia do nagrań. Bębny i pozostała reszta były już wbite w rybnickim No Fear. Dominik dał nam dobre warunki i w lecie nagraliśmy tam płytę. Potem, w trakcie poszukiwań miejsca gdzie mogliby ją nam zmiksować znowu pojawił się Dominik. Przygotował próbny miks, który nam się spodobał, a więc znowu postawiliśmy na DB Studio. Nie bez znaczenia była też odległość, bo do Bielska mamy niecałą godzinę. Sama sesja była ok, bez żadnych ekscesów i większych problemów, bo te miały przyjść przy okazji kolejnej płyty. Podczas gdy przy "Anachoreo" dużo było spontaniczności, na "Touching The Void" mieliśmy już wszystko dograne kilka miesięcy wcześniej. Wybraliśmy studio do nagrań, wybraliśmy studio do miksów, kupiliśmy struny, naciągi, zapas herbaty i kawy i weszliśmy do studia w dniu, kiedy zaczęły się największe upały. Wierz mi, że aż trudno uwierzyć jak wiele rzeczy może pójść nie tak i jak wiele rzeczy może się psuć w tym samym czasie. Nie ma co ukrywać, była to droga przez mękę, jeśli chodzi o aspekt sprzętowy, chociaż Azar (realizator) stanął na wysokości zadania i nie pozwolił, by nasza praca poszła na marne. W końcu się udało, ale to nie koniec kłopotów. Człowiek, który miał nam robić miks i master, potraktował nas trochę z buta, więc nie bardzo wiedzieliśmy co dalej. W końcu znaleźliśmy Maq Records i Jarka Toifla, który okazał się człowiekiem konkretnym, solidnym i czującym naszą muzykę. W dużej mierze dzięki niemu nasza płyta ma taki kształt, a nie inny. W okolicach grudnia mieliśmy już gotowy album, ale wytwórnia miała zamiar wydać go dopiero w marcu. Mieliśmy więc trochę czasu na przeanalizowanie umowy, porozmawianie z innymi zespołami z tej wytwórni i dojście do wniosku, że sami możemy sobie załatwić te rzeczy nie dzieląc się z nikim nakładem. Postanowiliśmy pozbyć się pośrednika i wziąć sprawę w swoje ręce. Na ostatniej prostej pojawiły się jeszcze problemy z okładką, które kosztowały nas kolejne dwa miesiące, a skończyło się na tym, że chcieliśmy oddać sprawę do sądu, bo jak się okazuje zdrowy rozsądek i przyzwoitość to towar deficytowy w naszym kraju. W końcu w Wielki Piątek 2016 roku, po dziewięciu miesiącach (sic!), wydaniu kilkunastu tysięcy złotych mieliśmy płytę w rękach."

MS.: Słuchając "Touching the Void" wyczuwam znacznie większą płynność i naturalizm niż w przypadku poprzedniego, a i tak naprawdę niezłego, "Anachoreo". Wasz nowy materiał sprawia po prostu wrażenie bardzo niewymuszonego, zupełnie jakbyście znaleźli dla siebie habitat, w jakim czujecie się niczym przysłowiowa ryba w wodzie. Jakie są Wasze odczucia w tej kwestii? Czy sposób pracy nad "Touching the Void" znacznie różnił się od tego, którego owocem jest "Anachoreo"? Tym razem pracowaliście chyba trochę ciężej, co?
C.: "Masz rację, wszystko tu płynie. Były momenty, w czasie tworzenia materiału, gdzie rozumieliśmy się w pół słowa, a były też takie mielizny, przez które trzeba było przeciągać kawałek tygodniami, żeby poczuć, jak nabiera wiatru w żagle, ale to chyba normalne. Poświęciliśmy każdemu numerowi odpowiednią ilość czasu i, jak zauważyłeś, to słychać. Płynność wynika z tego, że nie zostawialiśmy nierozwiązanych spraw w żadnym numerze. Z drugiej strony, każda piosenka podlega procesowi tworzenia do momentu aż sesja nagraniowa nie będzie zamknięta, więc nawet w studio zdarzały się drobne korekty, ale to naturalne. Nie mogę tutaj powiedzieć, że nad tą płytą pracowaliśmy jakoś ciężej. Mamy już pewien rytm i to on wyznacza tempo prac. Nie wiem też, czy określanie pracy nad płytą słowem 'ciężka' jest najszczęśliwsze. Nie robimy tego za karę, a dla przyjemności."

MS.: Wasze płyty wydaje Twoja wytwórnia, Let Them Come Productions. Stwarza to komfortową i korzystną sytuację dla kapeli? Dobrze sprawdza się taki układ?
C.: "Jak wspomniałem wcześniej, zdecydowaliśmy się na samodzielne wydanie płyty, żeby mieć pełną kontrolę nad tym co się dzieje. Nie ma co ukrywać, że wytwórnia, z którą mieliśmy współpracować była może zaangażowana, ale nie zrobiłaby dla nas więcej niż my sami daliśmy radę. To chyba tyle bo detale są strasznie nudne i chyba tylko ktoś, kto nie ma swojego życia prywatnego chciałby o nich czytać..."

MS.: Mimo deathmetalowej stylistyki potraficie zagrać naprawdę przebojowo. "Trenches", "Death Mills" czy "Hear Our Cries" wręcz same się nucą, przy czym nie ma tu nawet mowy o jakimkolwiek melodic death metalu. Podobny rodzaj chwytliwości cechuje choćby naszą rodzimą TRAUMĘ, która na robieniu takiej muzy zna się jak mało kto. Łatwo przychodzą Wam pomysły na takie 'hiciarskie' jak na death metal kawałki?
C.: "Kiedy Artur był w Anglii, to kupił sobie taki poradnik 'How to Write a Catchy Song' i od tamtej pory według tej książki robi numery. To oczywiście dowcip, bo nie umiem do końca odpowiedzieć na to pytanie. Wspominałem wcześniej, że zależy nam na indywidualnym charakterze każdego numeru. Może w tym tkwi sekret. Za każdym razem próbujemy coś zmieniać i sprawdzamy co z tego wyjdzie. Uważam, że przy takim podejściu, co jakiś czas musi zdarzyć się jakaś piosenka, która oprócz uznaniowego pokiwania głową sprawi, że słuchaczowi zacznie chodzić noga, lub mimowolnie kręcić się głowa."

MS.: Jedne źródła podają rok 1996 jako datę powstania CORTEGE, inne 1997. Jak było naprawdę? Od kogo wyszła inicjatywa powołania szyldu do życia?
C.: "Obchodzimy dwudziestolecie, więc będziemy trzymać się wersji, że 1996. Artur pogrywał wcześniej z kolegą, ja dołączyłem, a pod koniec lata uzupełniliśmy skład o Ciapka, obecnego bębniarza MOULDED FLESH i w takim ustawieniu graliśmy chyba ze dwa, trzy lata. Kolejny skład tworzyli już ludzie nagrywający nasze demo, czyli "Awareness"."

autor: Kępol



<<<---powrót