Wywiady

Gitarzysta rzeszowskiego ansamblu TENSION ZERO, Dariusz Łebek – człowiek o niezachwianym poczuciu humoru, wyróżniał wielką literą wszelkie formy fleksyjne rzeczownika "my", którym posługiwał się nad wyraz chętnie. Z jednej strony kładzie to nacisk na stricte kolektywną naturę kapeli, z drugiej wskazuje jednak na indywidualny jej charakter, jako całości. Muzyk wydaje się być pogodzony z hobbistycznym trybem jej funkcjonowania, doceniając fakt, że mało wyrafinowanym gustom i przyziemnym zachciankom ludu schlebiać pod tym szyldem nie musi. Takie podejście wiele obiecuje w kontekście właśnie powstającego materiału drugiej ich płyty studyjnej, a biorąc pod uwagę potencjał prześwitujący przez zawartość debiutanckiego "Human.exe" ściskam w tej intencji kciuki tak silnie, jak tylko mogę! Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by TENSION ZERO nabrali rozpędu na ścieżce kariery i dotarli ze swą nietuzinkową twórczością tu i ówdzie. To właśnie takie kawałki, jak "Rebound", "Out of Flames" czy "Remember" winny gościć na antenach radiostacji między "Zombie" THE CRANBERRIES a "Every You, Every Me" PLACEBO! Pomożecie?

Mroczna Strefa [Kępol]: Pierwsze wrażenie w kontakcie z daną kapelą, kształtuje się zazwyczaj nie bez związku z jej nazwą. Wy swoją ochrzciliście TENSION ZERO. Zerknąwszy w sieć natknąłem się jedynie na podobne, anglojęzyczne określenie jednego z rodzajów lizymetru. Jest jakaś korelacja między Waszą grupą a zagadnieniem gleboznawstwa [śmiech]? Jak rysuje się historia samej nazwy?
TENSION ZERO [Dariusz Łebek]: "Cześć, odpowiadając na pytanie: Wiesz, każdy zespół rockowy, tudzież metalowy, marzy żeby riffy wbijały w glebę, więc może to jest jakaś analogia [śmiech]. A tak poważniej, to w momencie założenia zespołu z Piotrem (basistą) [Piotr Zajdel – przyp. autora], grając jeszcze wtedy instrumentalnie, byliśmy i dalej jesteśmy, pod mega wrażeniem zespołu LIQUID TENSION EXPERIMENT i chyba stąd ta nazwa ewoluowała, a że przy okazji podchodzimy do naszego grania bardzo luźno, nie ma 'spiny', po prostu robimy to, co lubimy, tak jak nam się podoba, więc 'zero ciśnienia' w jakiś sposób nas opisuje."

MS.: Jednak to nie nazwa przydaje splendoru muzyce, lecz dzieje się wprost odwrotnie. W myśl tej zasady, fraza ‘TENSION ZERO’ lśni pełnym blaskiem, niczym jaskrawy neon na muzycznej mapie naszego malowniczego kraju! Pod koniec listopada ubiegłego roku, miała swą premierę Wasza debiutancka płyta zatytułowana „Human.exe” i myślę, że pierwsze baryłki miodu ze strony muzycznych mediów, bądź fanów, polały się już na Wasze czoła i brody. Nie dziwi mnie to ani trochę, gdyż sam okrzyknąłem TENSION ZERO jednym z najbardziej obiecujących, polskich zespołów ostatnich lat. Wiem, że szukacie promocji na antenie rozgłośni radiowych i robicie co możecie by promować swój szyld. Z jakim skutkiem odbywa się powyższe? Co sprzedaje się u nas najlepiej, warto najczęściej skwitować minutą ciszy, ale czujecie, mimo wszystko, u nas w kraju zapotrzebowanie na muzykę, jaką gracie? 
TZ.: "Myślę, że całe szczęście w Naszym podejściu do grania i tworzenia muzyki, bo w innym przypadku można by posiwieć [śmiech]. Wiesz, robimy co w Naszej mocy, żeby materiał wypromować, żeby ukazały się recenzje, żeby zagrać maksymalnie dużo koncertów, wydaje się że w dobie globalizacji wszystkiego najtrudniej po prostu czasami dotrzeć do potencjalnego odbiorcy. Natłok informacji jest tak wielki, że przebicie się bez tzw. pleców to jest mega trudna sprawa. Zapotrzebowanie na dobrą muzykę jest zawsze. Jesteśmy w o tyle komfortowej sytuacji, że możemy traktować Nasze granie jako hobby, każdy koncert jak czystą przyjemność, gdzie dajemy 100% siebie."

MS.: Wydaje mi się, że twórczość zaprezentowana na „Human.exe” mogłaby dostać swoje 5 minut również za granicą, szczególnie w krajach anglosaskich, gdzie wysyp grup parających się graniem szeroko pojętego rocka alternatywnego z żeńskim wokalem nikogo zorientowanego nie dziwi. Teksty w języku angielskim znacznie ułatwiłyby Wam taką strategię promocyjną. Uderzacie do zagranicznych promotorów czy koncentrujecie się, póki co, na dotarciu do rodaków? 
TZ.: "Staramy się dotrzeć wszędzie. Wiadomo, muzyczna scena zachodnia jest bardzo kusząca, materiał został wysłany w bardzo wiele miejsc, przy odrobinie szczęścia może w pewnym momencie coś zatrybi. Niemniej jednak konkurencja jest wielka, a 'Nasza marka' nieznana i kwestia dotarcia do potencjalnych odbiorców dość utrudniona. Póki co nie mamy żadnego promotora, menadżera, więc wszystko robimy sami. Trochę próbujemy przetrzeć szlak. Czas pokarze z jakim skutkiem."  

MS.: Wiem, że w sposób zadeklarowany nie przywiązujecie zbytniej wagi do etykiet, co w 100% popieram. Zadam więc pytanie nieco okrężną drogą – bardziej koncentrujecie się na poszukiwaniu nowych form wyrazu, doskonaleniu się w aranżowaniu coraz to bardziej złożonych kompozycji, itp., czy raczej zależy Wam na tym, aby tworzyć muzykę w jak największym stopniu niezależną od wszelkich tendencji, nie wyłączając wspomnianych? 
TZ.: "Przekornie komfort Naszej sytuacji polega na tym, że nie utrzymujemy się z grania muzyki, więc możemy tworzyć rzeczy, które Nam się po prostu podobają, a inspiracje każdy ma i nie jest to moim zdaniem jakaś skaza. Właściwie to chodzi o to, żeby te wszystkie inspiracje połączyć w całość i stworzyć coś niepowtarzalnego. Słuchamy całkowicie różnych rzeczy, czasami nie mających między sobą żadnych korelacji poza muzykalnością i to właśnie tworzy tą mieszankę. Jaki będzie nowy materiał? Jakieś zalążki już są. Myślę, że doświadczenie pierwszej płyty trochę nas nauczyło."

MS.: TENSION ZERO brzmi jak konglomerat różnorakich inspiracji muzycznych, z których umiejętnie (jak również z niemałym wyczuciem) wyciągnięto pewną, zaprezentowaną w sposób świeży, esencję. Urządzacie swego rodzaju burzę mózgów, wypracowując wypadkową zaprezentowanych pomysłów, czy raczej kolektywnie poszukujecie nowych rozwiązań? Staracie się utrzymać na wodzy aranżacyjną czy też kompozycyjną ‘kombinatorykę’ np. by nie utracić spójności brzmienia, czy równowaga w tym zakresie – którą na „Human.exe” świetnie słychać – przychodzi Wam raczej sama z siebie?
TZ.: "Przede wszystkim nie jesteśmy zespołem, który spotyka się co tydzień na próby. Proces twórczy jest dość złożony. Duża część materiału na „Human.exe” powstawała etapami. Najpierw szkielet, motywy, riffy, później budowanie całej reszty, co czasami ma też wpływ na pierwotny szkielet. Na samym końcu 'testowanie' kawałków na żywo, na próbie, co potrafi wyciąć połowę materiału [śmiech]. Materiał powstawał dość długo (czego chcielibyśmy teraz uniknąć), więc był czas na zajmowanie się szczegółami."

MS.: Jesteś głównym autorem utworów z racji odpowiedzialności za gitarowe ślady? Raczej nie wygląda na to, by muzyka TENSION ZERO (a w każdym bądź razie nie zawsze) była oparta na riffologii, ale wiem, że czasem drobny niuans czy smaczek, na który wpadnie się podczas jammowania może stanowić zalążek całego, długiego i nierzadko skomplikowanego utworu. Jak jest u Was?
TZ.: "W momencie komponowania każdy z Nas przynosi swoje pomysły (szkielety kawałków). Większa część materiału została skomponowana razem z Piotrem. Takie wieczorne spotkania przy kawie i laptopie [śmiech]. Nie podchodzimy do komponowania na zasadzie 'teraz zrobimy trudny, techniczny kawałek' [śmiech]. Staramy się, żeby wszystkie elementy były jak najbardziej naturalne, wynikające z czegoś i coś wnoszące do całości. Po prostu jesteśmy tacy, jak Nasza muzyka. Nic na siłę."

MS.: Gdy tylko usłyszałem „Human.exe” pomyślałem sobie: ‘O w mordę! Oni brzmią jak TOOL z żeńskim wokalem, który TOOLA nie kopiuje (co samo w sobie jest już zjawiskiem wyjątkowym). W miarę słuchania kolejnych utworów doszedłem jednak do wniosku, że bliższe Waszemu jest już brzmienie innego projektu Maynarda Jamesa Keenana, a mianowicie A PERFECT CIRCLE. W kilku utworach poczułem intuicyjnie aurę twórczości PLACEBO, a kapitalna maniera wokalna Dominiki Kobiałki zdawała się, w moich uszach, odświeżać formułę wypracowaną przez Dolores O’riordan. Fejsbukowy profil Waszej grupy odsłonił przede mną inne nazwy, ale chciałem zapytać Cię o Twoje własne, takie najbardziej osobiste i intymne inspiracje. Na pewno wyczuwam w Twojej grze pierwiastek stylu Marka Tremontiego i modernistyczną szkołę wiosłowania, nie stroniącą od adaptacji wzorców prog rockowych czy nawet djentowych, ale głos ostateczny przysługuje rzecz jasna Tobie…
TZ.: "Wiesz, akurat Marka Tremontiego to kojarzę z jednego kawałka i nazwy ALTER BRIDGE, serio [śmiech]. Wychowałem się na CRYPTOPSY i DYING FETUS [śmiech], ale to było jakieś 12 lat temu. Po drodze było DREAM THEATER, PORCUPINE TREE itp. Pewien okres czasu mieliłem IN THIS MOMENT, KORN, PERIPHERY, INCUBUS. Później Piotrek pokazał mi rewelacyjny zespół HAKEN, a gitarowo to niezmiennie od lat Robben Ford, Guthrie Govan. W sumie to taka mega uproszczona lista. Nie jestem fanem jednego gatunku muzyki, lubię po prostu dobrą muzykę i nie ważne czy jest to DAVE MATTHEWS BAND czy DECAPITATED."

MS.: Jak zaczęła się Twoja przygoda z gitarą? Był to pierwszy instrument, na którym grałeś? Objęcie takiego, a nie innego stanowiska w grupie było świadomym wyborem z Twojej strony? Pytam o to, bo nie w każdym wypadku jest…
TZ.: "Zacząłem grać w wieku chyba 15 lat, oczywiście death metal [śmiech]. Założyłem z wokalistą Kostkiem band NECROPSY. Było wesoło [śmiech]. Trochę szumu udało się wygenerować. Większość wolnego czasu wtedy spędzałem na graniu i ćwiczeniu, z czasem moje gusta muzyczne, gitarowe trochę złagodniały. Zacząłem szukać nowych rzeczy i tak poznałem Piotrka Zajdla, który pewnego dnia zaproponował, żeby coś pograć i zaczęliśmy nagrywać jakieś pomysły podjarani DREAM THEATER."

MS.: W jaki sposób najczęściej powstają Twoje partie? Masz jakiś system pracy, z którym czujesz się dobrze czy zwyczajnie chwytasz za gryf w wyniku przypływu weny?
TZ.: "Wiesz, największą inspiracją jest samo życie, pomysły przychodzą same, jednak dla mnie partia gitarowa musi mieć to coś, jakiś rytm, melodię, która mnie wkręci. Komponowanie do gotowego szkieletu to jest dla mnie takie dopowiedzenie pewnej historii np. Nasz kawałek "Projection" powstał od linii basu, gitary były skomponowane do pulsu kawałka."

MS.: Opinii na temat tego, które stanowisko w kapeli jest tym najważniejszym jest niemal tyle, ile samych stanowisk. Perkusista jest najważniejszy, bo buduje szkielet kompozycji. Gitarzysta jest najważniejszy, bo najczęściej to raczej on pisze numery w rockowym zespole, ale na drodze podprogowej najsilniej oddziałują na słuchacza partie… basu. Wokalista to stanowisko frontowe, więc skupia na sobie uwagę najsilniej. Jak jest według Ciebie? Jest u Was ktoś, kogo nazwać można mózgiem formacji bądź jej frontmanem (frontwomen? [śmiech]) ?
TZ.: "TENSION ZERO to jest taka wypadkowa tego, co każdy z Nas reprezentuje z osobna i tak traktuję ten zespół. W tych warunkach, w takim składzie po prostu tak gramy. Każdy ma też świadomość, że współgranie całości jest najważniejsze. W warunkach koncertowych Nasze kawałki mają otwartą formę, jest w nich sporo improwizacji, także każdy może się wyżyć muzycznie. Z kolei bardzo istotna jest Dominika jako wokalistka. Dobry wokal dopina całość obrazu, jaki maluje muzyka i skupia na sobie uwagę."

MS.: Jak pisałem już w recenzji – rozwój muzycznych wydarzeń na „Human.exe” doprawdy ciężko przewidzieć. Nic nie zapowiada eksplozji pod tytułem "Rebound", ani tego, że w kolejnych utworach, nie licząc metalowych wręcz momentów, pójdziecie w znacznie subtelniejszym kierunku. Zdecydowana większość ścieżek przypadła mi do gustu, taki "Out of Flames" czy "Indigo" to kapitalne numery, ale "Rebound" pod wieloma względami wychodzi jednak przed szereg. Jak powstał? Jest szansa, by na Wasze kolejne płyty trafiało więcej takich strzałów między oczy? Jaki kierunek rozwoju TENSION ZERO preferujesz osobiście, tak zupełnie subiektywnie?
TZ.: "Jak będzie wyglądało nowe TENSION ZERO? Wstępne zalążki są mocno gitarowe, chcemy poeksperymentować z tempami i budowaniem klimatu. Z końcem stycznia chcemy wznowić regularne spotkania i mamy plan, żeby materiał na nową płytę był odzwierciedleniem krótszego odstępu czasu w Naszym komponowaniu, tak pół roku i wchodzimy do studia [śmiech]. Co do "Rebound", ten kawałek miał być surowy, prosty bez zbędnego kombinowania, miało być ciężko i mrocznie. Taki wtedy miałem po prostu czas w swoim życiu [śmiech]." 

MS.: Dominika Kobiałka to dla mnie przede wszystkim wokalistka w Waszej drużynie, ale większość naszych rodaków kojarzy ją bardziej jako uczestniczkę ‘The Voice of Poland’, gdzie o włos rozminęła się ona z wygraną. Można powiedzieć, że prowadzący programu stali u steru… do czasu, aż Dominika przeszła przez "Drzwi", a wejście miała zgoła spektakularne! Kobitka po prostu rządziła i miałem wrażenie, że owija sobie całe jury wokół małego palca! Widać, że jest urodzoną rockmanką, stworzoną do celebracji prawdziwego, rockowego show na większych scenach. Czy jej wrodzona – jak mniemam – przebojowość znajduje swoje odzwierciedlenie np. w Waszych koncertach i szeroko pojętej strategii promocyjnej, w załatwianiu spraw organizacyjnych związanych z funkcjonowaniem kapeli? 
TZ.: "Nie no, w ogóle to ona ma depresję cały czas [śmiech] ( żart ). Ma po prostu to Rockowe coś i jest szczera w tym, co robi. Nie ma u niej sztucznie wywołanych emocji i to jest w tym wszystkim najlepsze. Ludzie lubią szczerość i ją czują, a poza tym po prostu potrafi śpiewać, co jest mega ważne, a niektórzy o tym zapominają. Co do VoP to problem tego typu programów polega na tym, że wciągają Ciebie, wyżuwają i wypluwają, tak po prostu. Nagrywając i wydając płytę możesz sobie swoje tytuły schować w kieszenie i tak zaczynasz od nowa, tym bardziej że gramy muzykę niszową. W radio Nas raczej nie usłyszysz, chyba że stricte rockowym."

MS.: Istnieje jakaś ścisła korelacja między owym udziałem a karierą grupy? Otworzyło Wam to jakieś drzwi, ułatwiło jakieś kwestie, czy raczej sprawiło, że pokutuje u co poniektórych wizerunek TENSION ZERO jako ‘kapeli tej laski z The Voice of Poland’? 
TZ.: "Każdy chce siebie wypromować jak najlepiej i chce, żeby o Nim wszyscy mówili. Tak jest i nie ma czemu zaprzeczać. VoP Nam nie pomogło. Jesteśmy zbyt niszowi. Może jakbyśmy grali covery O.N.A byłoby inaczej. Z drugiej strony popatrz na to tak: Dziewczyna, która śpiewa to, co wszyscy chcą usłyszeć nagrywa płytę, która wyciąga ją z tych wszystkich bzdetnych szuflad i otwiera oczy ludziom, że można zrobić coś niezależnego nie patrząc czy 'jury' będzie klaskało."

MS.: W jaki sposób Dominika trafiła do Waszego składu? Jak ogólnie układają się kwestie interpersonalne w zespole? Cechuje Wasz ansambl chemia i jednomyślność, czy raczej ciężko Wam wypracować artystyczny kompromis?
TZ.: "Trafiła przypadkowo całkowicie. Chciała spróbować, poza tym znamy się długi czas i chyba takie podejście do muzyki, jak Nasze, jej po prostu odpowiadało. Zero ciśnienia. Robimy muzykę, która Nam się podoba."

MS.: W opisie na fejsbukowym profilu pokreśliłeś fakt, że przestrajasz swój instrument. Czemu jest to dla Ciebie aż tak ważne? Czy nie jest czasem tak, że fakt przestrajania gitary uchodzi za swego rodzaju symptom ‘wyższej szkoły jazdy’, podobnie jak np. wybieranie ośmiostrunowego/bezgłówkowego instrumentu czy bezprogowego, w przypadku basistów? Jak oceniasz wspomniany trend wśród progresywnych załóg? Czy uzbrojenie się po zęby w taki sprzęt jest w jakimkolwiek stopniu warunkiem koniecznym wykonywania tego rodzaju muzyki?
TZ.: "Wiesz, na co dzień jestem Ojcem, kierownikiem w jednej z firm. Chodzę w koszuli i ogólnie poważnie wyglądam [śmiech]. Taki stereotyp. Nie uważam się za jakiegoś wybitnego gitarzystę, po prostu lubię grać i mam z tego frajdę i to jest taka odskocznia. Przypominam sobie taką sytuację: Kiedyś jechaliśmy na koncert o 7 rano. Wychodzę z klatki i obok idzie jakieś małżeństwo i widać umordowanie życiem i monotonią a ja jadę zagrać gdzieś 400 km dalej i mimo, że robię to hobbistycznie, to i tak mam najlepszy dzień, jaki tylko mógł mi się trafić. A ze sprzętem… z biegiem lat używam go coraz mniej – wzmacniacz, kabel, delay, kabel i tyle."

MS.: Materiał, jaki złożył się później na zawartość „Human.exe” nagrywaliście w różnych lokacjach, na przestrzeni dwóch lat. Skąd ten rozrzut czasowy? Wolisz nagrywać w domowych warunkach, czy wynikło to bardziej z przyczyn prozaicznych? ‘Tension Zero Home Studio’ funkcjonuje wyłącznie dla potrzeb Waszego zespołu? 
TZ.: "Materiał nagrywaliśmy tak długo, bo w tzw. międzyczasie dużo zmieniało się w Naszym życiu prywatnym i zawodowym. Gitary nagrywałem wieczorami, jak dzieci szły spać [śmiech]. Na szczęście była taka możliwość. Następnym razem planujemy wejść do studia normalnie i taka praca jest najbardziej chyba owocna, rozwlekanie w czasie procesu twórczego i nagrywania nic nie daje a czasami przeszkadza bo szuka się rozwiązań które powinny być oczywiste i zazwyczaj te pierwsze wersje są najlepsze."

MS.: Mix oraz mastering powierzyliście nie byle komu. Tomasz ‘Zed’ Zalewski to realizator, bez którego polska scena rockowo-metalowa mogłaby przyjąć zupełnie inne oblicze (COMA, FRONTSIDE czy ROOTWATER to zaledwie początek listy klientów tego pana). Biorąc pod uwagę fakt, że ślady „Human.exe” trafiały na nośnik w różnym miejscu oraz czasie, jego zadanie nie należało z pewnością do najłatwiejszych, ale według mnie spisał się świetnie. Jak ze swojej perspektywy oceniasz jednak efekt, z jakim ogarnął on do kupy cały ten muzyczny kociołek rozmaitości? Daliście mu wytyczne odnośnie tego, jakiego brzmienia/miksu całości chcecie czy zdaliście się raczej na jego profesjonalizm? 
TZ.: "Sprawa miksu i masteringu u Nas też trwała trochę ze względu na szukanie kogoś, kto potrafi zmiksować materiał na poziomie zadowalającym nas wszystkich i uwierz mi, nie jest to łatwe. Zeda znalazła Dominika widząc, że kręcimy się wokół własnej osi i nic do przodu temat nie idzie, na początku nie chciała powiedzieć kto to miksował, żeby nie uprzedzać. Liczył się efekt na zestawie głośno grającym. Zed, uogólniając, bardzo dużo pomógł i materiał sporo zyskał. Po prostu świeże spojrzenie na materiał i pomysł oraz umiejętności jak to wykonać i chwała Mu za to."

autor: Kępol



<<<---powrót